• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 14.05.2018
Po cichutku, na paluszkach („Ciche miejsce”)
Recenzje | 14.05.2018

Po cichutku, na paluszkach („Ciche miejsce”)

John Krasinski, znany szerszej publice dzięki serialowi The Office, podąża wydeptaną przez Jordana Peele’a ścieżką i staje za kamerą horrorowego blockbustera. W jego przypadku eskapada z komediowej branży jest znacznie ciekawsza i bardziej oryginalna niż w przypadku komika z Comedy Central. Mimo to Ciche miejsce podobnie jak Uciekaj! nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału.

Pięcioosobowa rodzina przemierza postapokaliptyczny, tonący w ciszy świat. W pierwszych scenach filmu widzimy, jak uważnie przeczesuje ona opuszczony supermarket w poszukiwaniu lekarstw, prowiantu i innych użytecznych przedmiotów. W krótkim ujęciu pojawia się tablica pełna ulotek z twarzami zaginionych osób. Widzimy także pierwsze strony gazet, które informują ludzi, że aby przeżyć, powinni zachować ciszę. Ta scena nadaje ton całemu filmowi. Zostaje nam przedstawiona atmosfera filmu i jego temat – nie postapokaliptyczny świat, lecz dramat żyjącej w nim rodziny. Za sprawą zakończenia sceny widz rozumie też, jak bezkompromisowe jest ukazane w filmie miejsce i jak poważnie należy traktować rządzące nim zasady. Jeden najmniejszy błąd, chwilowe rozprężenie i utrata skupienia mają opłakane, nieodwracalne skutki. Wystarczy bowiem jeden donośniejszy dźwięk, aby zaalarmować czyhające w okolicy bestie, które mimo że ślepe jak krety, mają niezwykle wyczulony słuch.

Reżyser John Krasinski nie ujawnia genezy apokalipsy, której wycinek widzimy na ekranie. Nie pokazuje też zbawiania świata. Skupia się na pojedynczej opowieści, a wyjaśnienia zaistniałej sytuacji każe szukać w tle opowiadanej historii. Czasami daje bowiem widzowi wgląd w efekt poszukiwań głównego bohatera. Przyczyna tragicznych wydarzeń jest więc odkrywana przez odbiorcę mimochodem i nie jest fundamentalna dla zrozumienia filmu. W końcu nieważny jest sam fantastyczny świat, lecz to, co powodują jego właściwości. A mianowicie sprowadzają człowieka do jego zwierzęcej, naturalnej egzystencji. Cywilizacja, rozwinięte społeczeństwo i wynikające z nich udogodnienia legły w gruzach. Człowiek musi teraz nieustannie walczyć o przetrwanie, o pożywienie i schronienie. Widzimy również, że podział ról płciowych powraca do stanu sprzed cywilizacyjnego rozwoju, czyli opiera się na różnicach wynikających z budowy fizycznej. Przez to jasny jest rozdział na męskie i żeńskie sfery działań. Tego zróżnicowania muszą wyuczyć się wychowywane w filmie dzieci, mimo że ich charaktery nie odpowiadają rolom, w które mają się wpasować.

W obliczu utraty celów, które wynikać by mogły z rozwiniętego, nowoczesnego społeczeństwa, jedyne cele to te, które wynikają z instynktu przetrwania. Tym samym filmowe małżeństwo, Evelyn (Emily Blunt) i Lee (John Krasinski) skupiają się głównie na dalszym przekazywaniu genów – czy to przez pieczołowite dbanie o dobrostan swój i swoich dzieci, czy przez dalszą reprodukcję. Przedstawiony w Cichym miejscu postapokaliptyczny świat nie tylko sprowadza człowieka do jego biologii, ale czyni także z jego życia niekończący się koszmar. Stawia tym samym pod znakiem zapytania to, czy gra jest w ogóle warta świeczki. Wynikiem codziennej walki o przetrwanie jest tu w końcu życie w nieustannym strachu oraz bez żadnego głębszego sensu.

Film Krasinskiego fenomenalnie bawi się głównym motywem ciszy. Dobrze wykorzystanym dźwiękiem lub jego brakiem można pokazać strach, cierpienie po utracie kogoś bliskiego, tłumione emocje, a nawet miłość. Można także całkiem wyciszyć widownię, wprowadzić ją w trans, a następnie korzystając z różnych możliwości dźwięku decydować o jej reakcjach. Da się w ten sposób łatwo przerazić odbiorcę albo wzmocnić dramaturgię scen akcji. Reżyser nie traktuje ciszy całkiem dosłownie, rzadko towarzyszy widzowi całkowity brak dźwięku. Tytułowa cisza jest do pewnego stopnia umowna. Co prawda bohaterowie szepczą, porozumiewają się na migi i chodzą na paluszkach, ale w tle, poza odgłosami natury, odbiorca słyszy delikatne plumkanie muzyki Marco Beltramiego. Widzowie szanują pielęgnowaną przez twórców ciszę, solidarnie pokaszlują i chrupią przekąski podczas głośniejszych momentów filmu.

Wielu odbiorcom może nie spodobać się niechęć reżysera do unikania klasycznych, hollywoodzkich schematów i ckliwości. Mimo że bierze on na warsztat poważne kwestie i wykorzystuje ambitny pomysł na formę, dramat rodzinny, wokół którego oscyluje fabuła, nie jest szczególnie angażujący ani oryginalny. Przedstawiona w filmie historia jest dość prosta, a widz ma wrażenie, że miał już wcześniej styczność z podobnym fabularnym schematem. Krasinski ponadto ma skłonność do taniego grania na emocjach, szczególnie w kluczowych momentach filmu. Być może chce w ten sposób łechtać zarazem widza wymagającego i widza masowego, łącząc ambitny pomysł formalny z fabularną strukturą i emocjonalnością blockbustera. Sądząc po komercyjnym sukcesie i uznaniu krytyków, to połączenie okazało się udane. W końcu mimo tej sztampowości i ckliwości Ciche miejsce pozostaje trzymającym w napięciu horrorem. Tym samym każdy znajduje tu coś dla siebie.

Ciche miejsce nie wpasowuje się jednak w nurt współczesnych, arthouse’owych dreszczowców, takich jak Coś za mną chodzi, Pod skórą czy Czarownica. Nie jest bowiem metaforą aktualnych wydarzeń ani uniwersalnych ludzkich bolączek. Ponadto reżyser mniej skupia się na podsycaniu uczucia grozy, a bardziej na jumpscare’ach, które pod względem zamysłu i struktury można porównać do klaśnięcia komuś przed oczami albo wyskoczenia zza drzewa. W dodatku widz dość wcześnie oswojony zostaje z potworem, co pozbawia go aury strachu przed nieznanym i niezrozumiałym. Widzieliśmy udane zastosowanie takiego zabiegu choćby w Czarownicy czy Złu we mnie, gdzie bardzo skutecznie żerowano na pierwotnym strachu przed niepoznanym i nieludzkim. Mimo tych wad film potrafi trzymać widza w napięciu, zwłaszcza w tych scenach, w których wiemy, że okrutne bestie są coraz bliżej i konfrontacja jest nieuchronna.

Bardzo dobrze wykorzystano filmową przestrzeń. Chociaż jest względnie niewielka, właściwie każdy jej element ma swoją fabularną funkcję. Istotne okażą się m.in. zawieszone wszędzie żarówki, silos na kukurydzę, a także pick-up, które towarzyszą widzowi od pierwszych scen. Pod względem umiejętności aktorskich szczególnie wyróżnia się Emily Blunt. Udało jej się perfekcyjnie oddać wszystkie silne i skomplikowane emocje niewerbalnie, korzystając z języka ciała i mimiki. Krasinski za to zagrał dość nienaturalnie, w większości scen replikując jakiegoś maczomeńskiego, brodatego herosa z filmu sensacyjnego. Podobać mogą się ujęcia – dynamiczna praca kamery skutecznie dodaje dramaturgii scenom akcji, a nieopuszczanie bohaterów wzmacnia wrażenie intymności i przyziemności opowiadanej historii.

Niezaprzeczalnie najważniejszym elementem produkcji jest podkreślony przez tytuł zabieg formalny. Jest to z jednej strony pomysł ambitny, a z drugiej de facto samograj. Wykorzystanie dźwięku w horrorze jest na ogół kluczowe, zwłaszcza w takim, który tak jak Ciche miejsce oparty jest na jumpscare’ach. Potencjał tego motywu nie umniejsza jednak zasług twórców filmu, tylko ich poprzednikom, którzy na taki pomysł nie wpadli. Tak zwanemu widzowi ambitnemu może się jednak nie spodobać pójście na swoisty kompromis i niezwrócenie się w kierunku arthouse’owego kina grozy. Takie rozwiązanie na pewno spodobało się jednak wytwórni Paramount, dla której Ciche miejsce stało się najbardziej dochodowym tytułem od dwóch lat. W końcu mimo pewnych braków jest to sprawnie zrobiony, trzymający w napięciu film, który dzięki zastosowanemu zabiegowi stał się jedną z najważniejszych pozycji ostatnich lat w swoim gatunku. John Krasinski udowodnił, że potrafi stworzyć produkcję o zasięgu globalnym. Miejmy nadzieję, że to nie koniec jego reżyserskich sukcesów, a jego żona Emily Blunt ponownie stworzy w jego filmie równie dobrą kreację.