kulturakaraoke
ARTYKUŁY, RECENZJE | 24.02.2014

Piguła (D. Ugrešić „Kultura karaoke”)

Współczesność rozumiana przez Ugrešić opiera się na symulacjach i anonimowości (fundamentem kultury karaoke jest egzorcyzmowanie anonimowego ego za pomocą gry symulacyjnej). Gest odśpiewywania cudzego przeboju – w swojej (mniej lub bardziej) własnej, ale zawsze niedoskonałej i naśladowniczej aranżacji – powielany jest we wszystkich niemalże dziedzinach życia. Jego dwuznaczność polega na wyrażeniu szacunku do oryginału i jednoczesnym podważeniu jego wartości. To luksus składania nie swojego podpisu, a jednocześnie zachwyt nad własną równością wobec pierwotnego wykonawcy, odczuwaną ze sztucznym uśmiechem na ustach, najbardziej dziś widoczny w przestrzeni internetu, gdzie użytkownik „steruje wolnościową (czerwoną!) myszką”.

Społeczność Facebooka z dnia na dzień coraz mocniej uświadamia nam, jak pożądaną jest możliwość bycia zauważonym i jak niemożliwy do zaspokojenia jest ten rodzaj pożądania. Niewyczerpana próżność obecna w (zadomowionym już na osi czasu) człowieku XXI wieku pozwala bez problemu uwikłać go w nieprzytomny trans, kiedy to potwierdza on/ona/ono ważność swojego podpisu poprzez ilość klikniętych pod nim „lajków”. Lęk przed odejściem z tego świata zapomnianym wydaje się wręcz dominować nad lękiem przed odejściem z tego świata w ogóle. Nie na darmo Ugrešić porównuje portale społecznościowe do rodzaju konserwujących trumien, które pozwalają za życia napisać sobie nekrolog. A to jak wiele znaczyć może podpis oraz to, że trwały status gwiazdy popu (o którym wszyscy marzą) przysługuje tylko nielicznym potwierdziła grupa The Prodigy, kiedy w 2008 roku, zapowiadając nową płytę, wypuściła bardzo, bardzo dużo mówiący singiel o prostym tekście: „We are the Prodigy, invaders must die!”

Jeśli wziąć pod uwagę esej jako gatunek i umieścić na tym tle rozumowanie autorki Kultury karaoke, rzeczywiście ta forma wypowiedzi może być bardzo na miejscu. Przecież trudno sobie wyobrazić współczesny esej bez jego charakterystycznej cechy diagnozującej. Uznanie, o które walczy modelowy uczestnik karaoke jest właściwie uznaniem dla głosu i udziału swojej osobowości w jakimś znanym przeboju. Przyjmując zatem szkolną wytyczną, iż piszący takowy wywód choć trochę wierzy i zgadza się z tym, co w tekście, eseistyczna teza najbardziej pasuje do dzisiejszego obrotu słowem oraz prawdą, kiedy sto tysięcy głosów wyraża zasadniczo jeden temat. Ile więc prawdy kryje cieniutka, aczkolwiek sążnista książeczka Dubravki Ugrešić?

Prawdy tyle, ile jest w stanie przyjąć europejska próżność, ponieważ chorwacka profesorka dosyć mocno przechyla wagę głównych współczesnych czynników kulturotwórczych na rzecz Azji. Zabawka, jaką jest maszynka do karaoke (z japońskiego dosłownie: „pusta orkiestra”) stanowi według niej najbardziej znamienną ilustrację współczesnej relacji człowieka z kulturą, z językiem, wspólnotą. Karaoke nie do końca potwierdza demokratyczną ideę, że każdy może, jeśli chce, raczej każdy chce, skoro może – od takich tez zaczyna się cieniutka książeczka z niebieską okładką. – „Ja” stało się nudne i należy teraz do innej kultury (…) Nowoczesna technologia radykalnie naruszyła strukturę tekstu (literackiego, wizualnego, filmowego, telewizyjnego) i dotychczasowy stosunek sił na korzyść odbiorcy. Nie sposób z tym polemizować, przynajmniej na razie.

Bezlitosne są analogie, za pomocą których autorka obnaża mechanizmy dzisiejszej kultury. Właśnie czerwony kolor, tak bardzo demonizowany w oficjalnym obiegu, wydaje się w karykaturalny sposób wszechobecny. Komunizm doszedł do władzy dzięki Wielkiej Rewolucji Październikowej i poniósł klęskę. Ale ideały komunistyczne („Technika w ręce narodu”, „Kultura w ręce narodu”) odrodziwszy się z popiołów, znalazły urzeczywistnienie w Wielkiej Rewolucji Digitalnej. Ugrešić przybliża nam sylwetkę artysty-amatora. Ukazuje jak wraz z podupadaniem robotniczych centrów kulturalnych i uniwersytetów ludowych ich miejsce zajmowały wynalazki z Zachodu. Z Zachodu, którego oczy skierowane były na daleki Wschód. Tam powstała i rozprzestrzeniła się dzięki popularności mangi, anime i gier komputerowych kultura fanów. Wykształciła nowy rodzaj człowieka, a przede wszystkim – nowy rodzaj odbiorcy kultury.

W kwestii fana Ugrešić dochodzi do bardzo ciekawej konkluzji. Zaczynając wywód od skojarzenia z powieścią Bradbury’ego 451 stopni Fahrenheita, gdzie świat przyszłości pozbawiony jest literatury, a w lasach „zbuntowani” tworzą wspólnotę miłośników książek, z których każdy zna jedną na pamięć – przenosi się do Moskwy lat osiemdziesiątych, kiedy to, podobnie jak znaczna część tamtejszej inteligencji, czytała Zamiatina, Orwella, grywała w szachy i fascynowała się kulturą podziemną. Bradbury był dla niej po prostu jednym z krytyków totalitaryzmu, choć sam po latach stwierdził, że takie czytanie jego książki jest błędne, że chodziło mu po prostu o totalitaryzujący wpływ telewizji wypierającej literaturę. W każdym razie zarówno autorka, jak i bohaterowie antyutopijnej powieści oraz przyjaciele z Moskwy to… fani. Spotykając się, tworzą konwent, w skrócie „con”, a ich wspólnota to fandom. Dla ludzi spoza towarzystwa są fanbasem, cennym źródłem materiałów, opiniotwórczym autorytetem. W obrębie fandomu mówi i mówiło się fanspeakiem.

Dosyć ciekawe efekty mogłaby przynieść próba zanalizowania w podobny sposób mitologizowanej w Polsce Solidarności i innych grup opozycyjnych z czasów PRL-u. Można wyobrazić sobie natężenie oburzenia, które by temu towarzyszyło. Jednocześnie od razu przychodzi na myśl nowe oblicze kategorii wzniosłości nadawanej tym fanom, których działalność ma lub miała konsekwencje polityczne. Czyżbyśmy zatem mieli do czynienia z lepszym lub gorszym karaoke?

Właściwe rozprawienie się z wszechobecnością fana jest dosyć kłopotliwe. Być fanem i członkiem fandomu to znaczy stać się ekspertem. Każdy fan filmu Planeta małp, na przykład, zwłaszcza ten, który pretenduje do tytułu Big name fana (najlepszy ekspert, inicjator, przywódca fandomu), wie, że ojcem jego fandomu jest Pierre Boulle i jego powieść La Planete des singes wydana w 1963 roku. Ambitny fan z tego powodu nauczy się francuskiego, pojedzie we właściwe miejsce i dowie się wszystkiego co potrzebne o autorze powieści. Fan nadal będzie wiele razy oglądał filmową adaptację w czterech odcinkach w reżyserii Franklina J. Schaffnera. Tak skonstruowana dwupoziomowa „piramida” w zasadzie bardzo kusząco prezentuje model, jaki przyłożyć można do wszystkich niemalże dzisiejszych odbiorców kultury. Jeśli znowu posłużyć się przykładem tej nieszczęsnej, mitologizowanej krajowej opozycji – ci, co uczyli się rosyjskiego i przekładali teksty Okudżawy bądź czytali po angielsku/francusku zachodnie pisma niewątpliwie zaszli dalej od często bardziej ofiarnych, ale jednak wciąż zasłuchanych jedynie w Wolnej Europie i Kaczmarskim „fanów”.

Wreszcie Ugrešić dochodzi do wątku literatury karaoke. Jest ona niczym innym, jak tylko nieustannym dopisywaniem alternatywnych wątków i przygód do ubóstwianych przez fanów dzieł. Tu już zupełnie można wpaść w obłęd, zwłaszcza uczestnicząc w polskiej kulturze, gdzie powtarzające się postaci narodowych męczenników nieustannie przewijają się w utworach poszczególnych trudnych epok. Bo choć dziś doskonale radzi sobie gatunek zwany fan fiction, który opiera się właśnie na ciągłym powielaniu i poszerzaniu ulubionych dzieł przez anonimowych fanów, treść eseju przenosi ten system na całość literatury. Dowodzi, że już tylko blurby przypominają o kanonicznych mistrzach mających w heroiczny sposób pogodzić dzisiejsze pisarstwo z dawnym. Vladimir Nabokov, dajmy na to, jest w szczególnej cenie, znajduje się na samym szczycie listy nazwisk nadających się do wykorzystania w blurbach. A skoro dzisiaj tak wiele współczesnych książek oraz ich autorzy są jak Nabokov i jego książki, to znaczy, że kultura stała się kulturą karaoke – pisze Ugrešić o „barbarzyńskim” traktowaniu kanonu, co bynajmniej nie jest niczym nowym. Od pokoleń przecież kolejne masy uczniów, studentów, a nawet profesjonalnych artystów testują wytrzymałość kolejnych „wielkich” dzieł. Cała wesoła niższość literatury popularnej, jej charakterystyczna terminologia, cała kultura z nią związana także niczym nie zaskakuje, oprócz wszechobecnej skrótowej angielszczyzny. Jednakże dzisiejszy podział na poważne i niepoważne pisarstwo zaciera się, a w tych „resztkach”, które wciąż uchodzą za wysoki rodzaj literatury, najistotniejsze trendy opierają się na swoistym „regresie”, wariacji na temat rozmaitych elementów popkultury czy życia mas. Zjawisko kanonicznego „barbarzyństwa” przechwytuje zarówno to, co popularne, jak i to, co rości sobie pretensje do bycia awangardą.

I właśnie w ostatnim rozdziale esej, pisany w raczej pogodnym, choć ironizującym tonie, nabiera zasadniczo gorzkiego wydźwięku. Bo choć we wcześniejszych fragmentach Dubravka Ugrešić ze stoickim spokojem opisuje poszczególne analogie rozciągające się na kulturę całego globu, ujarzmia antysowiecki dyskurs neoliberalizmu, odpowiada na strach przed globalizacją i tezy o upadku narodowych kultur, finał rozważań może przytłoczyć. Oto bowiem dowiadujemy się, że zastana rzeczywistość jest wytworzoną przez nas samych postacią wolności, gdzie prym wiedzie wolność imitacji. Naszą pozycję autorka nazywa „utknięciem w beczce śmiechu”. Rozpaczliwe próby zaznaczenia swojej obecności w zdziecinniałej rzeczywistości, nieustanne fingowanie ukojenia, nieumiejętność odzyskania bezpośredniego kontaktu z życiem – wszystko to stanowi rodzaj więzienia, pułapki, w jaką dała się złapać ludzkość. Pod pozornie kolorową powierzchnią ukrywa się surowy świat, gdzie jedyną możliwą, autentyczną wolą jest wola przetrwania. Tu również znalazłoby się doskonałe uzupełnienie muzyczne, bardzo w duchu karaoke cover zespołu Sham 69 – Kids Are United w wykonaniu Atari Teenage Riot.

Jeśli więc poddać krytyce ten sposób rozumowania, wydawać się może, że chorwacka pisarka nawiązuje do znanej z Nietzschego koncepcji „ostatniego człowieka”. On to dawkuje sobie nieco trucizny kiedy niekiedy. Od czasu do czasu trochę trucizny: to darzy słodkimi snami. A w końcu dużo trucizny, aby mile zemrzeć umrzeć (cytat za Slavojem Žižkiem, patrz: S. Žižek, Kariera żywych trupów – komputerowa iluzja demokracji). W ten oto sposób da się uchwycić wspomnianą wcześniej anonimowość zespoloną z symulacją. Być może najistotniejsza jest tu jednak postać owej symulacji, którą z kolei uwydatniałby fragment wspomnianej już powieści Zamiatina My:

Każdemu równaniu, każdej formule w świecie powierzchni odpowiada krzywa lub ciało. Nie znamy jednak ciał, które odpowiadałyby formułom irracjonalnym, urojonym, mojemu √-1, nigdyśmy takich nie widzieli… Ale najstraszniejsze jest to, że takie ciała – niewidzialne – istnieją, niechybnie, nieuchronnie muszą istnieć: bo w matematyce, jak na ekranie, jawią się przed nami ich niedorzeczne, złośliwe widma – formuły irracjonalne; ani matematyka, ani śmierć – nie mylą się nigdy. Skoro zaś tych ciał nie widzimy w naszym świecie, na powierzchni, istnieje dla nich – niechybnie musi istnieć – cały ogromny świat tam, pod powierzchnią…

Działanie karaoke to typ pierwiastka ujemnego, którego fizyczna postać została na przestrzeni lat właściwie rozmyta. Jego obecność, a właściwie władza, jest jednak tyleż niewątpliwa, co, wydawać by się mogło, niezbędna. Tzw. „wartości urojone” mają zastosowanie w elektrotechnice, która (także w omawianej książce) jest kluczowa, jako główny dziś sposób rozprzestrzeniania się kultury. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że tak widziana egzystencja ludzka jest w jakiś sposób przez elektryczność ujarzmiona, zredukowana, poddana jej dyktaturze.

To również dzięki Zamiatinowi wiemy, że wszyscy mamy swoich Dobroczyńców. Wszechobecny Facebook poddający swojego użytkownika rozmaitym sugestiom, przejmujący stopniowo coraz większą władzę nad jego aktywnością życiową, redukujący istnienie do gromadzenia „lajków”, tzn. aktów dobroci, chwil zaistnienia, a także pośredniczące we wszystkim i uzależnione od prądu komputer, telefon, tablet – wszystko to wygląda na dzisiejsze zupełne oderwanie człowieczeństwa od świata natury, który – jak po wybuchu wielkiej bomby – usunięty został na absolutny margines. Ludzkość zatonęła w ogromie hermetycznych, immanentnych relacji, z których w żaden sposób nie potrafi się wyzwolić.

Eseje współczesne, zwłaszcza te o apokaliptycznym wydźwięku, radykalnie stawiają na baczność swoich czytelników, czego trudno nie uznać za pozytywne, ale czego również nie należy przeceniać, zapominając, że snucie podobnie czarnych wizji jest swego rodzaju konwencją (choć tutaj nie do końca widoczną). Obserwacje chorwackiej pisarki należą do dosyć odważnych i przenikliwych, tym bardziej że zostały poczynione z perspektywy osoby egzystującej niegdyś po obu stronach żelaznej kurtyny, co w tym kontekście jest bardzo istotne. Wypełnia je także bardzo silny dyskurs wspomnieniowy mogący właściwie stać przedmiotem oddzielnej książki. Lektura Kultury karaoke w dzisiejszych czasach jest istotna, choć wydawać się może też, że spóźniona. Błyskotliwość tego wywodu jawi się błahostką wobec wizji świata, jaką kreśli oraz, przede wszystkim, diagnozy naprawczej, której nie sposób w wyrazisty sposób postawić. Wielu bowiem zauważa problemy współczesności, ale czy można je jakimś sposobem uleczyć? Fanatyzmy „uzdrawiające” szalejące dziś na całym świecie pokazują, że to wszystko nie jest łatwe do zrozumienia, a szczególnie – bezbolesne.

 

Kultura karaoke

Dubravka Ugrešić

Korporacja Ha!art

Kraków 2013

Liczba stron: 104

Konrad Janczura

Konrad Janczura

(ur.1988) - akademicki rozbijaka o różnorakiej opinii. Lubi książki i muzykę, pisze naraz o jednym i o drugim. Autor opowiadań, w Ha!arcie prowadzi cykl "Kresy nie istnieją".