popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Podsumowanie 2015 #9: Przemysław Tacik
trzy
ARTYKUŁY | 04.01.2016

Podsumowanie 2015 #9: Przemysław Tacik

+

 

Duke of Burgundy

Formalnie 2014, ale w polskich kinach od 2015. Film bez zbędnego słowa, dźwięku i kadru. Wysublimowany tak właśnie, jak wymaga tego temat, łączący ciemną magię Sade’owskiego buduaru z dojrzałością piękna, które – w idealnej proporcji do kiczu – balansuje na granicy rozkładu. Atmosfera miejsca poza miejscem, ton aktorek i spojrzenie kamery przywodzi na myśl filmy Polańskiego. Dawno nie widziałem tak czystego filmu o człowieku, a raczej o tym, co się za człowiekiem skrywa. Ten film transcenduje swój rzekomy „temat” i przechodzi na poziom, który w kinie osiągnąć niezwykle trudno – operacji na otwartym metafizycznym rusztowaniu rzeczywistości. Nie wspominając już o tym, że każdy kadr i każdy utwór jest tu artystyczną rozkoszą.

Konkurs chopinowski 2015

Jeśli rzeczywiście istnieje pokolenie Y (czy jakie tam inne litery alfabetu wymyślono na opisanie ludzi urodzonych w późnych latach 80. i wczesnych 90.), to jego głos zabrzmiał wreszcie w pełni na warszawskim konkursie. Skrupulatna, czasem wręcz paniczna rzetelność, niekiedy przyziemność – przy całej technicznej perfekcji – a często prosta, bezpretensjonalna wirtuozeria dały tegorocznej edycji specyficzny wdzięk. Nie chodzi tu tylko o wysoki poziom całego konkursu – wyraźnie widoczny na tle edycji z 2010 roku – i o objawienie wielu nowych talentów, ze zwycięzcą Seong-Jin Cho na czele. Co prawda za oficjalnego postmodernistę uchodził tylko Georgijs Osokins, ale wszyscy wykonawcy mieli coś z późnopostmodernistycznej – doświadczonej i skromnej – ironii. Klimat tego konkursu zostanie w pamięci na długo, podobnie jak dla mnie Polonez-Fantazja Luigiego Carrocci i bezkompromisowe Preludium nr 15 Erica Lu z koncertu laureatów.

Unbreakable Kimmy Schmidt

Na koniec coś z zupełnie innej beczki: serial, którego kuriozalne, absurdalne i do bólu konsekwentne poczucie humoru – a bólu jest tam dużo – nie wszystkim pewnie przypadnie do gustu. Dla tych jednak, którzy bardzo nie lubią się zatrzymywać, kiedy żart pogrąża ich coraz głębiej, Kimmy jest wprost stworzona. Spazm 2015 (jakkolwiek pod koniec sezonu z dowcipem jest nieco gorzej). Serial polecany wszystkim, którzy chcą się dowiedzieć, czemu głupota wywołuje apokalipsę, i zobaczyć, jak wygląda bukiet z psów.

 

 

Młodość

Niestety – po wielkich oczekiwaniach i jeszcze większych nadziejach nowy film Sorrentino jest, dla mnie przynajmniej, potężnym rozczarowaniem. Wielkie piękno, które rok temu zamieszczałem w podsumowaniu na czele kategorii pozytywów, było niemożliwym do powtórzenia, unikalnym balansem składników. Próba zrobienia jego sequela – i to w zupełnie innym klimacie, z brytyjskim chłodem Michaela Caine’a, w sanatorium z Czarodziejskiej góry i bez naturalnego środowiska dla włoskiego kiczu – musiała skończyć się klapą. Być może Młodość zachwyciłaby tych, którzy nie widzieli Wielkiego piękna, ale w takim razie nie warto było zamieniać jednego na drugie. Jeśli jednak widziało się poprzedni film Sorrentino, Młodość – przy całym pięknie poszczególnych scen i bolesnej precyzji muzyki Davida Langa – staje się nachalnym powtórzeniem. Zgrzytające elementy, które w La Grande Bellezza znikały dzięki mocy artystycznego spojenia całości (na przykład sceny ze starą zakonnicą), tutaj wychodzą na wierzch. Olbrzymi wydatek filmowej machiny – najlepsi aktorzy (Caine, ale i Harvey Keitel oraz Rachel Weisz), muzyka i zdjęcia – idzie na marne. 

River

Ten serial ma swoich fanów, zwłaszcza tam gdzie powstał – w Wielkiej Brytanii. Ale kinematografia brytyjska nie stoi ostatnio najlepiej (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami – vide Duke of Burgundy). Pomijając banalne, a czasem zawstydzające quasi-hollywoodzkie produkcje typu Gra tajemnic lub Sufrażystki, na Wyspach nie udają się również zbytnio seriale. River, który miałby wszelkie dane po temu, by stać się czymś wybitnym, grzęźnie w dłużyznach, męczących powtórzeniach i – na koniec – takim zapętleniu scenariusza, które sprawia, że widz się gubi. Co gorsza, na koniec okazuje się, że całe to zapętlenie rozwiązuje się jak za jednym pociągnięciem sznurka i nie zostaje nic prócz wrażenia sztucznej konstrukcji. Ten serial nie byłby godny uwagi w tym miejscu, gdyby nie jedno trudne do wybaczenia przewinienie. Producenci zaangażowali do głównej roli Stellana Skarsgårda, którego zdolności pozwalałyby zrobić z Rivera arcydzieło. Niestety, scenariusz wykluczył tę możliwość już na starcie. Serial można zobaczyć tylko dla Skarsgårda.

Barbarzyństwo i nihilizm

Trudno się nie wzdragać, jeśli jest się zmuszonym do poświęcenia (choćby jednego) miejsca temu, co ostatnio dzieje się na styku polskiej kultury, przestrzeni publicznej i władzy. Są to rzeczy, na które chciałoby się zamknąć oczy i – chroniąc samego siebie – zająć się czym innym, gdzie indziej. Niestety: upojenie (prostacko pojętą) suwerennością, a w istocie triumf popędu śmierci, który dąży do skrajnego uproszczenia, instrumentalizacji i realizacji ledwo upudrowanej żądzy niczego, zatruwa – i bardziej jeszcze zatruje – kulturę w Polsce. Niemal wszędzie na świecie robi się ciemniej, ale obserwować awangardę nihilizmu z tak bliska jest doświadczeniem bolesnym. Minus ze wskazaniem.

 

!

Fauve

Francuski właściwie nie zespół, tylko kolektyw artystyczny, wydał w 2014 roku swoją drugą (tym razem podwójną) płytę. Fauve to fascynująca mieszanka: basso continuo tworzy wiele bogatych i bardzo melodyjnych brzmień, na które w wyrafinowany sposób nałożono rap. Teksty kolektywu, wyrosłe na specyficznym egzystencjalizmie, który w towarzystwie zaciętej miny i peta w ustach towarzyszy francuskim młodym zbuntowanym, daleko przekraczają intelektualne płycizny tych klimatów i sięgają filozoficznej głębi. Do tego świetnie zrobione i nieoczywiste klipy. Efekt jest unikalny i trudny do opisania.