pixies
ARTYKUŁY | 23.04.2012

Pixies w służbie surrealizmu

 Nirvana is like the fat retarded nephew of the Pixies who nevertheless became famous with a few good songs – ConnorMiller19 (komentarz pod teledyskiem Debaser)

We wrześniu zeszłego roku pękło mi serce. Obchodziliśmy dwudziestą rocznicę wydania kultowej płyty Nevermind zespołu Nirvana. Była to również świetna (i niestety niewykorzystana) okazja, aby przypomnieć zjawisko muzyczne o skali nieporównywalnie większej – zespół Pixies – czteroosobową grupę niechlujnych rewolucjonistów, którzy pod koniec lat osiemdziesiątych wymyślili na nowo muzykę rockową, kładąc podwaliny pod późniejsze sukcesy grupy Kurta Cobaina. Ironicznym może zdać się fakt, że w 1991 roku, kiedy w sklepach pojawiła się płyta Nevermind, Pixies wydali – dokładnie dwa dni później – swój ostatni studyjny krążek. Trompe le Monde (fr. oszukaj świat) wskazywany jest często przez ortodoksyjnych fanów jako najsłabsze dokonanie grupy – owoc narastających nieporozumień wewnątrz zespołu, które wkrótce doprowadzić miały do jego rozpadu. Idąc w zgodną z duchem Pixies metaforykę, zaryzykuję stwierdzenie, że Nirvana wyrosła na glebie użyźnionej przez truchło bostońskiego zespołu.

Nevermind to bez wątpienia płyta ważna, ale nie ma na niej nic, czego wcześniej nie wymyśliliby Pixies. Jeśli koniecznie szukamy płyty, która zmieniła wszystko (jak album Nirvany przy zeszłorocznym jubileuszu określiła Gazeta Wyborcza), powinniśmy cofnąć się do roku 1988. To data narodzin krążka Surfer Rosa, bez którego lata 90. w muzyce rockowej nie zaistniałyby w znanej nam formie. Nie jest to moja subiektywna opinia – uwielbienie dla twórczości Pixies deklaruje cała rzesza artystów najgrubszego kalibru. Wymieńmy chociażby samego Kurta Cobaina, Bono, Davida Bowiego, PJ Harvey oraz grupy Radiohead, Blur, Travis… Lista muzyków będących fanami Pixies jest długa i zgodna w jednej kwestii – Pixies to zespół, który zakończył lata osiemdziesiąte w muzyce i rozpoczął wielki boom na alternatywnego rocka.

Z potrzeby posiadania tej świadomości miłościwie rozgrzeszam rozkochane w Cobainie nastolatki i zakompleksionych chłopców z grzywkami na oczach. Na ich korzyść przemawia fakt, iż Pixies nawet u szczytu kariery byli w swojej ojczyźnie tylko umiarkowanie popularni, a statusu muzycznych rewolucjonistów dorobili się dopiero po latach (co zresztą zaowocowało niezbyt fortunną reaktywacją zespołu). Nieco inaczej sytuacja wyglądała po naszej stronie oceanu – podczas gdy w USA kompozycje Pixies pojawiały się głównie w akademickich rozgłośniach radiowych, brytyjskie czasopisma „Melody Maker” i „Sounds” ogłosiły album Doolitle płytą roku, a „chochliki” regularnie gościły na topie alternatywnych list przebojów.

Co zadecydowało o sukcesie Pixies w Wielkiej Brytanii (sukcesie tak wielkim, że ich trasę z Throwing Muses określono mianem najlepszego podwójnego show, odkąd Rzymianie postanowili umieścić Chrześcijan i lwy we wspólnym występie)? Kusi mnie, by odpowiedzieć na to pytanie w najprostszy możliwy sposób: z jakiegoś powodu Pixies są bardziej „europejscy” niż „amerykańscy”. Twierdzenie to byłoby jednak jawnym nadużyciem – zespół nigdy nie odcinał się od amerykańskiej tradycji muzycznej, przeciwnie: czerpał z niej pełnymi garściami, bawił się estetyką surf rocka z lat 50., otwarcie przyznawał się do fascynacji Iggy’m Popem, wyrastał z na wskroś amerykańskiego garażowego grania. Mimo to bostońska grupa wypracowała unikatowy styl, który w europejskim kręgu kulturowym rezonuje z podwójną siłą. Zaryzykuję stwierdzenie, że istotą tego fenomenu jest płomienny romans Pixies z tradycją surrealistyczną.

Mówienie o surrealizmie w odniesieniu do muzyki, zwłaszcza „rozrywkowej”, wiąże się z oczywistym ryzykiem, którego uparcie nie dostrzegają miłośnicy etykietowania gatunków muzycznych. Pojęcie „surrealizm w muzyce” najczęściej daje się stosować wymiennie z terminem „dadaizm w muzyce”,  „awangarda” lub po prostu „eksperyment”, a o nadrealistycznym charakterze utworu decyduje jedynie pozamuzyczny ideologiczny kontekst. Stąd też, odnosząc się do twórczości Pixies, mam na myśli nie tyle programowy, śródziemnomorski surrealizm, jakiego życzył sobie Breton w swoich manifestach, ile pewną surrealistyczną mitologię – zbiór rekwizytów, jakimi mniej lub bardziej świadomie operuje popkultura. Częścią tej mitologii są oczywiście bezpośrednie odwołania do tekstów kultury, ale także niełatwy do zdefiniowania (choć łatwo odczuwalny) projekt rzeczywistości nadrealnej. W tym kontekście muzyka Pixies jest surrealistyczna tak samo, jak surrealistyczne są filmy Davida Lyncha, i w tym samym stopniu wydaje się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardziej „europejska” niż „amerykańska”.

Lynch pojawia się w towarzystwie Pixies nieprzypadkowo – Black Francis (założyciel, frontman i autor niemal wszystkich piosenek zespołu) w wielu wywiadach przywołuje postać amerykańskiego reżysera, wskazując na pokrewieństwo w podejściu do semantyki utworów: obaj mamy w głowach idee i obrazy, ale nie znamy ich znaczenia.  Pixies złożyli zresztą Lynchowi hołd, nagrywając cover niepokojącego utworu In Heaven, oryginalnie śpiewanego przez kobietę w kaloryferze w filmie Eraserhead.

Wróćmy jednak do estetycznych korzeni Pixies i Lyncha. Black Francis podczas studiów przeżył okres fascynacji surrealistycznym filmem i nigdy nie uwolnił się od tej inspiracji. Przeciwnie, rozwijał przy jej pomocy własną metodę twórczą, równocześnie włączając do piosenek Pixies potężną dawkę intertekstów. Bezpośrednim nawiązaniem do Psa Andaluzyjskiego jest piosenka Debaser, otwierająca album Doolittle. Pojawia się w niej nie tylko tytuł filmu Buñuela (przekręcony niechlujnie przez Francisa na ni to francuskie, ni to hiszpańskie chien andalusia), ale także nawiązanie do słynnej sceny rozcinania gałki ocznej (Got me a movie / I want you to know / Slicing up eyeballs / I want you to know / Girl is so groovy / I want you to know / Don’t know about you / But I am un chien andalusia). Ostatnim kawałkiem na płycie jest z kolei inspirowana biblijną historią Samsona i Dalili kompozycja Gauge away, w której ponownie powraca motyw kaleczenia oka: Sleeping on your Belly / You break my arms /You spoon my eyes. Cała twórczość Pixies inkrustowana jest podobnymi cytatami – bezpośrednie nawiązania nie są jednak jedynym powodem, dla którego mamy prawo kojarzyć bostończyków z tradycją surrealistyczną. Uparcie powracające motywy, konstrukcja metafor, poruszana tematyka – wszystko to składa się na wizję rzeczywistości porządkowanej przez podświadomość, w której szczególne miejsce zajmuje obsesja, i dla której siła skojarzenia ważniejsza jest od obiektywnej prawdy.

W tym duchu utrzymane są utwory, które Freud nazwałby sublimacyjnymi: kawałki kazirodcze (Nimrod’s son) i  onanistyczne, albo po prostu kazirodczo-onanistyczne, jak Holiday Song: He took his sister from his head / And then painted her on the sheets […] This ain’t no holiday / But it always turns out this way / Here I am with my hand. Seksualne frustracje ograne przesterowanymi gitarami i wykrzyczane przez Black Francisa do mikrofonu osiągają nieraz ekstremalne formy (Sitting here wishing on a cement floor / Just wishing that I had just something you wore / Bloody your hands on a cactus tree / Wipe it on your dress and send it to me). Czasem uderzają prostotą przekazu, innym razem zbliżają się swoją poetyką do biblijnej Pieśni nad pieśniami, jak w doskonałym utworze I’ve been tired, który mógłby posłużyć za sztandarowy przykład „języka miłości” w wersji The Pixies. Mamy w nim potężną dawkę ironii, wspomniane starotestamentowe poetyckie uniesienia (Strong legs, strong face, voice like milk, breasts like a cluster of grapes) zderzone z brutalnym dowcipem: And while we’re at it baby, why don’t you tell me one of your biggest fears? / I said Loosing my penis to a whore with disease / Just kidding I said / Losing my life to a whore with disease), i wreszcie desperacki refren, w którym Black Francis zwierzęco wydziera się do mikrofonu: I’ve been tired!

Bez względu na użyte środki, utwory Pixies skoncentrowane na tematyce pożądania brzmią dojmująco szczerze, a przy tym – trochę wstyd to przyznać – dużo mówią o ludzkiej kondycji. Ich niezwykłą cechą jest również pewien rodzaj plastyczności – perwersje w świecie Pixies wydarzają się w dusznej atmosferze, którą tworzą hiszpańskojęzyczne wtręty oraz topika budowana przez Francisa na podstawie przeżyć zgromadzonych podczas kilkumiesięcznego pobytu w Puerto Rico. Wyspa wielokrotnie pojawia się w twórczości „chochlików”, raz jako stinking island (śmierdząca wyspa), innym razem jako isla de encanta (wyspa miłości). Portorykańskie motywy pełnią w piosenkach zespołu funkcję porównywalną do tej, jaką spełnia charakterystyczna rozwidlona laska w malarstwie Salvadora Dali – są erotycznym drogowskazem, fetyszem, którego nie musimy rozumieć, ale który wyzwala określoną atmosferę i implikuje erotyczne treści.

Wiele surrealistycznych obrazów mogłoby zresztą posłużyć za ilustracje do utworów Pixies. Black Francis dzieli z Giorgio de Chirico fascynację pustymi przestrzeniami, natomiast zamiłowanie do tajemniczych mechanizmów (Your bones got a little machine!) łączy go z Marcelem Duchampem i wczesnym Maxem Ernstem. W surrealistycznej estetyce utrzymane zostały okładki płyt Surfer Rosa i Doolittle, obie autorstwa brytyjskiego fotografa Simona Larbalestiera. Grafika jest tu jednak jedynie dopełnieniem dla zjawiska znacznie ciekawszego – (nad)rzeczywistość w tekstach Pixies konstruowana jest według dziwacznych, ale zaskakująco spójnych prawideł. Podobnie jak w przypadku prac pokroju Wielkiej Szyby Duchampa czy Pałacu o czwartej rano Giacomettiego, na pierwszy plan wysuwa się szczegół – istotny staje się nie tyle sens całości, co relacja pomiędzy kolejnymi elementami układanki. Pixies wgryzają się we własne teksty, eksponują ich strukturę przy pomocy maniakalnie powtarzanych refrenów, a nierzadko dokonują rozkładu jeszcze większego, literując słowa lub tworząc absurdalne skróty (np. Ed is Dead ustępuje miejsca E.I.D.). Niewiele rockowych kapel na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat wykazywało tak odważne, a zarazem pełne wyczucia podejście do materii języka.

Tym trudniej uwierzyć w opowiadane przez Francisa dykteryjki na temat procesu twórczego. Po internecie krążą nagrania z końca lat osiemdziesiątych, w których lider Pixies udziela wywiadów dla europejskich stacji muzycznych. Widzimy na nich nieśmiałego dwudziestoparolatka z nadwagą i nieco głupkowatym uśmiechem, który beztrosko informuje, że teksty pisze w ostatniej chwili przed wejściem do studia i całkowicie podporządkowuje je muzyce. Bo w rock’n’rollu ważne jest brzmienie i rytm – jak w słynnym kawałku Surfin’ bird zespołu The Trashmen. Nie oznacza to bynajmniej, że tekst zupełnie się nie liczy. Piosenki Pixies są kombinacją dadaistycznego zamiłowania do przypadku i surrealistycznej écriture automatique. Tworzą psychopatyczne narracje, w których kolejne motywy zazębiają się za pomocą luźnych konotacji lub fonetycznego podobieństwa tylko po to, by rozmyć się w kolejnym obrazie lub powrócić ze zdwojoną siłą w innym miejscu tej dziwacznej struktury. Wszystkie ruchy dozwolone.

Black Francis w swojej metodzie twórczej wychodzi od muzycznego schematu – projektuje rozkład akcentów i rymów. Potem pojawia się słowo lub fraza: np. dziwka, koński smalec albo małpa poszła do nieba. Te słowa biorą się znikąd, z zakamarków umysłu, może z podświadomości. Dla lidera Pixies to bez znaczenia – po prostu ma ochotę je wykrzyczeć. Na sam koniec kluczowa fraza zostaje obudowana dalszymi słowami pasującymi do schematu.

Nonsens? W żadnym przypadku. Raczej mnogość sensów, jak w genialnym Hey, gdzie whores in my head to być może (albo równocześnie) horse in my head.  Sam autor poucza w jednym z wywiadów, że przypadkowość nie pozbawia jego piosenek sensu, a najwyżej uwalnia je od tradycyjnej logiki. To, że kolejne elementy nie wynikają z poprzednich, jest zupełnie nieistotne – całość i tak rodzi się z jednego umysłu, a rzeczywistość w przekazie Pixies ukazuje się w całej swojej migotliwości, w kilkunastu zupełnie różnych, ale komplementarnych ujęciach. Proszę położyć głowę na ziemi, unieść nogi w górę i wykręcić ten trick, jak zachęca Black Francis w wielkim przeboju Where is my mind. Niełatwo o bardziej aktualną ponowoczesną metodę poznawczą.

I tu, jak sądzę, należy uciąć dalsze dywagacje – bo Pixies to przede wszystkim czwórka lekko stukniętych dzieciaków, które wychodzą na scenę w mocno sfatygowanych t-shirtach i próbują grać naprawdę głośną muzykę. Dokładnie tak prezentują się na nagraniach z przełomu lat 80. i 90. – jak gdyby historia muzyki rockowej toczyła się zupełnie gdzie indziej, bez ich najmniejszego udziału. Jakkolwiek podniecające mogłyby być intelektualne operacje wykonywane na tekstach zespołu, grzechem byłoby zapomnieć o bezpretensjonalnej czystości tej muzyki. Proponuję zatem zakończyć lekturę, odejść od monitora, podkręcić głośniki na maksimum i oddać głos The Pixies.

 

Lech Dulian

Lech Dulian

(ur. 1987) – absolwent bohemistyki. Za dnia kolaboruje z oficjalnym obiegiem kultury. Po godzinach ogląda walki MMA i udaje Rolanda Barthes’a w okresach nasilonych ataków gruźliczych. Uzależniony od narracji w każdej formie i o dowolnej jakości. Sympatyzuje z ruchem wolnej kultury.