popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Piosenki nadobowiązkowe: Teresa Werner
teresa
ARTYKUŁY | 29.04.2013

Piosenki nadobowiązkowe: Teresa Werner

Po Aldonie Orłowskiej, królowej polskiej muzyki rozrywkowej w Szwecji, czas na nie mniej utalentowaną oraz, co ciekawe, wykształconą muzycznie Teresę Werner, gromowładną konkwistadorkę szlagrów, czyli śląskiej wariacji na temat muzyki disco polo. Szlagry (vel szlagiery) to guilty pleasure każdego prawdziwego hanysa. Niby wszyscy w Warszawie mówią, że to wiocha, niby nikt tego nie słucha, a jak słucha, to udaje, że nie słyszy, a jak słyszy, to udaje, że nie słucha, a jednak śląscy muzycy nagrywają płyty, a płyty te z czasem pokrywają się złotem. I właśnie z takim przypadkiem mamy dziś do czynienia.

Trudno wrzucać ten rodzaj muzyki do jednego worka z disco polo, na przestrzeni lat wykreował on bowiem własną estetykę. To nie Tomasz Niecik, cztery osiemnastki. Tu jest muzyka spokojna, która powoli podrywa do tańca, rezygnując z natrętnych elektronicznych bitów na rzecz organów CASIO i akordeonu. Szlagry są jak prawdziwy festyn, dni miasta z grillem, sceną i ogródkami piwnymi. Bal ten powinien mieć także swoją królową, której wskazać jednoznacznie nie potrafię. Od miesięcy stoję w rozkroku między Janiną Liberą i Teresą Werner. To wybór między tradycją a nowoczesnością, między fiatem 126p a fiatem multiplą. Faktem jest jednak, że obie panie budzą nieprawdopodobne wręcz pokłady radości, a słuchając ich piosenek, każdy zamienia się na parkiecie w wulkan energii.

O Teresie Werner ostatnimi czasy zrobiło się naprawdę głośno, jej ostatnia płyta pokryła się złotem. Nie jestem pewien, czy w dobie torrentów i chomika złota płyta jest miernikiem sukcesu, jednak jeśli nie ona, to publikacja w „Fakcie” i poranne gruchanko z Marzeną Rogalską w Pytaniu na śniadanie już na pewno świadczą o powodzeniu. Nie obyło się również bez skandalu, okazało się bowiem, że przyznanie jej złotej płyty ma wymiar jedynie symboliczny – wytwórnia pani Teresy nie jest bowiem zrzeszona w ZPAV. Niemniej jednak 15 tysięcy płyt rozeszło się jak świeże bułeczki, a Doda może jedynie gryźć paznokcie z zazdrości: portale plotkarskie, paparazzi, okładki, cycki, majtki lub ich brak nie są czynnikami przekładającymi się w jakikolwiek sposób na sprzedaż płyt. W tym samym czasie, w którym Doda brylowała na salonach, Teresa Werner po prostu była, a 95% populacji Polski nie miało o tym pojęcia.

W krakowskim półświatku pierwszą falę fascynacji disco polo mamy już chyba za sobą. Wszyscy znają już piosenkę Janiny Libery Spowiedź barmanki. Wziełach se robota w barze, chciałach se poprawić życie. Stykło mi na fajne ciuchy, wiodło mi się znakomicie to już w pewnych kręgach barmańska mantra, to też jedna z najbardziej klasycznych definicji szlagieru, z biesiadą, piwerkiem bez sprajta i szaloną zabawą w tle. To bardzo miłe, że Teresa Werner absolutnie nie odżegnuje się od swojej szlagrowej estetyki – nawet wtedy, gdy staje u progu ogólnopolskiej kariery. My ślązacy śpiewamy piosenki proste, przyjemne dla ucha – zdradza w telewizji śniadaniowej. Jednak, jak przyznaje, melodie jej piosenek są autorstwa zaprzyjaźnionych muzyków z Chorwacji. Tak więc Teresa Werner to istny kocioł bałkański prosto z Górnego Śląska. Dominantami kompozycyjnymi utworów pani Teresy są jednak wykwintność i elegancja. Wokalistka jawi się jako nieskończona diwa, zawsze nieskazitelna.

Ryszard Koziołek w uhonorowanej gdyńską nagrodą książce Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy pisze, że w Trylogii mamy do czynienia z trzema typami kobiet: kobietą roślinną, kobietą zwierzęcą oraz kobietą mineralną. W katechetycznym skrócie można to ująć następująco: kobieta roślinna to kobieta-warzywo, kobieta czekająca. Kobieta zwierzęca to uwodzicielka, a kobieta mineralna to istota, do piękna której musimy dojrzeć, które dopiero musimy odkryć i aby tego dokonać, coś musi się w nas zmienić. Typologia ta świetnie pasuje do opisu polskiej sceny muzycznej. Są wokalistki roślinne, które czekają, żeby je dostrzec, są wokalistki zwierzęce, które atakują nas z prasy bulwarowej i portali plotkarskich, robią sobie ustawki z paparazzi, by tylko o nich mówiono. Są w końcu wokalistki mineralne, znajdujące się cały czas gdzieś w pobliżu, jednak by móc doświadczać ich muzyki, należy najpierw otworzyć i oczyścić swoje serce z uprzedzeń i ograniczeń. Taką wokalistką jest zarówno wspomniana przeze mnie przy innej okazji Aldona Orłowska, jak i nasza dzisiejsza bohaterka.

Teresa Werner jest autorką hitu, który, mam nadzieję, stanie się już niebawem obowiązkowym punktem każdej szanującej się domówki. Mowa oczywiście o Dałabym ci dała.

To właśnie ten przebój uświadamia nam, że Teresa Werner jest kobietą mineralną, stać ją bowiem w tej całej sytuacji na tryb przypuszczający, czekanie, niepewność, ogólnie: stać ją. Kobieta mineralna czeka, aż pojawi się ktoś, kto na nią zasługuje. Okazuje się, że równie wiele inicjatywy znajduje się po drugiej stronie, to właśnie od owego hipotetycznego „onego” zależy, jak ta historia się dalej potoczy. Jeśli on się postara, może dostać wszystko. To, co najcenniejsze, głęboko schowała, słowa piękne zapisała. Bohaterka tego utworu kusi, już wydawać by się mogło, że podaje samą siebie na tacy, ale zaraz okazuje się, że wymaga też poświęceń. Jeśli smalący cholewki kawaler chciałby pochędożyć, winien się zawżdy hardo postarać.

Długo szukałem słów-kluczy, które oddać mogłyby estetykę teledysków Teresy Werner. Do głowy nie przychodzi mi nic ponad „na bogato”, które – choć banalne i przebrzmiałe – trafnie opisuje zaistniałą sytuację muzyczną. Pani Teresa nie posiada mieszczącego w sobie cztery oktawy głosu Aldony Orłowskiej, nadrabia jednak wizerunkiem oraz budżetem teledysków. Tu nie ma przypadkowych scenerii i domowego montażu, u Teresy Werner jest od początku do końca na bogato, jest porządna sukienka na zamówienie, profesjonalny makijaż i śnieżnobiały uśmiech. Gdyby nie muzyczny talent pani Teresy, mogłaby ona reklamować salon kosmetyczny, ogólnie: mogłaby reklamować. Wyobrażam sobie taki spot telewizyjny: jakaś kobieta, taka gospodyni domowa, płacze, jest rozedrgana i ogólnie na zakręcie, grozi samobójstwem, ponieważ nie jest w stanie doprać ulubionej koszuli swojego męża. I wtedy pojawia się Teresa Werner, która spokojnie tłumaczy, jak należy w takiej sytuacji postąpić, wręcza jej cudowny proszek X i przekonuje, że to właśnie dzięki niemu jej życie jest szczęśliwe.

A życie Teresy Werner szczęśliwe być musi, może sobie ona pozwolić na wybór między górami a morzem i, jak wiadomo, wybiera morze, to jest właśnie jej locus amoenus, rozkłada sobie ręcznik, leży na piasku. Jest nawet o tym piosenka, piękna skądinąd, okraszona kocim tańcem z ręcznikiem… Jednym z pierwszych pytań, jakie stawiałem sobie odnośnie wizerunku Teresy Werner, było: Tunezja czy solara? Teraz już wiadomo: plaża. Po tej drobnej dygresji pragnąłbym jednak wrócić do perfekcyjnego życia pani Teresy – prawdziwej Małgorzaty Rozenek polskiej muzyki disco: tu wszystko ma swój porządek, są ładne wnętrza, ładne samochody, ładne stroje, ładne wszystko. Teresa Werner jest tak perfekcyjna, że aż jest to momentami frustrujące i prowadzi znowu do rozważań odległych od jej muzyki. Chciałoby się bowiem zobaczyć ją w sytuacji dalekiej od idealnego medialnego wizerunku. Stąd otwarte pytania: Czy myjąc podłogę, też uśmiecha się tak samo czarująco? Czy w ogóle myje podłogę? Czy wykonuje jakieś czynności domowe? Czy Teresa Werner boi się kur? Albo ogólniej: czy boi się ptactwa? Albo ogólniej: Czy boi się źle wypchanych zwierząt? Czy doiła kiedyś krowę? Czy robi z igły widły? Czy kopie pod kimś dołki i później sama w nie wpada? Czy reaguje na słowne zaczepki?

Z drugiej strony bardzo łatwo wczuć się w życie tak perfekcyjnej osoby i wyobrazić je sobie niczym zaklęte w kropli bursztynu: wykwintne produkty spożywcze, wołowinka, a nie wieprzowinka na stole, czerwone wino, dobre kosmetyki, perfekcyjnie podane obiady, papiloty, ogórek na oczy. Satynowy szlafrok, papcie w panterkę, ogólnie dużo panterki i cekinów, oko pomalowane na niebiesko (ale to tylko na specjalne okazje), porcelana, niemiecka chemia w łazience, 1000 panoramicznych, sukienki na zamówienie, martini bianco, martini rosso, martini kaszel. Idealny, pachnący mąż z ładnym samochodem, niedużą nadwagą i dużym zegarkiem popija po południu whisky i pali cygaro. Oglądają Trudne sprawy i Sędzię Annę Marię Wesołowską. A na włosach mu żel jak srebrzysty księżyc lśni. Jest więc w końcu idealna miłość, której słodycz pani Teresa zna na pewno – sfrustrowana psychopatka, która spróbowała kiedyś miłości o smaku gorzkim, nie byłaby w stanie napisać tak pięknej piosenki. Jej tytuł mówi zresztą sam za siebie.

Jest to piosenka, przy której warto się zatrzymać, bo jak powszechnie wiadomo, warto się zatrzymywać. PODMIOT tego utworu to kochanka idealna, raz jest jak mityczna Penelopa, czekająca na swojego Odysa (niestety, nie wyobrażam sobie Teresy Werner tkającej gobelin, chociaż bardzo chciałbym), raz jak oddana kochanka, która żyje dla swojego mężczyzny i niczym Mickiewiczowska Grażyna gotowa jest rzucić się w wir walki. Miłość jest piękna, taka szczęśliwa, kocham cię tak mocno, chociaż czas upływa. Eros, Tanatos, Teresa Werner. Jesteśmy w domu.

Teresa Werner w swoich teledyskach nie pojawia się w asyście wielu tancerzy, niemniej jednak wygląda na to, że bardzo dobrze bawi się sama ze sobą. To cenne. Zachęcam też do odwiedzenia jej strony internetowej, bo są na niej ładne, drapieżne zdjęcia, a nade wszystko polecam kliknięcie w zakładkę „Sklep”. Kolekcja ubrań z podobizną Teresy Werner – prima sort! Bardzo chciałem na koniec przytoczyć kilka frapujących faktów z życia pani Teresy, niestety nie udało mi się znaleźć informacji na tyle interesujących, by nie uśpić odbiorcy. Bo czy fakt, że śpiewała przez wiele lat w Zespole Pieśni i Tańca Śląsk, jest jakkolwiek chwytliwy? Teresa Werner równie skrupulatnie skrywa informację o swoim wieku, podejrzewam, że jest to liczba ze zbioru 30-65 i żadna z nich nie będzie dla nikogo zaskoczeniem. Polecam więc wszystkim piosenki Teresy Werner, bo to wspaniała piosenkarka. I pamiętajcie: w rytm każdej piosenki da się zrobić loda.

Tomasz Szypułka

Tomasz Szypułka

(ur. 1990) – studiował z różnym skutkiem filologię polską, psychologię i filologię szwedzką, a obecnie krytykę literacką na UJ. Swą zawodową przeszłość wiązał ze Sztuką.pl (znaną szerzej jako Gazeta Antykwaryczna), portalem kursnakurs.pl, fundacją Magazyn Kultury i festiwalem OFF Plus Camera, a także innymi, mniej chlubnymi instytucjami. W wolnych chwilach Betel, Bomba, Rozrywki, ale w miarę to nauka mnie najbardziej kręci.