Agnieszka Staszczak

Plusy

1. Rok 2013 był niewątpliwie rokiem wzrastającej popularności odzieży sportowej. Wniosek bez wniosku? Moooże.

 

2. Mike Leigh odwiedził Warszawę. Oczywiście nie było mnie na spotkaniu z nim, chociaż uważam, że warto było tam być. Retrospektywa filmów, które wyświetlano w Iluzjonie, stanowiła dobrą okazję, żeby zapoznać się z imponującym dorobkiem tego reżysera. Jeżeli miałabym powiedzieć, za co cenię angielski realizm społeczny, to cenię go, przede wszystkim, za „angielski”, i trochę też za „społeczny”. Wieje w tym kinie patologią, ale estetyka, w jakiej zostaje ona widzom podana, wciąż porusza moje serce, które wzrastało w czasach polskiej postkomuny, w czasach dykty i meblościanek, w czasach postgromadzenia okruchów zachodniego świata – do którego już nie było tak daleko, ale wciąż jeszcze nie było tak blisko. Bieda nas ośmiela, Zachód trzyma na dystans – może to jest powód, dla którego zachowałam sentyment do wczesnych filmów tego reżysera.

 

3. Teksty Doroty Masłowskiej z cyklu Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu w Dwutygodniku sprawiły mi dużo przyjemności. Masłowska po przygodzie z programowym żuciem przeżutej frazy w Kochanie, zabiłam nasze koty wychodzi z felietonami, które urzekają mnie lekkością, humorem i bogactwem kolorytu opisywanej rzeczywistości. Serdecznie polecam. 

Minusy

1. Kraków jako miasto perspektyw. 

 

2. Jest jak jest.

 

3. „Lepiej już było”

Odkrycie

Rok 2013 był dla mnie rokiem wprowadzania zmian w życie, jak również rokiem dopingowania chorych jeży w internecie. Moje oficjalne odkrycie 2013 to facebookowa witryna https://www.facebook.com/JerzyDlaJezy. Dzięki niej poznałam wiele nowych jeży, dowiedziałam się o nich sporo, jak również wiele dowiedziałam się o sobie. Dzisiaj mogę powiedzieć, że kocham jeże, bo nie ma miłości większej, niż śledzić swoich kolczastych przyjaciół w internecie. W nowym roku pamiętajcie – internet nie powinien służyć życiu, to życie powinno służyć internetowi. Warto jednak pomagać, bo pomagając – pomagasz (pozdro dla kumatych!), dlatego pomagajcie jeżom w internecie. 

Bartek Przybyszewski

Plusy

1. Sean Howe, Niezwykła historia Marvel Comics – Jeśli kiedykolwiek zadzwoni do nas Stan Lee, powiedz mu, żeby poszedł do diabła – miał w latach 50. rzucić do swojej żony John Romita Sr., jeden z najważniejszych rysowników w historii amerykańskiego komiksu. Tak, chodziło mu o właśnie TEGO Stana Lee. O tego jurnego, zawsze promiennego staruszka, którego kojarzy każdy, kto oglądał więcej niż jeden film oparty na komiksach wydawnictwa Marvel.

Książka Howe’a to nie kolorowy, przeznaczony dla nerdów leksykon o komiksach. Nie jest to również kompendium wiedzy o superbohaterach. To ponad 500-stronicowa, niemal pozbawiona ilustracji historia wydawnictwa odpowiedzialnego za stworzenie postaci takich jak Spider-Man, Hulk czy Iron Man. Historia nakreślona na podstawie przeszło 150 wywiadów z dyrektorami, grafikami, redaktorami, scenarzystami, a nawet z krewnymi pracowników Marvela. Historia nielukrowana oraz bezkompromisowa. I przerażająca, bo wylewająca mnóstwo brudów.

A tych przez ostatnich siedemdziesiąt pięć lat (pierwszy numer magazynu Marvel Comics wydany został kilka godzin przed atakiem III Rzeszy na Westerplatte) nazbierało się mnóstwo. Sądowe batalie o prawa do postaci, głodowe pensje, spiski, zdrady, zniszczone przyjaźnie, zrujnowane rodziny,  a nawet problemy ze zdrowiem wieńczone załamaniami nerwowymi i zawałami. Hedonistyczne zabawy w czasach świetności zmieniają się w nagłe, masowe zwolnienia w latach chudych. Howe wykonał kapitalną robotę i stworzył niezwykle wciągającą książkę. Lekką i  merytoryczną zarazem. Godną polecenia nie tylko komiksiarzom, ale też wszystkim tym, którzy ciekawi są, jak działała korporacja wywierająca tak ogromny wpływ na kulturę popularną.

Do tej beczki miodu polski wydawca postanowił dolać łyżkę/chochlę/wiadro dziegciu. Mowa tu o żenującej, rodzimej okładce. Od biedy wybaczyć można to, że średnio przystaje ona do treści – jak bowiem napisałem wcześniej, Sean Howe nie napisał książki ani o Wolverinie, ani o Kapitanie Ameryce, ani nawet o żylastym członku Hulka (dumnie prężącym się po prawej). Rozumiem jednak, że w kraju, w którym komiksy wydaje się w półtoratysięcznych nakładach, postanowiono zareklamować wydawnictwo postaciami dobrze kojarzonymi z ekranów kinowych. Gorzej, że ilustracja na okładce to zwyczajna fuszerka, przypominająca cliparty z Worda 97. Kapitan Ameryka ma na kostiumie jakieś plamy starcze, a ręka Hulka wygląda jak… A, zresztą. Nawet krój pisma, jakim napisano tytuł, wydaje się zupełnie przypadkowy. Szkoda.

 

2. Jacek Świdziński, A niech cię, Tesla! – Od lipca myślałem, że niesamowity występ Nicka Cave’a na zeszłorocznym Open’erze ma zapewnione miejsce w moim podsumowaniu 2013 roku. Rzutem na taśmę, w ostatnim kwartale, Mikołaja Pieczarę wygryzł dwudziestoparolatek z Białegostoku – Jacek Świdziński. Jedyny komiksiarz na świecie, który strollował Leszka Balcerowicza.

 

Twórca, związany ze świetnym magazynem „Maszin”, powołał do życia narracyjny majstersztyk pt. A niech cię, Tesla! Cztery wątki, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, w sprytny sposób splatają się ze sobą w finale. Całość zilustrowana została minimalistyczną kreską i dialogami wskazującymi na to, że Świdziński jest świetnym obserwatorem języka. I z polsko-przaśnych zdań, i ze sformułowań potrafi korzystać równie urzekająco, co Krzysztof Owedyk w Bajkach Urłałckich.

3. Wielka Kolekcja Komiksów Marvela – Co prawda pierwsze tomy Kolekcji wyszły jeszcze w 2012 roku, ale najważniejsze pozycje pojawiły się w księgarniach, kioskach i salonikach prasowych w zeszłym roku.

WKKM to 60-tomowa selekcja mniej i bardziej istotnych pozycji wydanych przez Marvel Comics na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Wejście kolekcji do naszego kraju to jedno z najważniejszych wydarzeń na rodzimym rynku komiksowym: albumy są relatywnie tanie, schludnie wydane, szeroko dostępne i sprzedawane w wysokich nakładach. Dzięki temu docierają nie tylko do zamkniętej grupki zwanej „polskim środowiskiem komiksowym”.

Dodatkowo, raz na jakiś czas, pojawia się w Kolekcji pozycja naprawdę istotna, kamień milowy komiksu superbohaterskiego. To dzięki WKKM po raz pierwszy możemy przeczytać po polsku klasyki takie jak X-Men: Dark Phoenix Saga czy Daredevil: Born again.

Minusy

1. Sprawa Anity Sarkeesian – W naszym podsumowaniu 2012 roku Maciej Pawlikowski snuł dość idylliczną wizję internetu jako przestrzeni coraz bardziej samoświadomej, pełnej użytkowników zaangażowanych kulturalnie, politycznie, społecznie. Jak jednak pokazuje przykład vlogerki Anity Sarkeesian, czasem lepiej byłoby, żeby niektórzy użytkownicy byli nieco mniej zaangażowani.

Sarkeesian, autorka strony Feminist Frequency, poprosiła na Kickstarterze o 6 tys. dolarów na stworzenie serii programów mających na celu krytyczne przyjrzenie się wizerunkowi kobiet w grach. Jak się okazało, krytyka kultowych franczyz, jak i przemysłu w ogóle, nie jest łatwa. Projekt Tropes vs. Women in Video Games wywołał lawinę internetowej przemocy, skierowanej przeciwko Sarkeesian. Na przestrzeni dwóch ostatnich lat, w tysiącach komentarzy na YouTubie, Facebooku, Twitterze i innych miejscach autorce grożono, życzono śmierci i gwałtu, wyzywano ją, umieszczano jej twarz na zdjęciach pornograficznych. Jej stronę na Wikipedii co chwilę modyfikowano, a konto e-mailowe zasypywano wulgarnymi treściami (np. rysunkami, na których Sarkeesian gwałcona jest przez postaci z gier). Zarejestrowano też próby włamań na jej prywatne internetowe konta i zdobyto dokładne informacje dotyczące miejsca zamieszkania vlogerki. O ironio, powstała nawet flashowa gra, w której Anitę można własnoręcznie skatować.

Sarkeesian cierpliwie to wszystko znosiła, regularnie wrzucając na Feminist Frequency printscreeny z dowodami na internetową przemoc. Dzięki zamieszaniu wokół projektu, na Kickstarterze udało jej się zebrać ponad 150 tys. dolarów (25 razy więcej niż planowała!), dzięki czemu seria Tropes vs. Women in Video Games ma mieć o 7 odcinków więcej, niż początkowo zakładano. Cała sprawa zaś rozpoczęła w Stanach dyskusję na temat cyberprzemocy.

 

2. Leszka Bugajskiego nikt jeszcze nie przekonał :-((( – W zeszłym roku, po raz pierwszy w historii, do nagrody Nike nominowany został komiks. A ściślej, Przygody na bezludnej wyspie Macieja Sieńczyka. Statuetki i stu dużych baniek Sieńczyk oczywiście nie zgarnął, ale już sama nominacja była wielkim wydarzeniem dla rodzimego środowiska komiksowego.

Felieton o gali Nike 2013 napisał Leszek Bugajski, dziennikarz działu kulturalnego polskiego „Newsweeka”. Nominację dla Sieńczyka Bugajski postanowił skomentować, nie odnosząc się w żaden sposób do pracy komiksiarza. Zamiast tego, felietonista wymodził opinię spod znaku „nie znam się, to się wypowiem”, deprecjonującą komiks jako medium mogące aspirować do miana „prawdziwej sztuki”. To przykład wypowiedzi, której nie trzeba komentować. Wystarczy ją zacytować:

Nikt mnie jeszcze nie przekonał, że komiks daje głębsze intelektualnie, psychologicznie etc. opisy świata niż powieść, choćby nawet nazywano go dla niepoznaki powieścią komiksową. Jeszcze nie! To sztuka uproszczona, świat popkultury, ważny, zasługujący na poważne traktowanie, ale to jeszcze nie jest prawdziwa sztuka ani pod względem wizualnym, ani werbalnym.

 

3. Grawitacja – Nie jest to na pewno najgorszy film roku. Ale to moje prywatne, największe filmowe rozczarowanie ostatnich 12 miesięcy.

Grawitacja to film, z którego nie warto ochłonąć. I o którym nie wolno myśleć zbyt dużo po seansie. To film ze scenariuszem pustym niczym próżnia. Film, w którym sceny wybitne (ze wskazaniem na pierwszych 15 minut) sąsiadują z dłużyznami wypełnionymi dialogami jak od Łepkowskiej. Są tu też momenty żenujące – czy jest na sali ktoś, kto nie zaliczył facepalma, gdy Sandra Bullock zaczęła szczekać i wyć?

Ale to przecież „cinematic experience”! Jak możesz narzekać na dialogi i fabułę? – zakrzyknie ktoś przed monitorem. Otóż: mogę. Nie czepiałbym się, gdyby Grawitacja nie gubiła gdzieś po drodze tempa z początku. Niestety, gubi. I wtedy na wierzch wyłażą jej wszystkie słabości. Włącznie z castingiem – szybko okazuje się bowiem, że jeśli chcemy oprzeć sporą część filmu na jednej aktorce, to Sandra Bullock nie jest najlepszym możliwym wyborem.

Mimo wszystko, Grawitację polecam zobaczyć w 3D i na wielkim ekranie. Bo oglądanie jej w jakichkolwiek innych warunkach nie ma po prostu sensu. Pod względem wizualnym seans robi ogromne wrażenie, zwłaszcza w pierwszym kwadransie. Potem można już iść spać.

Jakkolwiek jednak: cieszy mnie, że dzięki Grawitacji wreszcie doceniony został reżyser Alfonso Cuarón, któremu powszechne uznanie należało się już za Ludzkie dzieci z 2006 roku.

Odkrycie

Gotye feat. Kimbra, Somebody that I used to know – fajny kawałek, słyszeliście?

W 2013 roku odkryłem również dwa stare, TVN-owskie seriale z czasów, w których TVN-owi się jeszcze chciało. Pierwszy to Alfabet mafii z udziałem Piotra Pytlakowskiego i Ewy Ornackiej. Kapitalna dziennikarska robota! Autorzy opowiadają o mafiach pruszkowskiej i wołomińskiej na tyle dokładnie i rzetelnie, na ile było to w 2004 roku możliwe (pamiętać bowiem należy, że toczyła się wówczas jeszcze część śledztw, dlatego niektórych informacji nie można było podać do wiadomości publicznej). Wrażenie robią zwłaszcza rozmowy z Masą, Carringtonem i zmarłym niedawno Dziadem.

Drugim serialem jest Cela numer. W kolejnych odcinkach Edward Miszczak rozmawia z najbardziej „interesującymi” polskimi więźniami: Antkiem Usypiaczem, Wampirem z Bytowa czy fałszerzem Matejką. Miszczak przepytuje skazanych bardzo emocjonalnie, dlatego nie wszystkie wywiady uznać można za udane (Przecież pan jest zboczeniec – mówi do Leszka Pękalskiego, gdy ten kończy snuć swoją chaotyczną opowieść o nekrofilskim gwałcie, którego dokonał). Nie zmienia to jednak faktu, że materiał jest niezwykle odważny i na tyle mocny, że niektóre odcinki musiałem dawkować sobie powoli i dzielić na kilka seansów.

Ewa Drygalska

Plusy

Jak co roku, game changery w rap biznesie i wielki oligopol:

 

1. Jay-Z wydaje swój dwunasty album Magna Carta Holy Grail jako apkę dla miliona użytkowników Samsunga i okrywa się platyną, zanim ktokolwiek zdążył jej przesłuchać. Płyta może nie stała się natychmiastowym klasykiem, ale pociągnęła za sobą lawinę innych medialnych wydarzeń: wizytę Shawna Cartera na Kubie i reakcję Białego Domu (!) oraz… (patrz „Minusy”).

 

2. Kanye West oddaje światu zuchwałego, kontrowersyjnego lirycznie (jak można w jednej zwrotce zwulgaryzować kobiety i ruch na rzecz praw obywatelskich? Put my fist in her like a civil rights sign) i ideologicznie (multimiliarder West jako współczesny niewolnik?) Yeezusa, wspinając się na szczyty egotycznej arogancji za każdym razem, gdy otwiera usta i tweetera. Dodajcie do tego Kim Kardashian, ich córkę Północny Zachód, i teledysk, który z miejsca stał się memem – Bound 2. Majstersztyk PR-u. Najdowcipniejsze jest to, że on NAPRAWDĘ jest geniuszem. Zobacz także: Bound! But to what?

 

3. Beyoncé zaskakuje wszystkich: znienacka, poza jakąkolwiek promocją wypuszcza w iTunes swój kolejny album, zatytułowany skromnie Beyoncé, wraz z siedemnastoma (!) teledyskami, które rzecz jasna sama współreżyseruje. A to tylko kilka miesięcy po premierze autodokumentu HBO o jej życiu Life is but a Dream. Diwa po urodzeniu swojej pierworodnej odradza się jako feministyczny kociak i pozwala sobie na wiele. Świat szaleje. Wasze życie stanie się na chwile nieco lepsze, jeśli obejrzycie YonceZobacz także: Pokłońcie się dziwki, to ja noszę koronę.

 

Dla niezaznajomionych z amerykańskim showbiznesem: Kanye i państwo Carter to praktycznie rodzina. 

 

(BONUS: Amerykańska stand-up comedy w rozkwicie – świetne speciale: egzystencjalisty Louisa CK Oh My God, którego dystans do świata daje mu zupełnie niesamowity wgląd w rzeczywistość, młodych gwiazd Aziza Ansariego Buried Alive i Pete’a Holmesa Nice Try Devil oraz last but not least Amy Schumer Mostly Sex Stuff (najlepszy dowód na to, że kobiety mogą być totalnie wyemancypowane seksualnie i ordynarnie zabawne zarazem). Dodatkowy plusik za budzącą się powoli do życia krakowską scenę komediową)

Minusy

1. Po latach tłustych w telewizji przychodzą chude. Słabe sezony zaliczają uwielbiane serie: Homeland, Girls i, na granicy oglądalności, American Horror Story. Nieszczęścia chadzają parami i HBO kasuje najbardziej niedoceniany serial ostatnich lat: Enlightened. Lecz kultura nie zniesie próżni, więc na prowadzenie wychodzą debiutanci oryginalnych serii „telewizji na życzenie” Netflixu: House of Cards i Orange is the New BlackZobacz także: Panie i dziewczyny, Odkrywając Homeland, Strach kontrolowany.

 

2. Rap-słoń w składzie porcelany, czyli zupełnie nieudana próba mariażu hip-hopu i sztuki w wykonaniu Jaya-Z i Mariny Abramović w nowojorskiej MoMie. Sześć bitych godzin blamażu: http://vimeo.com/70111004.

 

W grudniu 2013 roku miała ukazać się nowa seria Czarodziejki z Księżyca. NIE UKAZAŁA SIĘ. 

Odkrycie

Nieco zapomniana kategoria kampu powraca we wspaniałej antologii pod redakcją Przemysława Czaplińskiego i Anny Mizerki wydanej w serii „Horyzonty Nowoczesności”. Lektura superobowiązkowa dla każdego, kto lubi się tarzać w kulturze. 

Iwona Boruszkowska

Plusy

1. Absolutnym hitem minionego roku nie jest dla mnie pojedyncza książka, bo nijak żadnej wybrać nie mogę, ale jeden autor – Filip Springer i niemal cały jego dorobek z 2013 (i nie tylko) roku: fascynująca opowieść o niesamowitej parze wizjonerów – Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach (Karakter) – oraz pięknie wydana rzecz o polskim chaosie i bezładzie – Wanna z kolumnadą (Wydawnictwo Czarne). Jak dobrze, że ktoś potrafi tak przenikliwie opisać i nazwać to, co wszyscy widzimy.

 

2. Konsekwentnie – cała „Seria Amerykańska” Wydawnictwa Czarne, w ramach której w 2013 roku ukazała się książka Magdaleny Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero. A dopełnieniem snów o Wielkim Jabłku jest Deliryczny Nowy Jork (Karakter) – manifest holenderskiego architekta Rema Koolhaasa. Dwa fascynujące i zupełnie odmienne portrety wszechświata. Zobacz także: Tajna historia Manhattanu.

 

3. Plus trzeci będzie literacki i ukraiński – Biuro Literackie wydało tom opowiadań młodego ukraińskiego prozaika Andrija Lubki Killer, a także powieść Choroba Libenkrafta należącego do literackiej grupy BuBaBu Ołeksandra Irwańca – dzięki czemu mogliśmy dowiedzieć się nie tylko o tym, co dzieje się na kijowskim Euromajdanie, ale także we współczesnej ukraińskiej literaturze. A jeżeli pragnęliśmy więcej „ruskich hardkorowych historii”, śmiało mogliśmy sięgnąć po Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajną historię Słowian Ziemowita SzczerkaZobacz także: Trzy tysiące sto osiemdziesiąt siedem historii z naszych pijatyk, Gabinet doktora Libenkrafta„I opowiadać sobie wszystkie te ruskie, hardkorowe historie…”Jadąc do Mordoru.

Minusy

1. Może nie była to literacka porażka roku, ale zdecydowanie też nie największe wydarzenie literackie XXI wieku – Kronos, nieznane dzieło Witolda Gombrowicza, a przede wszystkim strategia promocyjna obrana przez Wydawnictwo Literackie. Sam Kronos jako zapis porażki poniesionej w walce z fizjologią jest przejmujący, jednak szum medialny zdecydowanie zaszkodził możliwościom odbioru tej książki. Zobacz także: Buchalter GombrowiczCzy Gombrowicz z kropką nad „i”?

 

2. Minusy będą także filmowe – ostatecznie rozczarowały mnie wysublimowane, acz ziejące pustką czarno-białe kadry Idy Pawła Pawlikowskiego. Zobacz także: Rudy rydz i wycieczka po tożsamość.

 

3. Rozczarowaniem kolejnym będzie Blue Jasmine Woody’ego Allena – za trywializowanie kryzysu i odmiennych stanów mentalnych – oraz Grawitacja meksykańskiego reżysera Alfonso Cuaróna – za nadmiar popu w ukazaniu idei odnalezienia Absolutu w próżni przestrzeni kosmicznej. 

Odkrycie

Odkryciem 2013 roku była muzyka, po prostu muzyka, na którą nie ma czasu, a która jakby bezustannie nam towarzyszy. Miniony rok pełen był różnorodnych brzmień, bo jak pisał Paul Verlaine: de la musique avant toute chose. Prócz dźwięków – i w obliczu filmowych rozczarowań – zaczęłam bardziej doceniać obrazy… serialowe. Oprócz niekwestionowanych faworytów, oglądanych po raz kolejny od pierwszego sezonu – Mad Men, Six Feet Under, Breaking Bad – zachwyciły mnie ponownie Anioły w Ameryce Mike’a Nicholsa. Serial na motywach sztuki Tony’ego Kushnera wydaje mi się niezwykle aktualny w kontekście żenującej debaty publicznej wokół tak zwanej ideologii gender. 

Jacek Skałecki

Plusy

1. Oscary dla Operacji Argo. Ben Affleck nakręcił film, który przywraca wiarę w solidne kino gatunkowe. A że zrobił to jeszcze w roku 2012, w niniejszym podsumowaniu słowa uznania kieruję do Akademii, ponieważ po raz pierwszy od trzynastu lat przyznała ona najważniejszego Oscara filmowi, który naprawdę na to zasłużył. Zobacz także Po drugiej stronie kamery.

 

2. Płyta 13 grupy Black Sabbath. Starsi panowie zeszli się w studiu po trzydziestu pięciu latach i jak gdyby nigdy nic wysmażyli kapitalny album, który dorównuje ich dokonaniom z lat 70. oraz uświadamia, jak bardzo niepotrzebne były płyty Black Sabbath z innymi wokalistami niż Ozzy Osbourne.

 

3. Sukienka Katy Perry na ceremonii rozdania nagród Grammy. Pierwsza ciekawa rzecz na tej ceremonii od czasów Thrillera Michaela Jacksona. A jednocześnie dowód na to, że gwiazdy muzyki pop nie muszą schodzić do poziomu śp. Hannah Montana, by wyglądać seksownie i wyzywająco.

Minusy

1. Film Drogówka Wojciecha Smarzowskiego. Nie spodziewałem się, że zjadanie własnego ogona i scenariuszowe mielizny akurat ten reżyser będzie przykrywał serwowaniem widzowi starych dowcipów i memów „ku uciesze gawiedzi”. Każdy film Smarzowskiego jest słabszy od poprzedniego. Mam nadzieję, że Pod Mocnym Aniołem przerwie tę passę. Zobacz także Nuda zła.

 

2. Film Układ zamknięty Ryszarda Bugajskiego. Wybitne aktorstwo Janusza Gajosa nie jest w stanie przesłonić faktu, że scenarzyści zepsuli temat. Postacie mówią do siebie WIELKIMI LITERAMI, a kolejne wydarzenia dzieją się bez żadnej logiki. Jeśli ktoś w kinie oczekuje Sprawy dla reportera, jest to pozycja w sam raz dla niego.

 

3. Płyta Prosto grupy Kult. Kilka solidnych kompozycji i dwa niezłe teksty toną w morzu dobrze znanych jarmarcznych rytmów i oceanie mało sensownej słownej waty. Zdumiewa nie tyle słabsza forma zespołu (każdemu się przytrafia), ale głoszone przez samych muzyków przekonanie, że stworzyli najlepszą płytę od lat. Zobacz także Kult w remizie.

Odkrycie

Film Kroll Władysława Pasikowskiego. Nikt w polskim kinie nie ma takiej ręki do tworzenia chwytliwych historii i wybitnych dialogów jak Pasikowski. Również dzięki temu Krolla ogląda się jednym tchem. A w wersji odrestaurowanej film sprawia wrażenie prawdziwie amerykańskiej produkcji. Z tą różnicą, że Amerykanie nie mają Bogusława Lindy.

Karina Jarzyńska

Plusy

1. Tegoroczny soundtrack obfitował w dobre wesołe piosenki, do czego walnie przyczyniła się współpraca Daft Punk z Pharrellem Williamsem na cudownie retrofuturystycznym Random Access Memories. Zatracając się w tańcu, liczyliśmy na szczęście, a na koniec dostaliśmy dwa w jednym w 24-godzinnym teledysku Pharrella Happy. Reprezentujące pełen przekrój społeczny kilkaset osób przez całą dobę spontanicznie wyrażających radość na ulicach Los Angeles z inicjatywy czarnoskórego, metroseksualnego, niewysokiego  czterdziestolatka – to zbyt piękne, by było prawdziwe. Po wnikliwym researchu znalazłam dwie skazy na wizerunku Pharrella: lubi Coelho i wystąpił w Blurred lines Robina Thicke’a. Odpowiedź na pytanie #jakżyć jednak nie mogła być aż taka prosta.

 

2. Przygody Macieja Sieńczyka z nagrodą Nike. Fakt, że twórca Hydrioli doczekał się mainstreamowego uznania, zaowocował dwoma bonusami: zapisem jego refleksji na ten temat oraz polemiką ze zdaniem Doroty Jareckiej: Sieńczyk używa języka komiksu, ale jego sztuka nie jest ani łatwa, ani masowa. Gdzieś po drodze polska kultura rozszerzyła zakres swojej wrażliwości.

 

3. Zostanę przy satysfakcjonujących wizualnie książkach: Bohdan Butenko miał wystawę w krakowskim Bunkrze Sztuki, a Nasza Księgarnia wznowiła Przygody kota Filemona. Trwa zasłużony popyt na Mizielińskich, ukazują się kolejne efekty współpracy uznanych poetek i prozaików z grafikami (jak Książę w cukierni Bieńczyka i Concejo). Poważne traktowanie ilustrowanej książki dla dzieci w Polsce jest pewnie związane z osiągnięciem wieku reprodukcyjnego przez pokolenie wychowane w złotym okresie tej branży w PRL-u tudzież ze wzrastającą popularnością czytników elektronicznych – jeśli już trzymamy w rękach papier, to najlepiej z kolorowymi obrazkami i emocjonującą fakturą. Lubię jednak przeczucie, że kryje się za tym coś więcej, a jeszcze bardziej lubię te książki. W 2013 ukazały się też inne ładne rzeczy, ale o nich już na pewno słyszeliście (zob. np.: J. Muchowski, Tajna historia Manhattanu).

 

Minusy

1. Polskojęzyczny soundtrack 2013 był również z reguły wykonywany z uśmiechem na ustach, ale w tym przypadku nie podzielałam entuzjazmu wykonawców ani radiosłuchaczy. Mam na myśli Domowe Melodie z przebojem Grażka oraz My Słowianie duetu Donatan–Cleo. Oprócz radosnej nuty i niemal bezkrytycznej recepcji utwory te łączy obsceniczny tryb odwołań do kobiecej cielesności. Zjawisko tym bardziej rażące, że firmowane przez śpiewające w nich kobiety, pozostające przy tym pod oceniającym ostrzałem męskiego spojrzenia (#dżęderhasyou).

 

2. Wyjście Sztucznych Fiołków poza ramy Facebooka i ekranu spotkało się z dość zaskakującą reakcją częstochowskiej kurii. Historia, można powiedzieć, kuriozalna, ale też symptomatyczna. Wielokrotnie padające w tym roku ze strony polskich katolików oskarżenia twórców kultury o profanację można czytać rozmaicie, pewne jest natomiast, że negocjacja granic wzajemnej wolności przybiera ostatnio szczególnie gwałtowne formy, a jej uprzywilejowanym terenem jest szeroko pojęta sztuka (także teatr  i kino).

 

3. Może na koniec coś lżejszego: powieść science fiction Czesława Miłosza. Niestety, ani lekka, ani science fiction, ani nawet powieść, przez co nadzieja na ocieplenie wizerunku wieszcza okazała się płonna. Za to w Uwagach wstępnych Miłosz całkiem dowcipnie tłumaczy, dlaczego ta książka „nie będzie napisana”, a rozdział Opowieść Astronauty można zestawić z innym rozczarowującym tekstem ubiegłego roku – Elizjum Neilla Blomkampa. W obu przypadkach mamy wizję radykalnego podziału na uprzywilejowanych i wykluczonych w wyniku postępu technologicznego, przy czym w pierwszej grupie są nieśmiertelni, a w drugiej – bohaterowie. Nie, jednak u Miłosza to jest bardziej skomplikowane.

Odkrycie

Dzięki Kongresowi Ariego Folmana (kolejny zawód w kategorii „filmy science fiction zrobione przez reżyserów, których poprzednie produkcje były świetne”) przeczytałam w końcu Kongres futurologiczny Lema i powiem tak: lepiej późno niż wcale. Sięgnęłam też po jednego z pionierów gatunku i to też był dobry pomysł, o czym upewniły mnie słowa Lady Violet Crawley (Maggie Smith): First electricity, now telephones. Sometimes I feel as if I were living in an H.G. Wells novel (Downton Abbey, s1e7). Otóż nie, nie żyjemy w świecie z powieści Wellsa, ale ten punkt odniesienia pozwala całkiem sporo się o sobie dowiedzieć. Zobacz także: Jak działa latawiec?

Katarzyna Pawlicka

Plusy

1. Polski teatr Zagłady Grzegorza Niziołka – za imponującą bibliografię, innowacyjność, wspaniałe fotografie i, przede wszystkim, pełnowymiarowe myślenie o zagadnieniu. Niziołek, dzieląc swoją książkę na dwie części (Zagłada i Teatr oraz Teatr i Zagłada), buduje komplementarny wywód, oscylujący wokół problemu relacji między metaforami teatralnymi, silnie obecnymi w świadectwach Zagłady, i specyfiką przedstawień teatralnych podejmujących ten temat na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Ważna pozycja nie tylko w kontekście badań nad teatrem, ale przede wszystkim wobec problemów polskiej tożsamości i samoświadomości.

 

2. Luther (sezon trzeci) – za to, że trzeba było na niego czekać z takim wytęsknieniem (zasługa dwóch poprzednich, równie dobrych sezonów), i za to, że u boku zawsze męskiego i piekielnie przystojnego Idrisa Elby pojawiła się ultrakobieca i piękna Sienna Guillory. Dodatkowe plusy za constans serialu, czyli mroczny, wiecznie spowity mgłą Londyn, nieoczekiwane zwroty akcji, napięcie, od którego bieleją nadgarstki, postać Alice Morgan i muzykę „w punkt”. Zobacz także Ofensywa brytyjskich seriali kryminalnych.

 

3. Przed północą w reżyserii Richarda Linklatera – przede wszystkim za zgrabne domknięcie kultowej trylogii bez poczucia przesytu, zażenowania i wyczerpania. Plus dla, wciąż cudownie neurotycznej, Julie Delpy i bezpretensjonalnego Ethana Hawke’a. Proste emocje, jasne obrazy, dowcipne dialogi i sentyment oddanych widzów.

Minusy

1. Miejsce pierwsze należy się „Hańbie” ze Starego Teatru w Krakowie. Nie za to, że kilkoro widzów opuściło widownię podczas spektaklu Do Damaszku w reżyserii Jana Klaty (samemu aktowi, destylując go z motywacji, po cichu kibicuję), ale za brak wykorzystanej szansy w późniejszej medialnej dyskusji. Za to, że coraz rzadziej i coraz trudniej rozmawia się o walorach artystycznych dzieła, ale coraz bardziej ochoczo o (uproszczonych do granic możliwości i zunifikowanych) światopoglądach. Zobacz także 11 listopada to stan umysłu (przerwany spektakl w Starym Teatrze w Krakowie) oraz Occupy the Old Theatre

 

2. Nocne zwierzęta Patrycji Pustkowiak – za diagnozę społeczną rodem z telewizyjnego talk- show, za „odgrzewaną”, wtórną i nużącą fabułę oraz bezczelne samplowanie i
„pożyczanie” poetyki od Syrwid, Drotkiewicz i Bargielskiej.

 

3. Na końcu zestawienia dwa zjawiska, pochodzące z różnych rejestrów (stąd mój problem z wyborem jednego). Dwie nieudane premiery filmowe, zbliżone do siebie tematycznie: W imię… Małgośki Szumowskiej i Płynące wieżowce Tomka Wasilewskiego oraz dwie produkcje telewizyjne konkurujących ze sobą stacji (sic!) muzycznych: Miłość na bogato pod rękę z Warsaw shore. W przypadku obrazów filmowych przede wszystkim za samozachwyt reżyserów, przecenienie przez krytykę, naiwność rozpoznań, utrwalanie stereotypów i siermiężny scenariusz. Programom należy się minus przede wszystkim za to, że mimo (a właściwie dzięki) ich totalnej beznadziei, wszyscy je oglądamy, komentujemy i śledzimy, wymawiając się odrobiną guilty pleasure, do której mamy przecież prawo. Zobacz także Warsaw Shore – kozioł ofiarny na publiczne zamówienie, Tu idzie ulicą Marcela Leszczak („Miłość na bogato”) oraz Dwugłos: „Płynące wieżowce”

Odkrycie

The National – chociaż ponuracy z Nowego Jorku nagrywają z powodzeniem już od kilku lat, a ich tegoroczny koncert na Open’erze był jednym z największych wydarzeń festiwalu, pełna sympatia i uznanie dla zespołu pojawiły się u mnie dopiero niedawno. Wszystko za sprawą płyty Sad Songs for Dirty Lovers z 2003 roku, poleconej mi przez znajomego. Ciepły, dojrzały wokal, muzyczna lekkość, klasyczne brzmienie i teksty – proste, męskie opowieści sprawiły, że chciałam słuchać jeszcze i więcej. Najnowszy krążek (Trouble Will Find Me), choć dziesięć lat starszy od mojego ulubionego albumu, pozytywnie zaskakuje świeżością brzmienia z zachowaniem wszystkiego, co dla The National najlepsze. Uwaga: 9 czerwca panowie z Brooklynu zagrają w Warszawie!

 

Lech Dulian

Plusy

1. Finał Breaking Bad – biznesowa zagrywka AMC, polegająca na wyemitowaniu ostatniego sezonu serialu w dwóch częściach, okazała się warta ryzyka. Oczekiwanie na ostatnie siedem odcinków było dla fanów Waltera White’a równie bolesne jak narkotykowy głód, ale na przerwie skorzystali spóźnialscy, nadrabiając zaległości przed wielkim finałem. Serial w międzyczasie zyskał status kultowego dzieła, a ostatnie odcinki jedynie potwierdziły tę powszechną opinię. Wielkie gratulacje dla twórców, którzy zdecydowali się na uczciwe zakończenie, opierając się pokusie zaserwowania wielkiego fabularnego twistu na koniec.

 

2. Wybryki Russella Branda – nie potrafię uwolnić się spod wpływu tej nietuzinkowej postaci. Kim jest Russell Brand? Reinkarnacją Andy’ego Kaufmana w brytyjskim, rock’n’rollowym wydaniu? Enfant terrible anglosaskiej popkultury? Znudzoną gwiazdą o utopijnych poglądach politycznych czy prorokiem umysłowej rewolucji? Brand zasługuje na obecność w tym zestawieniu już za sam autorski żart na rozdaniu nagród GQ Awards, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Zobacz także: Czekając na mesjasza.

 

3. Koncert Portishead w Krakowie – słuchając niejednej legendy na żywo, można mieć wrażenie, że o doniosłości koncertu stanowi przede wszystkim status występującej gwiazdy. Portishead to zupełnie inna bajka. Chirurgiczna precyzja od pierwszego dźwięku, świetne wizualizacje montowane na żywo, a do tego wnętrze ocynowni ArcelorMittal. Wielkość Brytyjczyków była namacalna i niezaprzeczalna.

Minusy

1. Wydawnictwo Literackie i Kronos – mógłbym po raz kolejny zadać kontrowersyjne pytanie o sens publikacji zapisków Gombrowicza – jest o co się spierać. Nie mam natomiast wątpliwości, że kampania reklamowa Kronosu była zwyczajną hucpą. Wydawnictwo Literackie, wojując hasłem największego wydarzenia literackiego XXI wieku, zapomniało chyba, że klienci księgarni niekoniecznie są idiotami. Umieszczenie na okładce Kronosu narządów rozrodczych dowolnej płci byłoby zagrywką marketingową na zbliżonym poziomie. Zobacz także: Buchalter Gombrowicz, Czy Gombrowicz z kropką nad „i”?

 

2. Zamknięcie Radiofonii – smutna historia z krakowskiego podwórka. Decyzja rektorów krakowskich uczelni o rozwiązaniu akademickiego radia, które funkcjonując od 2009 roku, stało się jedną z najciekawszych rozgłośni w regionie, była równie niespodziewana, co symptomatyczna. Miniony rok nauczył nas, że uczelnie nie mają pieniędzy na utrzymywanie nierentownych kierunków typu filozofia i wspieranie kulturalnych inicjatyw pokroju Radiofonii. Może przyszedł już czas, żeby okroić ich statuty z bzdur o kształceniu, wychowywaniu i uczestnictwie w rozwoju nauki […] sztuki i innych dziedzin kultury? Warto też wspomnieć o Grupie RMF, która przejmując częstotliwość 100.5FM, nie omieszkała podkraść również marki wypracowanej przez zespół Radiofonii w ciągu ostatnich czterech lat.

 

3. Wielki Gatsby – być może nie był to najgorszy film 2013 roku, ale na pewno moje wielkie rozczarowanie. Ogromny budżet, doborowa obsada i doskonały soundtrack przestają mieć znaczenie mniej więcej w połowie filmu, kiedy Nick, Jay i Daisy wymieniają na ekranie intensywne spojrzenia trzechsetny raz. Zobacz także: Między wyobrażonym a niemożliwym.

Odkrycie

Nadrobione zaległości serialowe – Mad Men i Battlestar Galactica. O wybitności pierwszego napisano i powiedziano już chyba wszystko. Większym zaskoczeniem był dla mnie drugi tytuł. Chociaż serialowa historia ubrana jest w kostium sci-fi, dotyka spraw najbardziej przyziemnych i ludzkich. Być może brzmi to banalnie, ale dobrze czasem dowiedzieć się od robota paru uniwersalnych prawd o człowieku, zwłaszcza w tak mrocznej i sugestywnej atmosferze, jaką zapewnili twórcy serialu wyprodukowanego między 2004 a 2009 rokiem. Wisienką na tym torcie jest świetny Edward James Olmos w roli komandora Williama Adamy.

Łukasz Łoziński

Plusy

1. Wenus w futrze (reż. Roman Polański) od czasu do czasu w teatrze, mniej więcej w połowie sztuki – o ile jest dość dobra – miewam kilka minut tak zwanej iluminacji, kiedy odbieram przedstawienie wyjątkowo intensywnie, dostępując złudnego poczucia wspólnoty z rodzajem ludzkim. W kinie się to nie zdarzyło. Poza ostatnim filmem Polańskiego. Zobacz także Shiny, shiny, shiny boots of leather.

 

2. Toys, Toys and Toys – Nocz Quartet krążek morawskiej grupy jazzowej to całość dobrze skomponowana, łebska i pełna werwy. Hałaśliwe brzmienie – w gruncie rzeczy współczesne – nawiązuje zarówno do najbardziej radykalnych nagrań Coltrane’a, jak i do nowoorleańskiego swingu. Sporo tu także ironii i zjadliwości, uzyskanych dzięki elementom funkowym. Niby wszystko było, ale od jazzu oczekuję interesującego zestawienia dźwięków, niekoniecznie marszu po kres ewolucji muzyki.

 

3. Jan Maciej Karol Wścieklica (reż. Szymon Hieronim Budzyk) po obejrzeniu w ostatnich latach szeregu przeciętnych i słabych przedstawień w krakowskich teatrach byłem zaskoczony tym, co zobaczyłem przy ulicy Smoleńsk 22, w siedzibie Czystej ReFormy. Grupa bardzo młodych, wszechstronnie utalentowanych artystów potrafiła z tekstu Witkacego zrobić spektakl przejrzysty, trafiający w sedno, fantastycznie odegrany. A przy tym, jak sądzę, w pełni zgodny z teorią estetyczną Wariata z Krupówek.

Minusy

1. Wypowiedzi polskich duchownych o „ideologii gender tego się nie da odbierać kampowo. Instytucja jak mało która zaangażowana w kreowanie tożsamości płciowej swoich członków gremialnie potępia tego rodzaju praktyki.

 

2. Pogranicza Mody (kurator: Paweł Szypulski) wystawa w Bunkrze Sztuki miała stanowić centralny punkt Miesiąca Fotografii w Krakowie, pokazując przekrój praktyk kulturowych związanych ze strojem. Okazała się chaotyczną zbieraniną ciekawostek. Naprawdę ciekawe rzeczy działy się na peryferiach.

 

3. Morgan Freeman recytuje What Does the Fox Say mój ukochany aktor wyraźnie nie dał się porwać tekstowi grupy Ylvis. Miałem go za cieplejszego człowieka. Zobacz także: FRAKA-KAKA-KAKA-KOW!

Odkrycie

Rory Gallagher jeśli jest się wychowanym na rock’n’rollu, nie można słuchać tylko Hancocka i Strawińskiego. Ale co robić, kiedy zna się już wszystkie warte uwagi płyty wydane w złotej epoce przełomu lat 60. i 70.? Na szczęście mam haniebne luki w edukacji. I chociaż późniejsze dokonania gitarzysty nie budzą we mnie szczególnego entuzjazmu, debiutancki album w minionym roku przesłuchałem ze sto razy.

Maciej Pawlikowski

Plusy

1. Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje – debiut, a przecież autor już publikowany; reportaż, choć spisane w książce drogi wyprowadzą nas na manowce. Ziemowit Szczerek przedstawia Ukrainę oczami Polaka. Babrząc się w językach, i polskim, i ukraińskim, i rosyjskim, podłożył nogę polityce poprawności, tu będącej jednak polityką symbolicznego, wzajemnego roszczenia. Te uformowane z fikcji reportaże, pozornie punktujące przywary zacofanej Ukrainy, wskazują raczej na naszą polską, chełpliwą, obrzydliwą i żałosną postawę Pana, choć Pan ten rozporządza już ruiną. To najlepsza książka wydana przez Korporację Ha!art w 2013 roku. I jedna z najlepszych w minionym roku w ogóle. Zobacz także: „I opowiadać sobie wszystkie te ruskie, hardkorowe historie…”, Jadąc do Mordoru.

 

2. Hipsterski maoizm – chyba żaden fanpejdż nie umilił mi polityki tak, jak Hipsterski maoizm właśnie. Na Facebooku od 2012, choć w 2013 rozwinął się – czy też rozzuchwalił – na tyle, by stać się znacznie konkretniejszą i głębszą alternatywą dla zaangażowanych w lewicę, trochę przaśnych Sztucznych fiołków. Swoimi memami komentują aktualne wydarzenia z polskiej i światowej polityki we właściwy sobie, niekiedy cyniczny, ale zawsze w dotkliwy i zabawny sposób.  

 

3. The Last Of Us – studio Naughty Dog zrobiło ze mnie fanboja korporacji. Żyłem dobrze bez tej świadomości, aż pewnego dnia Sony wreszcie wydało The Last of Us. Koncepcja na czasie, bo jest to survival horror z nieco innymi niż zwykle zombie, intryguje też poważna historia o dojrzałym mężczyźnie z trudem opiekującym się nastolatką w świecie po apokalipsie. The Last Of Us to nie tylko porządny gameplay, ale też mistrzowsko poprowadzona narracja i niejednoznaczne sylwetki bohaterów. Jest miłość, jest i zdrada, jest Cormac McCarthy i Fallout. Ta gra wieńczy długi żywot Playstation 3. I robi to w nieprawdopodobnie spektakularny sposób.

Minusy

1. Na prawo patrz – w minionym roku sporo się działo, jeśli chodzi o dbanie o czystość ciała, ducha i rasy. Narodowcy i pseudokibice odkryli w sobie wręcz nieokiełznany pęd ku studiom wyższym, w szczególności zaś wykładom profesora Baumana. Po krótkiej, acz burzliwej fascynacji płynną nowoczesnością, swoje zainteresowania skupili na kategorii gender, która, choć znana od dziesiątek lat, dopiero teraz po żmudnych badaniach ruchu narodowościowego wreszcie PRZYDAJE SIĘ. To nie koniec oświecenia biało-czerwonych, bo wypada wspomnieć o trosce o polski pejzaż, nawet ten miejski, tj. przesadzanie drzew i wypalanie tęcz w stolicy. Nowa nauka pochyliła się także nad losem księży krzywdzonych przez rozwiązłe dzieci, a potem poszła na spektakl Klaty. Na koniec zatroskano się o stan zdrowia Andrzeja Turskiego, który jak na złość wziął i zmarł. Co wziął, wiedzą bracia Karnowscy, czym jest wiara, wie Terlikowski, a czego w łóżku robić nie można, wie abp Michalik. Wszystkie społeczne przestrzenie obsadzone, dyskurs dotarł wreszcie do swojej konkluzji i pozostaje nam cieszyć się i czekać na nową Polskę, czekać, na kolana padać. Choć swąd spalonych kwiatów przypomina zupełnie inny swąd. 

 

2. Polski rynek e-booków – gdy wreszcie podłączyłem do komputera nowego Kindle’a, początkowa euforia ustąpiła miejsca zdziwieniu, by potem szybko przemienić się w złość. Oto bowiem polskie księgarnie liczą sobie za e-booka jak za wersję papierową i to w twardej oprawie. „Zniżki” zdarzają się, ale to raczej kwestia promocji. Powiecie: „No dobrze, a od czego masz wyszukiwarki tanich produktów?”. I powiecie słusznie. Ale jednak Kindle’a nie kupuje się po to, by godzinami czyhać na promocję i śledzić obniżki cen. Przeciwnie, kupuje się go dla wygody. A polski rynek e-booków wygody nie przewiduje. Promocji podlegają tylko dzieła wybrane. A ja akurat nie mam kaprysu na czytanie książek o papieżu i sposobie na zarobek miliona dolarów. I co nam pozostaje? Nadzieja na polski Amazon czy stare, dobre, grzeszne i jakże kuszące piractwo? Naprawdę chcemy czekać na tanie e-booki tak, jak czekamy na promocję w Ryanair?

 

3. Let it Snowden – a jednak nawet nas ktoś słucha, choć wydaje nam się, że nikt nigdy, że samotni jesteśmy, gdy w internecie wszyscy poszli spać. Tymczasem figurą roku, tą polityczną i tą od kultury, został Edward Snowden, który balansując na krawędzi państwowej zdrady i konstytucyjnego prawa do prywatności, wypaplał światu, jak to robi USA. Scenariusze szaleńców od teorii spiskowych okazały się prawdą, a nam  co pozostało? Powoływanie się na Orwella? Przypominanie Huxleya? Czytanie Zajdla? Bo na wyciągnięcie wtyczki już dawno za późno.

Odkrycie

Reddit.com – choć portal przewinął się przez moją przeglądarkę wcześniej, dopiero w tym roku odkryłem, jak niebezpiecznie wciągającym potrafi być narzędziem. O tym, czym jest Reddit, dowiecie się tutaj. Mnie wypada zaznaczyć, że po miesiącu czy dwóch znajomi przestaną was lubić, bo na każdy ich przesłany link będziecie reagować: „widziałem to już”.

 

Małgorzata Major

Plusy

1. Chciałoby się – z nobliwym wyrazem twarzy – rzec, iż w amerykańskiej telewizji znowu dokonały się przełomy, ale byłaby to nadinterpretacja, bo to co najważniejsze dla audiowizualnej rozrywki zdarzyło się w internecie. Owszem, AMC wyemitowało finałowy sezon Breaking Bad, wzbudzając tym entuzjazm widzów, a także blogerów, publicystów, krytyków filmowych, samozwańczych opiniotwórców (*niepotrzebne skreślić), ale kilka miesięcy wcześniej, w lutym, Netflix wypuścił cały sezon swojego pierwszego serialu, deklasując konkurentów. O House of Cards od początku mówiło się dużo i pochlebnie, potem już nie wypadało mówić inaczej, głównie dlatego, że serial wart jest wygłaszanych pochwał, a ci którzy mają odmienne zdanie muszą się go wstydzić, bo w 2013 za krytykowanie netfliksowej (r)ewolucji znajomi z fejsbuka mogli skazać na towarzyski ostracyzm. Warto także wspomnieć mniej hołubiony, ale równie emocjonujący serial Netfliksa, czyli Orange Is the New Black, o którym wciąż w polskim internecie niezbyt głośno.

 

2. Nie sposób nie wspomnieć o Warsaw Shore – Ekipie z Warszawy; ledwie w listopadzie pojawiła się w ramówce polskiej MTV (obecnie także w ośmiu innych krajach europejskich), a relacje z kolejnych odcinków znajdujemy regularnie nie tylko w serwisach plotkarskich, ale i informacyjnych. Polski internet wybrał strategię mniej lub bardziej udanej kpiny w mówieniu o Ekipie: kilka memów było zabawnych, kilka analiz w miarę rzetelnych, ale ironiczny dystans, który stał się nową czernią internautów coraz bardziej męczy. Bardziej fascynujące od seksualnych przygód członków Ekipy wydaje się to, jak polscy widzowie walczą o tytuł Hipstera Roku i rozsiewając ziarno ironii, kompromitują się swoim erudycyjnym rozmachem nie mniej niż autorka definicji dotyczącej śmierci pozagrobowej. A Ekipę warto oglądać! Zobacz także: Warsaw Shore – kozioł ofiarny na publiczne zamówienie.

 

3. Rok 2013 obrodził w kilka ciekawych medioznawczych pozycji dotyczących internetu. Latem ukazała się książka Mirosława Filiciaka Media, wersja beta. Film i telewizja w czasach gier komputerowych i internetu (Katedra), nieco wcześniej z druku wyszło Życie wirtualnych dzikich. Netnografia Wikipedii, największego projektu współtworzonego przez ludzi (Poltext) Dariusza Jemielniaka, a w grudniu, „za pięć dwunasta” wskakując do podsumowań roku 2013 – Internet. Czas się bać (Agora) Wojciecha Orlińskiego. Każda z tych książek warta jest uważnej lektury, każda mówi wiele o naturalnym środowisku życia wszystkich czytelników Popmoderny i z pewnością znajdziecie w niej więcej interesujących informacji niż w Wiadomościach TVP. Bardzo warto.

Minusy

1. Odbiór serialu Dziewczyny i ciągłe pytania internautów, jak Lena Dunham ośmiela się obrażać nas swoją nagością, a także histeryczne reakcje niektórych widzów po odcinku piątym drugiego sezonu (One Man’s Trash), w którym to Hannah Horvath – przy użyciu swego wątpliwie estetycznego (sic!) ciała – uwodzi przystojnego lekarza, będącego zdecydowanie poza zakresem jej możliwości/aspiracji. Podobno Ktoś Mądry powiedział (podkreślam, że podobno, bo są i tacy, którzy twierdzą, że wszystkie złote myśli Znanych i Mądrych ludzi wymyślili internauci): „Lepiej siedzieć cicho i sprawiać wrażenie idioty, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości”. No właśnie…

 

2. Zamieszanie wokół książki i filmu 50 twarzy Greya i pytanie, które słusznie zadawało wielu internautów – czym, do diabła, jest waniliowy seks? I niech ktoś uciszy wewnętrzną boginię pani James…

 

3. Polacy rozumiani jako monolit najwyraźniej nie mają poczucia humoru, zapanował ironiczny dystans, który coraz trudniej zrozumieć i uzasadnić. A warto byłoby powiedzieć, że sylwestrowy strój Maryli Rodowicz był naprawdę zabawny, pokazał, że polscy artyści potrafią wykrzesać trochę dystansu do siebie, że potrafią się z siebie śmiać, a nie tylko oczekiwać nabożnej czci wobec statusy diwy (a tych mamy w kraju kilka). Ale oczywiście trzeba powiedzieć starej babie gdzie jej miejsce, niech sobie za dużo nie wyobraża. Polak potrafi!

Odkrycie

Dziewczyny do wzięcia Janusza Kondratiuka – tak, widziałam je wcześniej, ale zapomniałam, wyparłam z pamięci, że to taki (jakże miarodajne pojęcie!) fajny film, który nie zestarzał się ani trochę, co może niektórych przestraszyć, a innych rozbawić. Może opisywany przez Kondratiuka rytuał godowy nie odbywa się już na Dworcu Wschodnim, ale częściej na fejsbuku, albo w klubie Energy 2000 i nawet jeśli – podobnie jak bohaterki – „tak naprawdę, to byśmy inaczej chciały”, różnie z tym bywa. Warto sobie przypomnieć Dziewczyny do wzięcia i równocześnie pamiętać, że porządna dziewczyna nie zawiera znajomości na ulicy.

Malwina Mus

Plusy

1. Tu chyba nie będę oryginalna – nowa płyta Arcade Fire była nie tylko potwierdzeniem niezwykłej klasy zespołu, ale także – połączona z całą machiną wydarzeń okołomuzycznych czy zwyczajnie marketingowych (interaktywny teledysk do Reflektora, klip realizowany na żywo, niespodzianki w przestrzeni miejskiej) –performatywnym wywindowaniem aktu wydania płyty na niedosięgłe dotąd przez nikogo wyżyny, z uwzględnieniem pięknych tradycji (patronat wujaszka Bowiego). I pewnie jest sporo próżności w tym pierwszym miejscu – zawsze miło jest się zobaczyć w teledysku :) Zobacz także: Orfeusz i Eurydyka w świetle „Reflektora”.

 

2. Swoim najnowszym tomikiem pt. Jeden Marcin Świetlicki udowodnił, że po 50-tce można działać równie efektownie co za młodu, a wydanie wierszy zebranych nie musi być – jak wyrokował w przedmowie do zbiorowej publikacji swoich utworów poetyckich – wyrokiem śmierci. Ostatni tomik Świetlickiego to cwana zagrywka. Na pohybel krytykom swojego egotyzmu i monotematyczności poeta napisał kolejny cykl o tym samym – chwytający za gardło i pobudzający do myślenia jak bodaj żaden wcześniejszy. Więc jednak – w tym monotonnym szaleństwie jest metoda.  Zobacz także: Długi nos Marcina Świetlickiego.

 

3. Jako że w ubiegłym roku złajałam pana Marcina minusem, tym razem pozwolę sobie poświęcić mu dwa plusy. Mam poczucie, że tak trzeba, bo oprócz Jeden pojawiła się Sromota, a to już zupełnie inna historia. Choć trzypłytowy album zespołu o „temperamencie i przebojowości” Świetlików mógł okazać się nużącym maratonem, panowie do ostatniej piosenki trzymają fason. Znajdziemy tu to, za co Świetliki kochamy, czyli liryczność solidnie zaprawioną melancholią (na szczególną uwagę w tym zakresie zasługuje jedna z najpiękniejszych piosenek w całym dorobku zespołu – Pinokio), jednak – co najciekawsze i dotąd niespotykane na taką skalę – pierwsza płyta wywołuje salwy śmiechu. Mistrz ironii do końca nie odkrywa swoich kart, jednak znakomita większość piosenek tu zawartych sprawia wrażenie wysublimowanego autoszyderstwa. Wisienką na torcie jest burkliwy cytat z Wyspiańskiego: Sromota, wstyd, palący wstyd, który doskonale przyjmuje się i sprawdza jako towarzyski bon mot. Na osobną uwagę zasługuje po mistrzowsku przeprowadzona akcja z wypuszczeniem supportu Sromoty – albumu „*”. Prócz zabawy i urokliwości przedsięwzięcia, wypływa z niej pouczający morał: jak się ma dobry pomysł i jeszcze lepszy materiał, to brak pieniędzy nie stoi na przeszkodzie do nagrania płyty. Próżność znów dochodzi do głosu – zawsze miło być mecenasem sztuki :)

Minusy

1. Spadająca gwiazda w Wielkim Gatsbym. Choć Leonardo DiCaprio, odkąd przeszedł mutację i ma zarost, z roku na rok błyszczy na ekranie coraz bardziej, przeistaczając się z pretensjonalnego – w moim niegdysiejszym odbiorze – podlotka w rasowego demona celulozy; choć materiał fabularny, renoma twórców i rozmach przedsięwzięcia wiele obiecywały; choć film początkowo uwodzi, nie rzucając jednak na kolana, trzymając widza w pełnym nadziei oczekiwaniu na mocną puentę – Gatsby spogląda w niebo i dostrzega spadającą, horrendalną gwiazdę, wraz z którą na łeb na szyję leci ostateczna ocena filmu. Zobacz także: Między wyobrażonym a niemożliwym.

 

2. Facebookowa aktywność Michała Witkowskiego. I już nawet nie chodzi o przejście od pisarza do szafiarza. Niechby był i ogrodnik, byle nie gimnazjalista. Szczęście w nieszczęściu – niedawno powstały fanpage Michał Witkowski Fashion trzyma jakościowy poziom.

 

3. Grzmiący minus w stylu lokalnego aktywisty – wystawienie Radiofonii do wiatru. Krótko, bo minusów nie warto roztrząsać – zapomnijmy!

 

Odkrycie

Co prawda odkryty już kilka lat temu, ale nie bądźmy drobiazgowi – Felix Kubin. Warto o nim wspomnieć w ramach podsumowania roku 2013, jako że zaczął kolaborować z polskim zespołem Mitch&Mitch, co kilka tygodni temu zaowocowało wydaniem płyty Bakterien & Batterien. Można więc założyć, że trasa koncertowa, która póki co przebiega przez Niemcy, zahaczy w swoim czasie również o Polskę. A panny roztropne czekają przygotowane. Nie polecę konkretnej piosenki, płyty, projektu – Felixa trzeba poznać w całości. Niech tylko za wejście do labiryntu hiperłączy posłuży Lightning Strikes – stylowy, futurystyczno-ekspresjonistyczny cover Klausa Nomiego.

Mateusz Witkowski

Plusy

1. Dobre i godne rzeczy w muzycznym mainstreamie – po pierwsze: jeżeli przebojem lata (tak, właśnie to określenie!) zostaje numer, który – tu bez zaskoczeń – nie opowiada co prawda o niczym więcej niż imprezy i zaliczanie towarzyszów zabawy, ale jest przy okazji solidną, nieżenującą, opartą na discofunkowych patentach piosenką, to rzeczywiście możemy dać wiarę temu, że (jak napisał swego czasu pewien Francuz z zamiłowaniem do trollingu) żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Poza powyższym: teledysk żyje i ma się dobrze, choć jeszcze siedem lat temu Jack White, parafrazując słowa piosenki The Buggles, wyrokował: Internet killed the video star. Nic podobnego, Youtube, Vimeo i przyjaciele dali wideoklipom drugi oddech w momencie, gdy zmiana formatu w telewizjach (coraz mniej) muzycznych skazywała je powoli na niebyt. Ubiegły rok przyniósł tak udane video jak m.in. Reflektor Arcade Fire (Anton Corbijn wrócił do kręcenia teledysków po pięciu latach przerwy), Evil Eye Franz Ferdinand i Your Life Is A Lie MGMT, nie zapominajmy również o formach interaktywnych jak zapping z Bobem Dylanem i inne. Co jeszcze? Może jeszcze to, że Arctic Monkeys rosną na naszych oczach i nie piję tutaj do lekkiej nadwagi Nicka O’Malleya. A! David Bowie wrócił z nie najgorszą płytą. Świat był więc momentami dość dobry. Zobacz także Orfeusz i Eurydyka w świetle „Reflektora” oraz Małpy w temperaturze pokojowej

 

2. Trupa Trupa ++ – chyba dawno wśród polskich recenzentów nie panowała aż taka zgoda: Trupa to jeden z najlepszych obecnie polskich zespołów. Zresztą trójmiejska kapela ma nie tylko świetną prasę, wieść gminna niesie, że po koncercie na Off Festivalu odwiedził ich i suto spropsował Jonathan Poneman z Sub Pop. Dołączam się więc do „łańcuszka pięknych życzeń” i wyróżniam ++ za przywrócenie wiary w muzykę, której brzmienie w dużej mierze opiera się na gitarze elektrycznej (i całym inwentarzu efektów) w momencie, gdy kojarzyła mi się ona już głównie z kierowcami tirów słuchającymi Budki Suflera. I jeszcze: za spójność, za konsekwencję w rozwijaniu obranej stylistyki, za transowość, za pobrzmiewających gdzieś z tyłu Velvetów i Doorsów (ale i młodszych kolegów z Wielkiej Brytanii – może wydziwiam, ale ja w wokalu Grzegorza Kwiatkowskiego słyszę nerw, który prowadzi mnie w stronę Pete’a Doherty’ego), za bojaźń, za drżenie i za bardzo dobre melodie. Zobacz także Trupa z rockowego teatru oraz Trupa Trupa „Lp”

 

3. Spotify w Polsce – jako że nie należę do grona vintage-terrorystów, którzy uważają, że jedynym nośnikiem odpowiednim dla nagrań dźwiękowych jest płyta (najchętniej rzecz jasna winyl), dla literatury zaś książka, dostrzegam w pojawieniu się Spotify w naszym kraju same korzyści. I mimo że płyta-przedmiot nadal bardzo mnie cieszy, to uważam, że w muzyce najważniejsza jest… muzyka, a katalog utworów, do którego otrzymujemy dostęp dzięki wspomnianej aplikacji, jest naprawdę ogromny. Natomiast tymi, którzy mają największe szansę na unicestwienie winyli i płyt kompaktowych, są dla mnie w dalszym ciągu przede wszystkim wydawcy (ze wskazaniem na majorsów).

Minusy

1. Donatan – jestem zdania, że aby mariaż muzyki folkowej z popularną był udany, potrzeba przede wszystkim talentu i smaku, czyli tego, co – przykładowo – posiada Zach Condon z Beirut, czyli tego, czego – przykładowo – nie ma Donatan. Gdy usłyszałem, że krakowski producent nie zamierza odcinać kuponów od sukcesu Równonocy, odetchnąłem z ulgą. A co było potem, to już doskonale wiecie: wódeczka lepsza niż whisky i giny i wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała. Do tego dodajmy jeszcze pseudosarkastyczny wstęp do teledysku, który budzi skojarzenia z To my Polacy 52 Dębiec i Ascetoholix oraz – o dziwo – prowadzi do stwierdzenia, że tam to „parabłyskotliwe” intro miało przynajmniej sens. Donatana nominuję jeszcze za rozsiewanie (motyw agrarny, jak nie wierzysz, to pojedź na wieś!) panslawistycznych głupot w wywiadach oraz pośrednio również za to, że Jolanta Pieńkowska, którą to, drogi Czytelniku, dostajesz tutaj w pakiecie, tańczyła dla niego.

 

2. Program I kto to mówi? – zdecydowanie jedna z najsmutniejszych polskich produkcji rozrywkowych. Co ciekawe: producenci nie ratują się nawet możliwością skłaniania publiczności do symulowanego śmiechu, co jest przecież nagminną telewizyjną praktyką (naprawdę, po niektórych żartach zapada głucha cisza…). Powyższy „zabieg” oraz sam akt oglądania I kto to mówi to dwie nowe formy masochizmu, jakie zawdzięczamy polskiej telewizji publicznej. Więcej na ten temat niebawem, w osobnym artykule.

 

3. Lou Reed – no, wiadomo.

Odkrycie

Miałem zamiar napisać Gott ist tot i na tym skończyć temat odkryć pochodzących z lat wcześniejszych, ale rzutem na taśmę, dwa dni przed końcem roku, obejrzałem Garth Marenghi’s Darkplace (podziękowania dla Popmodernowych grafików – Leny Julii Reszke i Michała Kozikowskiego), brytyjski serial sprzed niecałej dekady. Darkplace to ekstrakt z ejtisowych produkcji telewizyjnych i podrzędnego kina grozy, szalenie dopracowany wizualnie i zupełnie absurdalny (celowo zrealizowano go jako serial „z defektem”, sami się przekonajcie w czym rzecz). Z jednej strony czysta (momentami może po prostu: debilna) rozrywka, z drugiej fenomenalny koncept, serial w serialu oraz metasmaczek: Garth Marenghi’s Darkplace podzielił los produkcji, o której jest w nim mowa, i musiał poczekać na swoją popularność (w roku 2004 wyemitowano tylko sześć półgodzinnych odcinków).

Michał Koza

Plusy

1. Ości – Ignacemu Karpowiczowi udało się stworzyć świetną powieść ponowoczesną (co niekoniecznie oznacza postmodernistyczną), na której widać mocne piętno polskiej rzeczywistości, a jednak bez ukrywania, że chodzi o literacką kreację. Dzięki tej książce okazało się, że olimpijskich bogów z Balladyn i romansów można z powodzeniem zastąpić kondensacją doświadczenia, ludzkich relacji i bojów z językiem. Z tych połączonych literackich mocy powstał Karpowicz znacznie lepszy niż ten, którego znaliśmy. Tak trzymać.

 

2. Pierwszy sezon Hannibala – Nie wpadłbym na to, że do świata wykreowanego w Milczeniu owiec i innych filmach o doktorze Lecterze mógłby pasować serial. Na szczęście Bryan Fuller postanowił spróbować swoich sił w tej konkurencji. W efekcie otrzymaliśmy obraz, który nie tylko dodaje świeżości mitowi Hannibala, ale wiele do niego wnosi. Serial nie uległ presji filmu – wizja jest w dużej mierze oryginalna i sprytnie wykorzystuje luki w dotychczasowych opowieściach. Mads Mikkelsen świetnie odnalazł się w skórze (albo lepiej: garniturze) doktora, nawet jeśli w powszechnej świadomości nie zastąpi twarzy Anthony’ego Hopkinsa. Niektóre zalety: świetny, mroczno-psychotyczny klimat, oryginalny (ale nie pozbawiony wad) scenariusz, ogromny nacisk na estetykę. Oby drugi sezon był jeszcze lepszy i spełniły się plotki, że David Bowie wystąpi w nim jako wujek Lectera. Zobacz także Mój psychiatra Lecter

 

3. Wenus w futrze Roman Polański za ten film zebrał już wiele pochwał i nie wiem, czy jestem w stanie dodać coś jeszcze. To obraz, który uwodzi (przede wszystkim dzięki talentom Emmanuelle Seigner) i daje autentyczną przyjemność oglądania – pokazując, na czym może polegać przyjemność z samego używania języka (if you know what I mean) i erotyzm gry słowami. Morał poboczny: uważaj na kobiety, które noszą ze sobą kostium ze skóry (ja zawsze uważam). Zobacz także Shiny, shiny, shiny boots of leather

Minusy

1. Nike dla Joanny Bator – to pewnie najprawdziwsze w świecie malkontenctwo, ale muszę. Nie rozumiem, dlaczego nagroda Nike została przyznana akurat książce Ciemno, prawie noc, która jest powieścią zręcznie napisaną, imponującą nie tylko rozmiarem (bo powieść gotycka, bo lokalność, bo zło, historia itp.), ale wciąż nie tak mocną jak inni kandydaci, dzięki którym ostatnio w polskiej literaturze działo się naprawdę dobrze. Zamiast dyskutowania zarzutów, na co nie ma tutaj miejsca, po prostu wymienię trójkę: Morfina Szczepana Twardocha, Fuga Wita Szostaka i Noc żywych Żydów Igora Ostachowicza – dla mnie rywalizacja rozgrywała się między nimi. Zobacz także Zły gotyk boli przez całe życie

 

2. Akcja protestacyjna w Teatrze Starym – od chwili tego wydarzenia można będzie mówić „wyjście po krakowsku” – czyli z głośnym krzykiem „Hańba!”, miną jednocześnie cierpiętniczą, zawziętą i oburzoną, oraz koniecznie po wcześniejszym starannym przygotowaniu. Dzięki incydentowi w Teatrze Starym wiemy już także, że Dorota Segda w sercach prawdziwych Polaków będzie zawsze Faustyną, Globisz powinien się wstydzić, a przedstawienia mają kurczowo trzymać się tekstu i tradycyjnych realizacji. Inny profit: spektakl Do Damaszku Jana Klaty nie byłby bez swoich zgorszonych widzów wydarzeniem tak znaczącym. A jednak. Zobacz także 11 listopada to stan umysłu (przerwany spektakl w Starym Teatrze w Krakowie) oraz Occupy the Old Theatre

 

3. Maczeta zabija – ale nie przewierca. Liczyłem na coś więcej, panie Rodriguez. Liczyłem, że kontynuacja wykorzysta to, co udało się świetnie zrealizować w poprzedniej mocno szurniętej części, przy której tak dobrze się bawiłem – właściwie nie do końca wiedząc, dlaczego. Spodziewałem się, że Maczeta nadal będzie balansowała na granicy absurdu i żenady, a farsa znów będzie zaczynać się już po samym pojawieniu się na ekranie Danny’ego Trejo. Słabsza fabuła, nie pomógł nawet Mel Gibson i Lady Gaga. Zawiodłeś mnie, Rodriguez, hasta la vista.

Odkrycie

Drive – w tym filmie zobaczymy piękną buźkę Ryana Goslinga wrzuconą w błoto podłego, nieznośnie podłego świata. O wiele łatwiej pogmatwać sobie w nim życie i dać się pochłonąć ciemnej stronie, niż ocalić cząstki dobra i miłości – zwłaszcza jeśli ma się talent, który chętnie wykorzystaliby bezlitośni bandziorzy. Gosling ma szczęście do takich filmów i chociaż w Drive niewiele się odzywa, jego gra robi ogromne wrażenie. Oprócz tego intryguje i porusza estetyka – hipnotyzujące światła miasta, klimaty kina gangsterskiego i elektroniczna muzyka ze świetnej ścieżki dźwiękowej. Sprzęgło, dwójeczka, odjazd.

Natalia Szafran-Kozakowska

Plusy

1. House of Cards – remake brytyjskiego serialu z lat 90. Kevin Spacey mistrzowsko wcielający się w postać Franka Underwooda, polityka tak cynicznego, bezwzględnego i skutecznego, że aż czujemy się zmuszeni go uwielbiać. Przez trzynaście odcinków obserwujemy jego knownia i kłamstwa, trzymając kciuki za powodzenie ohydnych intryg, z wdzięcznością odrywając się od rodzimej sceny politycznej, na której nawet łotrostwa wystawiają się raczej w wydaniu siermiężnym i mało uwodzicielskim.

 

2. Filip Springer Wanna z kolumnadą – nie tyle zbiór reportaży, ile raczej kryminał o zabójstwie dokonanym na estetyce polskiej przestrzeni. Trupa znamy dobrze – widok estetycznej masakry z pastelowych blokowisk i reklamowego chaosu zdążył się niemal opatrzyć każdemu, kto choć trochę podróżował po Polsce. Książka Springera to fascynująca rekonstrukcja zbrodni i próba odpowiedzi na pytanie o to, kto zabił ładne widoki w tym kraju.

 

3. Wenus w futrze – Polański gra z widzem, gra własną twórczością i mitem biograficznym, psychoanalizowaniem, wizerunkami kobiecości, oczekiwaniami oglądającego. Zadziałało tu wszystko – obsada, scenariusz, wykorzystanie rekwizytu i przestrzeni. Filmowe olśnienie mijającego roku. Zobacz także Shiny, shiny, shiny boots of leather

Minusy

1. Andrzej Sapkowski Sezon burz – Sapkowski przywraca do życia Geralta z Rivii, mimo że nikt chyba na to nie czekał. Przywołany z czytelniczych zaświatów wiedźmin wlecze się niemrawo za pretekstową fabułą skonstruowaną niemal jak gra komputerowa (quest główny plus questy poboczne). Spotkanie z Geraltem też jakoś nie cieszy – ubyło mu błyskotliwości, poczucia humoru i sarkazmu, przybyło za to skłonności do ckliwych uniesień i słodkich słówek; skłonności, które sprawiają, że wątek romansowy powieści sprawia wrażenie skonstruowanego na potrzeby wielbicielek innego romantyka o nieco zasnutym cieniem sercu – Edwarda Cullena ze Zmierzchu.

 

2. Zniknięcie Przekroju” – treść tygodnika pikowała w dół już od paru dobrych lat, a stanowisko redaktora naczelnego przechodziło z rąk do rąk tak często i łatwo, że zdawało się, że można je otrzymać za gorliwe zbieranie punktów z opakowań po jogurtach. Ale to w 2013 roku okazało się, że rynek prasowy spokojnie może się obyć bez czasopisma, do którego pisywali Mrożek i Gałczyński. Szkoda.

 

3. Ostatnia seria Dextera – rozpoczynał się jako błyskotliwy serial o seryjnym mordercy z zasadami, urzekający przewrotnym, czarnym humorem, interesującymi postaciami i pyszną estetyką kadrów. Kończy jako mdła telenowela o fajtłapowatym ponuraku, w którym mordercze żądze przegrały ze skłonnościami do wygłaszania ckliwych monologów à la Paulo Coelho. Jeśli doliczyć do tego nieciekawą fabułę, nachalną pochwałę wartości rodzinnych, pospiesznie wikłane i urywane wątki oraz najbardziej chyba kuriozalne serialowe zakończenie ever, to otrzymamy pełen obraz największego telewizyjnego rozczarowania ostatnich lat. 

Odkrycie

 Bez tajemnic – serial, w którym nie wydarza się niemal nic ponad to, że pogubieni ludzie opowiadają o swoich uczuciach nie mniej od nich pogubionemu terapeucie – nie brzmi to szczególnie zachęcająco, przyznaję. A jednak – wystarczy zerknąć na listę nazwisk, które w jakiś sposób są zaangażowane w serial (Janda, Radziwiłowicz, Dorociński, Gajos, Smarzowski, Holland i tak dalej), żeby poczuć, że może warto się zainteresować. A potem spróbować i połknąć trzy serie w tydzień. Dwa razy. 

Olga Szmidt

Plusy

1. Arcade Fire Reflektor – prawdopodobnie najlepsza płyta tego roku. Powiedzieć, że zapada w pamięć, to nic nie powiedzieć. Przy każdym jej odsłuchaniu mam poczucie jednocześnie krystalicznej czystości i bardzo tradycyjnie rockowego zabrudzenia. Reflektor pełny jest paradoksów. To płyta wybitna, podobnie jak teledysk do tytułowego utworu (reż. Anton Corbijn) – jedna z lepszych, wysmakowanych estetycznie popularnych produkcji ostatnich lat. W tle słychać Bowiego, który w tym roku powstał z popiołów. Tu nie ma miejsca na przypadek. Zobacz także Orfeusz i Eurydyka w świetle „Reflektora”

 

2. Breaking Bad – wybitny finał rozciągający się na kilka ostatnich odcinków, które przypomniały, jak bardzo można się niepokoić przed ekranem. Breaking Bad to bez wątpienia jeden z najlepszych seriali w historii. Wydaje mi się jednak, że o ile Homeland (próbujący przejąć pałeczkę pierwszeństwa) to bardzo dobry, skomplikowany (choć ze słabym trzecim sezonem) serial, o tyle Breaking Bad otworzyło to medium na zupełnie nowe horyzonty. Nie chcąc pochwały doprowadzić do karykatury, muszę jednak powiedzieć, że temu, co proponują twórcy Breaking Bad, etycznemu i antropologicznemu poziomowi skomplikowania bliżej do Dostojewskiego niż innych telewizyjnych produkcji tego roku. I mimo że House of Cards to interesujący serial, w porównaniu do Breaking Bad niejednokrotnie zdaje się oświeceniową opowiastką o władzy.

 

3. Tom McCarthy Resztki – tegoroczny przekład słynnej już (zupełnie zasłużenie!) książki McCarthy’ego to dla mnie najważniejsza publikacja tego roku. Książka to znakomita w swoim prostym w gruncie rzeczy pomyśle, z dziesiątkami inspiracji współczesną filozofią (czego autor zresztą nie ukrywa), które nie czynią z niej przykładowej czytanki dla fanów Žižka i Blanchota. McCarthy stawia w centrum swojego zainteresowania pytanie o autentyczność i zdaje się sugerować odpowiedź, przed którą wielu wolałoby przymknąć oczy. 

 

(4* Przekraczam czas antenowy, więc będzie krótko. Anish Kapoor w berlińskim Martin-Gropius-Bau (18 maja do 24 listopada 2013) to najlepsza wystawa (jeśli to stosowne określenie), jaką widziałam w ostatnich latach. Niezwykle intensywne doświadczenie.)

Minusy

1. Potworność i nienawiść w polskiej kulturze – jednego dnia płonie tęcza, mają miejsce ataki na wszelkie mniejszości, drugiego „hańba!” w teatrze, wcześniej protesty przed muzeami, później wątpliwie definiowany gender na wszelkich polskich salonach, zachęconych nagłym (przypadek?) zainteresowaniem Kościoła tym tematem. To tylko kilka przykładów tego, co się dzieje i jak bardzo źle się dzieje w polskiej kulturze i społeczeństwie. Flaga w Polsce zdaje się stopniowo brunatnieć i nie pozostaje to bez wpływu na kulturę. Nie wiem, czy na horyzoncie widać zmianę (także dlatego to przerażające), wiem na pewno, że nie można tych potworności ignorować. W obliczu takich wydarzeń artystyczne niepowodzenia polskich twórców wydają się mało groźnymi potknięciami. Zobacz także 11 listopada to stan umysłu (przerwany spektakl w Starym Teatrze w Krakowie) oraz Occupy the Old Theatre

 

2. Warsaw Shore, Miłość na bogato i inne wynalazki leciwej telewizji – odpowiedź na pytanie, jakie potrzeby widowni zaspokajają te, bardzo różne jednak – nazwijmy to – programy telewizyjne, wydaje się oczywista. Nie ukrywam, że trudno mi sobie wyobrazić taką strategię odbiorczą, która pozwoliłaby mi na czerpanie – jakiejkolwiek, włącznie z tą najmniej sympatyczną – przyjemności z oglądania tych przedsięwzięć. Warsaw Shore to poczwarne dziecko Big Brothera, który teraz wydaje się niewinną grą z publicznością. Pod koniec lat 90. naiwnie liczyłam, że już się z im podobnymi więcej nie spotkamy. Ohyda, która pojawia się na ekranach telewizorów, przeraża mnie swoją popularnością – oglądamy ironicznie? Czy na pewno atawizm może być ironiczny? Zobacz także Warsaw Shore – kozioł ofiarny na publiczne zamówienie, Tu idzie ulicą Marcela Leszczak („Miłość na bogato”)

 

3. Marginalizacja kultury – postępująca zapaść polskiego kina, ignorowanie kultury przez władze wszelkiego poziomu, marginalizacja kultury w mediach (inna kwestia, czy kultura np. w telewizji przedstawiana jest interesująco) i nieproporcjonalność finansowania kultury w porównaniu do innych sektorów. Ale po cóż te żale, przecież szykują się igrzyska.

Odkrycie

The Wire – nie wiem, jak to się stało, że dopiero w tym roku trafiłam na ten, zyskujący już status kultowego, serial. Szczególnie w pierwszych sezonach wyczuwalny jest moment dziejowy (pagery!), ale nie ma tego złego… Skutecznie odwraca od nich uwagę rekordowa liczba bohaterów z rekordowo dobrze zakreślonymi biografiami i charakterami, którzy składają się na jeden z najlepiej skrojonych seriali tego okresu. Najtrudniejsze momenty w kolejnych odcinkach to te, gdy umiera twój ulubiony gangster. Tak, w The Wire sympatie bywają zaskakujące. I got the shotgun. You got the briefcase. It’s all in the game though, right?  Zobacz także All in the game

Rozalia Knapik

Plusy

1. To był dobry rok, zwłaszcza dla odbiorców seriali. Niełatwo wybrać zwycięzcę, ale na wyjątkowo podniosłe peany zasłużyło sobie House of Cards. Tworząc produkcję do użytku online (bez emisji w telewizji) i udostępniając w sieci trzynaście odcinków naraz, platforma Netflix dokonała przełomu, który powinien był się wydarzyć już dawno temu. Druga część przygód Makbeta grasującego po Białym Domu (w tej roli genialny Kevin Spacey) już za miesiąc – miejmy nadzieję, że serial utrzyma swój diabelsko wysoki poziom, tak jak udało się to innym perełkom 2013: staruszkom z Whose Line Is It Anyway? i nowemu sezonowi Luthera.

2. Zasłużony sukces appki Vine. Teraz każdy właściciel smartfona może obudzić w sobie artystę, a ja mogę z czystym sumieniem marnować czas w internecie, bo przecież siedem sekund nikogo nie zbawi.

3. Młode pokolenie jako nadzieja polskiej sceny muzycznej. W maju zadebiutował chłopiec, który powtórzył sukces Brodki i przypomniał Polakom, że termin talent show nie bez powodu składa się z dwóch członów. Imię jego Dawid Podsiadło, a bije od niego (potrójnie!) platynowy blask świeżości i lepszego jutra. Utwory zwycięzcy X-Factora słodko pachną zachodnim profesjonalizmem, podobnie jak dokonania internetowego odkrycia roku, grupy The Dumplings. Jeśli tak mogą brzmieć 16-latka i 17-latek, to może rację ma Krzysztof Zalewski (skądinąd zwycięzca Idola, który powrócił po blisko dekadzie milczenia), że – wreszcie! – dla po nas pokoleń robimy jaśniej. Bo trzeba przyznać, że Polsce dobry muzyczny debiut jest dziś wyjątkowo potrzebny, a od zatrzęsienia debiutów słabych (Patty i jej gitarzystka) i pseudoświeżych powrotów (Wiśniewski i jego komiczna Filiżanka) robi się już niedobrze.

Minusy

1. Tegoroczne nominacje do Oscarów. Jakim cudem Poradnik pozytywnego myślenia, film będący zupełnie średnim romansidłem, dostał ich więcej niż Django? I o co chodzi z Oscarem dla Jennifer Lawrence (z całym szacunkiem dla jej osobowości, bo wywiady z nią można oglądać godzinami)?

2. Sławetny występ Miley Cyrus na MTV Video Music Awards. Teledysk Miley Cyrus do Wrecking Ball. Stylówa Miley Cyrus. W ogóle – Miley Cyrus.

3. Nie wiedziałam, co wybrać, ale państwo polskie samo przyszło mi z pomocą i pod koniec roku ogłosiło, że złowieszcza „ideologia gender”, przyczyna wszelkich nieszczęść, zagraża zdrowiu naszego społeczeństwa. Serio. Tak jakby spalenie tęczy nie wyrobiło normy.

Odkrycie

Znacie to uczucie, kiedy zamiast niegdysiejszego „cześć” słyszycie od znajomych: „ej, widziałeś nowy odcinek”? Jeśli widzieliście – to w porządku, a jeśli nie – brawo, właśnie zostaliście oficjalnie wykluczeni z dalszej konwersacji. I tak, po spędzeniu wiosny na unikach przed spoilerami dotyczącymi Gry o Tron, postanowiłam, że nadrobię zaległości. Najpierw pochłonęłam powieści George’a R. R. Martina, potem produkcję HBO, a teraz, po kilkumiesięcznym, błogim pobycie w Siedmiu Królestwach, sama jestem gotowa stosować ostracyzm wobec tych nielicznych, którzy jeszcze się za to nie wzięli. Szczerze polecam! Zobacz także Gra w „Grę o tron”

Tomasz Szypułka

Plusy

1. Tajemnice Laketop (Top of the lake) Jane Campion i Gerarda Lee – absolutny must tego roku, serial bliski doskonałości pod każdym niemal względem, przejmująca wiwisekcja niewielkiej społeczności przesiąkniętej złem do szpiku kości. Mimo okropieństwa tej historii dalej marzę o tym, żeby wypasać merynosy w nowozelandzkiej dziczy.

 

2. Przyjdzie Mordor i nas zje – najlepsza impreza w rodzimej literaturze minionego roku, świetnie napisana, bezpretensjonalna, ale i skłaniająca do refleksji debiutancka książka Ziemowita Szczerka. Bardzo cieszę się, że taka perełka nie przepadła w natłoku książkowych nowości i znalazła zasłużone uznanie. Zobacz także „I opowiadać sobie wszystkie te ruskie hardkorowe historie…” oraz Jadąc do Mordoru

 

3. Gosia Baczyńska na paryskim tygodniu mody – co jakiś czas słyszy się o tym, że któryś z polskich projektantów został zaproszony na jakiś zagraniczny fashion week. Niestety zazwyczaj efekt nie jest piorunujący (oglądając utrzymany w estetyce bazaru XX-lecia pokaz Ewy Minge na nowojorskim tygodniu mody, miałem ochotę zapaść się pod ziemię i zmienić obywatelstwo). Gosia Baczyńska pokazała klasę, prezentując naprawdę przyzwoitą (choć miejscami trochę przekombinowaną, lub – jak mówi Nina Garcia w Project Runway overdesigned) kolekcję. Niemniej jednak to jeden z największych ubiegłorocznych sukcesów polskich artystów za granicą. Wiem, że Baczyńska bywa labadziarska, ale jednak jej kibicuję. 

 

PS Tu przy okazji pragnę przypomnieć, że w roku 2014 zadebiutuje polska edycja Project Runway. Cała Polska najpierw tańczyła, potem gotowała, teraz wszyscy będą szyć i znać się na modzie, a co za tym idzie, topowymi celebrytami staną się projektanci, styliści, szafiarki, blogerzy i cała ta warszawska modowa sfora, co oznacza, że nasz szołbiznes wejdzie na zupełnie nowy, niespotykany dotąd poziom labadziarstwa. Can’t wait! <3

PS 2 Jestem bardzo ciekawy, jak Anja Rubik zmierzy się z kultowym In fashion one day you’re in, and then one day you’re OUT.

Minusy

1. Trzeci sezon Homeland – który tak na dobrą sprawę mógłby w ogóle nie powstawać. Po drugim sezonie twórcy pozostawili sobie szerokie pole do popisu, niestety teraz postawili na tani dramatyzm, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć, jak jeden z najlepszych seriali dramatycznych ostatnich lat przeradza się w operę mydlaną. Koszmar. Końcówka jest mocna i treściwa, aczkolwiek nie zaciera niesmaku z pierwszej części sezonu. Dodatkowo bardzo niepokoi mnie to, że zapowiedziano już powstanie czwartej odsłony – w kontekście zakończenia trzeciej (którego nie chcę tutaj zdradzać) naprawdę nie wiem, o czym to jeszcze może być. I chyba niespecjalnie mnie to już interesuje. Zobacz także Odkrywając Homeland

 

2. Polskie kino i jego nachalne zapędy do łamania tabu (W Imię… Szumowskej, Płynące wieżowce etc.) – tę tendencję chyba najlepiej podsumował na łamach Stopklatki Artur Zaborski słowami: Gdy kij nie trafia w mrowisko… Zobacz także Dwugłos: „Płynące wieżowce”

 

3. Trzeci sezon American Horror Story – tak naprawdę nie jest jakoś bardzo źle, niemniej nie ukrywam, że po drugim sezonie (będącym dla mnie absolutnym arcydziełem) liczyłem na dużo więcej. Zobacz także Strach kontrolowany

Odkrycie

Gra o tron – ten serial uwielbia każdy, ja zacząłem uwielbiać teraz. Zobacz także Gra w „Grę o tron”

Ula Pieczek

Plusy

1. Wyjątkowe polskie debiuty muzyczne tego roku pozwalają mi uwierzyć w siłę rodzimej muzyki elektronicznej. Na szczególne uznanie zasługuje Rebeka z płytą Hellada oraz tajemnicza Bokka, której premierowy utwór Town of Strangers zrobił błyskawiczną karierę i równocześnie stał się ponętną zapowiedzią debiutanckiego krążka. Obok warstwy muzycznej warto zwrócić uwagę na oprawę wizualną, zwłaszcza teledyski do utworów Unconscious, Melancholia (Rebeka) oraz wspomnianego już Town of Strangers Bokki. Z tego miejsca także ukłony dla Kari Amirian i najnowszej płyty Kari oraz genialnego klipu do piosenki Hurry up

 

2. Choć Filip Springer stawia dość smutną i bolesną diagnozę, że nigdzie w Polsce nie jest ładnie, to jego książka o brzydocie polskiej przestrzeni jest pozycją estetycznie dopracowaną, nowatorską i niezwykle ciekawą zarówno w opisie, jak i obrazie. Uważam, że Wanna z kolumnadą (Wydawnictwo Czarne) powinna zostać wpisana do obowiązkowego kanonu lektur szkolnych, zaraz po Przedwiośniu.

 

3. Szósty sezon serialu Mad Men zachwyca pod wieloma względami. Widzowie zostali przyzwyczajeni już do doskonałej dramaturgii, wielopoziomowego ukazania społeczno-politycznego tła Ameryki końca lat 50. i 60. oraz intryg towarzyskich, które nieustannie towarzyszą bohaterom. W tym sezonie jednak na pierwszy plan wysunęła się postać centralnego bohatera, Dona Drapera. Poznanie przeszłości, uzależnień, gier psychologicznych, w które uwikłany jest Don, spowoduje, że jego córka powie: And then I realized I don’t know anything about you, a widzowie, choć wiedzą bardzo dużo, nie mogą się z tym nie zgodzić. 

 

Minusy

1. Zwiedzanie termosfery i egzosfery z Sandrą Bullock może być zajęciem niezmiernie interesującym przez pierwsze piętnaście minut, jednak dziewięćdziesięciominutowy seans Grawitacji okazał się męczący, stereotypowy (o wyższości komfortowych kombinezonów amerykańskich nad rosyjskimi etc.), a w konsekwencji bardzo przyziemny.

 

2. W zeszłorocznym podsumowaniu pisałam o dość niejasnym w swojej koncepcji i zasadności ustanowieniu Nagrody Literackiej dla Autorki „Gryfia”. W roku 2013 listem poleconym usunięto z kapituły pomysłodawczynię projektu – Ingę Iwasiów, co wydaje się posunięciem nie tyle kontrowersyjnym, co żenującym. Podobna sytuacja dotyczy Piotra Kaczkowskiego – wieloletniego pracownika Programu Trzeciego Polskiego Radia, który od 1 stycznia 2014 roku nie jest zatrudniony przez radiową Trójkę. Tego rodzaju nieprzemyślane (a może właśnie nadto przemyślane) decyzje polityczne wycinają z życia kulturalnego autorytety w danej dziedzinie, co jest zjawiskiem niepokojącym.

 

3. Spotkanie z Peterem Sloterdijkiem w ramach Conrad Festivalu było chyba największą porażką organizacyjną tego wydarzenia. Absolutnie nie podważam autorytetu niemieckiego filozofa, kompetencji prowadzącego czy rozmowy, która sama w sobie była ciekawa. Mam zarzuty do sfery organizacyjnej przedsięwzięcia – przede wszystkim do tłumaczenia symultanicznego, które zdeprecjonowało całą myśl krytyczną Sloterdijka.

Odkrycie

Breaking Bad – bardziej powrót niż odkrycie. Po pierwszym sezonie zarzuciłam oglądanie tego serialu, jednak w roku 2013 z nieskrywaną przyjemnością wchłonęłam wszystkie pozostałe, obawiając się, że dołączę do grona dwudziestoparolatek po zawale. Choć w sytuacji zagrożenia zawsze better call Saul.