popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Po drugiej stronie kamery
Joanna-Gorawska1
ARTYKUŁY | 11.02.2013

Po drugiej stronie kamery

Hollywoodzka kariera Bena Afflecka wymyka się wszelkim szablonom. W wieku 26 lat wspólnie z Mattem Damonem otrzymał Oscara za scenariusz filmu Buntownik z wyboru, by w następnych latach stać się etatowym nominowanym do Złotych Malin. Swój aktorski talent (w który wielu powątpiewa) Affleck przez długi czas dzielił między pogardzane superprodukcje (Armageddon, Pearl Harbor) a filmowo-towarzyskie przedsięwzięcia w rodzaju kolejnych filmów Kevina Smitha. Jednak niedawno, za sprawą swojego reżyserskiego wcielenia, gwiazdor uciszył krytyków i wzbogacił się o worek filmowych nagród. Dziś prawie nikt nie ma wątpliwości, że przejście na drugą stronę kamery było w jego przypadku strzałem w dziesiątkę. Historia pokazuje, że nie da się tego powiedzieć o wszystkich aktorach próbujących swoich sił w reżyserii.

Affleck ma nad nimi tę przewagę, że doskonale przemyślał drogę, którą kroczy jako reżyser. Wierny jest kinu gatunkowemu, każdy kolejny jego film można włożyć do szufladki z napisami „thriller”, „kryminał”, „akcja”. Tego wyspecjalizowania nie potrafili docenić jedynie członkowie Akademii, którzy, nie wiedzieć czemu, nie nominowali w tym roku Afflecka za reżyserię Operacji Argo. Być może uznali, że na to jest dla nieopierzonego reżysera jeszcze za wcześnie i bezpieczniej będzie po raz setny nominować Stevena Spielberga za nijakiego i chaotycznego Lincolna.

Takie podejście kłóciłoby się jednak ze wcześniejszą oscarową praktyką. Zdarzało się bowiem, że statuetkę otrzymywali aktorzy w roli reżysera nie tyle początkujący, co wręcz debiutujący. Tak było w 1981 roku, kiedy Robert Redford filmem Zwyczajni ludzie pozostawił w pokonanym polu Martina Scorsese i Romana Polańskiego. Dziesięć lat później smakiem musieli się obejść Francis Ford Coppola i znów Scorsese – tym razem za sprawą Kevina Costnera i jego Tańczącego z wilkami. Przypadki tych dwóch gwiazdorów świadczą, jak różnie mogą potoczyć się losy aktorów, którzy z wysokiego C rozpoczynają reżyserską przygodę. Redford potwierdził swoją pozycję docenianymi filmami Quiz Show i Zaklinacz koni. Kolejne dzieła Costnera (z Wodnym światem na czele) były natomiast korowodami efekciarstwa i złego smaku.

Wśród reżyserów nie brakuje i takich, o których zdążyliśmy już zapomnieć, że kiedyś byli „tylko” aktorami (do tej pozycji zapewne pretenduje Affleck). Na czoło wysuwa się tu Clint Eastwood, laureat dwóch Oscarów za reżyserię. Przez wiele sezonów każdy jego film uznawany był za wydarzenie. Jednak ta passa skończyła się na Gran Torino, a ostatnich trzech tytułów polscy dystrybutorzy nie wprowadzili nawet na ekrany kin. Inną drogą kroczy Mel Gibson. Opromieniony sukcesem Braveheart później reżyserował już tylko dwa razy (Pasja i Apocalypto), będąc zapewne święcie przekonany, że robi coś więcej niż film.

Choć nie brakowało głośnych filmów, które wyszły spod ręki aktorów (Przed egzekucją Tima Robbinsa, Wszystko za życie Seana Penna), to w wielu przypadkach reżyserską działalność gwiazd ekranu należy traktować jako kaprys. Tak było chyba w przypadku dwóch filmów Roberta De Niro (Prawo Bronxu, Dobry agent), a także Jacka Nicholsona, który ostatni raz za kamerą stanął w 1990 roku, kręcąc nieudany sequel Chinatown Polańskiego. Na wiele powstających w ten sposób dzieł mało kto zwraca uwagę – albo są zbyt przeciętne (Denzel Washington, Tom Hanks), albo nie mieszczą się w głównym nurcie (Tommy Lee Jones, John Turturro, Steve Buscemi). Nie przeszkadza to jednak kolejnym aktorom próbować swoich sił w reżyserii. Niedawno zadebiutowali choćby Ralph Fiennes czy Dustin Hoffman. Nie próżnują także panie. Do pierwszego filmu przymierza się Renée Zellweger, zaś Natalie Portman i Kirsten Dunst na razie eksperymentują z krótkim metrażem.

W Polsce mamy Jerzego Stuhra, który postanowił wypełnić pustkę po Krzysztofie Kieślowskim i wychodzi mu to całkiem zgrabnie (z wyjątkiem Korowodu). Na uwagę zasługuje jedyny do tej pory film Arkadiusza Jakubika, Prosta historia o miłości. To brawurowa, wesoła i świetnie zagrana zabawa w znany od lat schemat „film w filmie”. Przeglądając inne tytuły (Weekend Cezarego Pazury, Sezon na leszcza Bogusława Lindy, filmy Olafa Lubaszenki), niechybnie dojdziemy do wniosku, że nad sprawą nie ma co się dłużej pochylać. Jednak kiedy w kolejnych polskich produkcjach znów widzę Szyca, Adamczyka i Kota, mam ochotę im powiedzieć: a może byście tak, chłopaki, poszli drogą Bena Afflecka?

Jacek Skałecki

Jacek Skałecki

(ur. 1988) – urodził się i mieszka w Lublinie. Absolwent dziennikarstwa UMCS. Główny obszar zainteresowań to film: jako widz od zawsze, jako twórca od niedawna. Autor bloga www.zawiesina.blox.pl.