zawada
RECENZJE | 02.12.2013

„Pierwsze było jajko i kura” („Świetne sowy” Filipa Zawady)

Lepiej być człowiekiem czy kogutem? Można też wprowadzić dodatkowe alternatywy sowy, nietoperza i gołębia. Nie żartuję, podobnie jak żartów nie stroi sobie Filip Zawada. Tom Świetne sowy poddaje pod rozwagę takie właśnie kwestie. I wiele innych, między innymi – elektronicznych.

Zawada jest artystą kapryśnym, nie zadowala go jedna formuła wyrazu; lawirując pomiędzy działalnością poetycką, pisarską, fotograficzną, blogerską, performerską, muzyczną, reżyserską, aktorską (wariantów, mniej spektakularnych, może być więcej), dąży – jak się wydaje – do ekspresji totalnej. Owocem ambicji wielkiego kalibru jest jego najnowszy tomik, w którym autor pisze o… wszystkim. Zamaszyste zamierzenie, zwykle skazujące dzieło na pobyt w literackim czyśćcu (za grzech patetyczności, za niekonkretność, za „przekombinowanie”), w tym przypadku skutkuje zadowalającym efektem. Na „wszystko” zarzucane są sieci, kopane wilcze doły, gdyż przypuszczenie otwartego ataku skończyć się musi kapitulacją. „Wszystko” nie udzieli otwartego wywiadu, trzeba je śledzić wytrwale, jak paparazzi, by wreszcie przyłapać na gorącym uczynku – bez makijażu i fałszywej pozy, naturalne.

Zamiast zamachu z motyką na słońce, Zawada funduje więc czytelnikowi wycieczkę na polską prowincję, by w tutejszym mikroświecie obserwować kosmiczne zawirowania (Przemoknięte do majtek. / Zjawiska nieba dotykają ziemi – s. 8). Koguty, gołębie, dzwony wiejskich kościołów, zupa ogórkowa, ale też sprzęt Hi-fi i elektrownia są świetnymi [sic!] przywodzicielami metafizyki. Żeby to dostrzec, trzeba jednak nagiąć percepcję, wyprząc ją z tradycyjnych schematów, co autor wyraźnie sugeruje już w otwierającej zbiór miniaturce: Patrząc na słońce, / patrzę, jak ziemia się przekręca (s. 5). Nie dość, że rezygnuje się tu z konwencjonalnego, antropocentrycznego spojrzenia, według którego to słońce wędruje po nieboskłonie, to jeszcze otwierająca się w ten sposób perspektywa prezentuje świat w agonii. Katastroficzna wizja zaklęta jest w niepozornym i kolokwialnym określeniu „przekręcać się”, tak jak większość tajemnic świata – zdaje się sugerować Zawada (kolejny jaskrawy tego przykład: Robaki nie ruszą kwaśnego. / W mojej okolicy ludzie / z reguły są zasadowi albo obojętni – s. 33). Więc tak: radykalne „wykręcenie” percepcji plus wizje katastrofy w skali mikro.

,,Obsesja eschatologii”, chciałoby się napisać, ale popełniłoby się wówczas nadużycie. W Świetnych sowach rzeczywistość pośmiertna, jak też sprzężona z nią religijność chrześcijańska, istnieje, lecz nie daje żadnej nadziei czy poczucia sensu. Chrystus odpowiada na listowną prośbę (modlitwę) o cud wymijająco, jak przebiegły urzędnik: Widzi Pan ten list, który Pan czyta? Czy to nie jest cud? Niby list, a niby cud. / W Pańskiej intencji zrobiłem dzisiaj tysiąc jeden pingwinów orgiami. Wierzę, że to poprawi Pański nastrój (s. 51); zaś przyjęcie opisywanej wyżej podejrzliwej perspektywy zamienia Dekalog w brzmiący złowrogo ciąg imperatywów: 1. Nie będziesz miał. / 2. Nie będziesz. / 3. Pamiętaj […] (s. 45). Wiszące w powietrzu bluźnierstwo wreszcie zostaje wyartykułowane wprost: Religię wymyślili ludzie. Jeżeli ich nie zrozumiesz, to nigdy nie zrozumiesz podstawowej jej części. Podstawowej, bo to jedyny jej fragment, który można wyjaśnić słowami (s. 50). Rzeczywistością, z którą konfrontacja przynosi prawdę o człowieku (Na pogrzebach człowiek się cofa. / Cofa się do życia – s. 40), nie jest zatem zaświat, ale proces biologicznego rozkładu.

Stąd już blisko do nihilizmu, w który podmiot utworów jednak się nie osuwa. Po pierwsze, Człowiek ma dla niego wystarczającą wartość, by odrzucenie wyższej, duchowej instancji nie wpędzało w rozpacz. Po drugie, religia (podobnie jak magia, numerologia; gematria i nomen omen) wciąż z/dla człowieka istnieje, wprowadzając ład w otaczający go chaos bytu. Po trzecie, obsesyjnie powracające w Świetnych sowach obrazy owadów wgryzających się w truchło przynoszą nieoczekiwany aspekt optymistyczny. Gnostycka wizja nieustannej cyrkulacji materii, roztopienia się w przyrodzie (Nad ranem zamykam nieszczelne okna. / Przed owadami. / Któregoś dnia i tak nas zeżrą, ale nie dzisiaj. / Dzisiaj się nie poddamy, / chociaż część naszej krwi już w nich jest. / Każdy jest w każdym – s. 30), współgra z wcześniej zdiagnozowanym poczuciem istnienia prawdy hermetycznej, wykraczającej poza tradycyjny system rozumowania.

Zawada silnie inspiruje się filozofią Wschodu, lecz aplikuje ją do rodzimego kręgu kulturowego. Stąd szereg kontrastowych zestawień, jak kur piejący nie trzy, a – na szczęście – siedem razy; jak dylemat, czy cmentarze są feng shui, a jeżeli nie – czy można na nich odpoczywać w spokoju. Tym samym dochodzimy do dominanty kompozycyjnej całego zbioru (bo z pewnością nie można bezpiecznie nazwać tomem wierszy tego zestawienia – pozbawionych tytułów – skrzydlatych myśli, fingowanych listów, wariacji na temat katolickich formuł, passusów prozy poetyckiej, naiwnych definicji, ilustracji, itd.), jaką jest buddyjska zasada koanu.

Konstrukcja kolejnych fragmentów w oparciu o paradoksalne pytania, zapętlenia wokół jednego motywu, naiwne definicje i nieoczekiwane arbitralne odpowiedzi na dręczące ludzkość od wieków problemy zyskuje uprawomocnienie w cytacie: Twój koan na dziś: napisz za pomocą ani jednej litery piętnaście wyrazów, które oznaczają czerwień, biel i czerń (s. 22). Odtąd wiemy, że szaleńcza niemożność wyjścia poza wers, zrealizowania zadowalającej frazy, wynika z innych niż u skądinąd podobnego pod tym względem Tkaczyszyna-Dyckiego pobudek. Zawada nie grzęźnie w niemocy, ale realizuje konkretną strategię, pozwalającą dociec prawdy poza logiką; tekst nie służy tu zatem zrozumieniu, ale – by tak rzec – zespoleniu się z duchem treści.

Pomysł ten, choć egzotyczny, nie jest polskiej literaturze zupełnie obcy. Wystarczy przypomnieć sobie powody, dla których bohater Stasiuka jeździł do Dukli i pisał książkę o świetle – najdoskonalszym emblemacie wieczności. Jego uporczywa mania analizy, rozbijanie elementów rzeczywistości na coraz to mniejsze części składowe, które – gdy się im przyjrzeć – wykazują nieoczekiwane, głębokie znaczenia, zostaje skontrowana przez poetę poprzez kwestionowanie oczywistych struktur myślowych i konstruowanie paradoksalnych ciągów logicznych, których zrekonfigurowane elementy opalizują nowymi sensami. Zarówno Stasiuk, jak i Zawada swoim adwersarzem czynią religijny folklor, obaj perwersyjnie w nim rozkochani ocierają się o herezję, obaj robią to, by nie popaść w szaleństwo (Ile pytań należy zadać, żeby nie zwariować? / Ile pozornych pytań należy zadać, żeby nie zwariować? – s. 11).

Rozciągnięta między znakiem pierwszych chrześcijan (schematyczna ryba na pierwszej stronie okładki) a flagą Polski (tył okładki), przetykana frapującymi rysunkami kogutów zadeptujących całą widoczną w kadrze połać przestrzeni lub skonsternowanych wobec narysowanego na ziemi (magicznego?) koła – propozycja literacka Filipa Zawady jest jedną z najciekawszych prób nie tylko zdiagnozowania, ale także przezwyciężenia kryzysu, z jaką polski czytelnik miał do czynienia na przestrzeni ostatnich lat. Dwudzielność kompozycji, choć rzeczywiście zaniża wartość drugiej części zbioru, dowodzi, że praktyka koanu przyniosła oczekiwany rezultat i można wspiąć się na jeszcze wyższy poziom wtajemniczenia, gdzie słowa są coraz bardziej zbędne, a jabłko jest niczym innym jak czarnym tunelem ze światełkiem na końcu. Oczywiście – z perspektywy robaka, która jednak po tak intensywnym przeżyciu lekturowym i treningu percepcji staje się dla czytelnika – jeśli nie bliższa – atrakcyjniejsza niż ludzka.

 

Filip Zawada

Świetne sowy

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 75

Malwina Mus

Malwina Mus

(ur. 1987) – doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Zainteresowana związkami literatury z popkulturą – bada działalność Marcina Świetlickiego, chętnie zajmuje się krytyką literacką, okazjonalnie także muzyczną.