• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 31.08.2020
Pierścień Arabelli („Mogę cię zniszczyć”)
Recenzje | 31.08.2020

Pierścień Arabelli („Mogę cię zniszczyć”)

Młoda kobieta, odziana w skórzaną kurtkę, kusą sukienkę i buty na obcasach, próbuje o własnych siłach dotrzeć po imprezie do wynajmowanego mieszkania. Odurzenie narkotykami i alkoholem znacznie utrudnia jej to zadanie. Nieskoordynowane ruchy sprawiają, że po drodze gubi klucze, potem telefon; przez cały czas ledwo utrzymuje się na nogach. Kilkuminutowa scena wywołuje we mnie dyskomfort graniczący z zażenowaniem. Tak właśnie wygląda igranie z ogniem, myślę. Albo ze stereotypem ofiary, która zasłużyła na swój los – zdaje się odpowiadać Michaela Coel.

Twórczyni serialu Mogę cię zniszczyć – bo o niej mowa powyżej – to trzydziestodwuletnia Brytyjka ghańskiego pochodzenia. Publiczności na Wyspach dała się poznać jako aktorka, scenarzystka, wokalistka, autorka tekstów piosenek, wierszy i dramatów, uhonorowana między innymi statuetką BAFTA za scenariusz serialu Chewing Gum oraz Nagrodą im. Laurence’a Oliviera – najbardziej prestiżowym wyróżnieniem teatralnym w Wielkiej Brytanii. Pewnego razu wybrała się ze znajomym do klubu, gdzie ktoś dosypał jej czegoś do drinka i wykorzystał. Nie ją jedną – jak pokazało dziennikarskie śledztwo przeprowadzone przez BBC, tylko pomiędzy 2015 a 2019 rokiem w Anglii i Walii odnotowano ponad dwa i pół tysiąca tego typu zgłoszeń. Kobiety stanowiły siedemdziesiąt dwa procent wszystkich pokrzywdzonych. Kolejne dwa i pół roku po tym wydarzeniu Coel określa jako mroczny, a zarazem katartyczny okres w życiu – tyle czasu zajęło jej bowiem przepracowanie swojej historii. Za sprawą dwunastoodcinkowego komediodramatu, powstałego w oparciu o blisko dwieście draftów, tę właśnie historię poznał cały świat. 

Różowowłosa Arabella (w tej roli Coel, odpowiedzialna także za scenariusz i wspólnie z Samem Millerem reżyserująca serial) to ciesząca się popularnością influencerka, okrzyknięta „głosem pokolenia milenialsów”. Osiągnięty sukces zawdzięcza ona raczej szczęściu niż ciężkiej pracy czy wielkiemu talentowi. Presja wydawnicza towarzysząca pracy nad nową książką bardziej dziewczynę przytłacza, niż motywuje, a imprezowy styl życia w połączeniu z zamiłowaniem do używek nie ułatwiają rzetelnego wywiązywania się z obowiązków. W sposobie kreowania tej postaci już na samym początku uderza coś innego: znacznie łatwiej ją potępiać, niż z nią empatyzować.  

Potencjał Mogę cię zniszczyć, ujawniający się w kilku pierwszych odcinkach, drzemie w nieustannym balansowaniu na granicy: pomiędzy byciem wyzwoloną a byciem skrzywdzoną. Gotowce myślowe, właściwe kulturze gwałtu, w której wszystkie – wszyscy! – funkcjonujemy, uruchamiane są tu raz po raz i automatycznie podważane. Arabella (i nie tylko ona) prezentuje cały wachlarz ryzykownych zachowań. Z jednej strony: aż proszą się o surową krytykę. Z drugiej, o czym ani na moment w czasie seansu nie wolno zapomnieć (w pewnym sensie na tym polega rzucone widz(k)om wyzwanie), żadne z nich nie legitymizuje przemocy. 

Show must go on („The Morning Show”)

 

Pomimo zbliżonej tematyki, Mogę cię zniszczyć wyraźnie odróżnia się od takich seriali jak Niewiarygodne, The Morning Show czy ostatniego sezonu Broadchurch. Dotychczas wykorzystywane strategie ustępują miejsca zupełnie nowym, nieoczywistym rozwiązaniom. Pojawiają się więc raczej fragmentaryczne obrazy, niejasne przeczucia, pojedyncze tropy niedające się złożyć w spójną całość, wreszcie: pokrzywdzona, do której stosunek można mieć co najmniej ambiwalentny. Rzadziej zaś epatowanie brutalnością samego incydentu czy prezentowanie traumy ofiar(y) w najbardziej oczywisty sposób. W przypadku Mogę cię zniszczyć sceny wizyt u terapeutki, spotkań z grupą wsparcia czy kilkukrotnych pobytów na komisariacie wydają się pełnić marginalną rolę w rozwoju fabuły – a jednak to właśnie w tych scenach najczęściej dochodzi do głosu dojrzałe, świadome „ja” bohaterki. Zwykle oglądamy ją w zupełnie innej odsłonie: intensywnie udzielającą się w mediach społecznościowych, nawiązującą interakcje z fanami czy realizującą pretensjonalny projekt duchowego samorozwoju. Mantra, którą układa dla samej siebie („Dzieci głodują, w Syrii toczy się wojna, nie każdy posiada smartfona”), ma pomóc jej spojrzeć na otaczającą rzeczywistość z szerszej perspektywy, zamiast skupiać się wyłącznie na doznanej krzywdzie. 

 Jeżeli chodzi o tak zwane życie uczuciowe, Arabella wikła się w dwa, na swój sposób skomplikowane i przemocowe, związki. Kolejno: z Biagio (Marouane Zotti), włoskim dilerem narkotyków, oraz Zainem (Karan Gill) – absolwentem Oxfordu, którego wydawnictwo zatrudnia, aby pomógł niesfornej autorce pokonać kryzys twórczy. Na co dzień towarzyszy jej dwoje wiernych – także czarnoskórych – przyjaciół: przebojowa Terry (Weruche Opia), próbująca swoich sił w zawodzie aktorki, oraz skryty Kwame (Paapa Essiedu), instruktor fitnessu i hiperaktywny użytkownik aplikacji Grindr. Obie te relacje zostaną w pewnym momencie poddane próbie – na jaw wyjdą fakty, w obliczu których konieczne stanie się postawienie niewygodnych pytań: choćby o to, gdzie przebiegają granice wzajemnej lojalności, na czym polega współodpowiedzialność za zadane bliskiej osobie cierpienie czy o to, jak się przejawia i czym grozi zmonopolizowanie roli ofiary. 

Fot. „Mogę cię zniszczyć”, mat. prasowe

W przeciwieństwie do recenzentki „The New York Times” nie uważam, by niezliczone ujęcia przedstawiające Arabellę „siedzącą na toalecie, z majtkami opuszczonymi do kostek” miały być świadectwem „niewymuszonej intymności” tej produkcji. Wręcz przeciwnie – to właśnie zatrważająco płytki stosunek do spraw związanych z intymnością i seksualnością, uwidaczniający się przede wszystkim w języku używanym do mówienia o nich, przeszkadza w poważnym traktowaniu tyleż sporadycznych co wzniosłych ekranowych przemów o klasie, rasie i płci. Owszem, troje głównych bohaterów to czarnoskórzy Brytyjczycy, którzy, pomimo życia w wielkim mieście, z przejawami rasizmu muszą mierzyć się na co dzień. Problem tkwi w sposobie przekazywania potencjalnie wartościowych, uświadamiających treści (patrz scena z wizytą u lekarza) – wywołująca irytację czy zażenowanie otoczka każdorazowo odwraca uwagę od sedna sprawy. 

Gdyby na moment zapomnieć o rzeczywistej genezie imienia bohaterki i skojarzyć je z dobrze znaną polskiej widowni historią o pewnej czeskiej księżniczce, można by wysnuć gorzki wniosek: Arabella 2.0 nie potrafi posługiwać się swoim pierścieniem. Albo inaczej: źle go używa, przez co traci on swą magiczną moc i staje się atrapą. To bowiem, co dzięki ryzykownej, oryginalnej formule na początku przyciągało uwagę, zostało przesadnie zmultiplikowane i w efekcie stało się nieznośne. Opowieść o przemocy – nawet, jeżeli klasyfikowana jako „komediodramat” – która nudzi, zamiast prowokować do myślenia, trudno uznać za udane przedsięwzięcie. 

Prawda wymaga wyjaśnień („Missoula”)

Naprawdę szkoda, że stosunkowo szybko i zupełnie niespodziewanie Mogę cię zniszczyć przeradza się w swoją własną karykaturę. Jeśli wierzyć temu serialowi, życie współczesnych zachodnich milenialsów kręci się niemal wyłącznie wokół seksu i imprez; większość z nich jest zatrważająco niezaradna, naiwna i oderwana od rzeczywistości; ich rozmowy ociekają infantylizmem i sztucznością; oni sami okazują się rozczarowująco niewiarygodni i przerysowani, a dotychczasowa niedojrzałość charakteryzująca ich zachowania niekiedy przeradza się w skrajną głupotę. Co więcej, do stanowiącej punkt wyjścia napaści seksualnej z odcinka na odcinek dołączają kolejne epizody z serii „przekraczanie granic” – prezentowane w hurtowych ilościach przypominają telewizyjną kronikę policyjną albo antyporadnik dla niefrasobliwej młodzieży. A miały przecież być opowieścią o wielu odsłonach tego samego, bardzo poważnego i aktualnego, problemu. Fabularne zaniedbania i rażące nieścisłości (SPOILER ALERT: opłakana sytuacja finansowa bohaterki kontra wydanie książki własnym sumptem), skrajnie nieudane retrospekcje (niewiarygodne sekwencje licealne, pretensjonalny odcinek poświęcony rodzinie), żenujące dialogi czy niezamierzona groteskowość niektórych scen (korepetycje z poetyki i nagle odzyskana wena twórcza) dopełniają dzieła zniszczenia. Zdecydowanie najwięcej krzywdy wyrządza tej produkcji finał – proponujący najpierw fantazję o zemście, później o przebaczeniu, zaś ostatecznie zadowalający się słodko-mdlącym przesłaniem w stylu: „no cóż, drogie dziewczęta, z kulturą gwałtu może i nie da się wygrać, ale przy odrobinie szczęścia można się w niej całkiem wygodnie urządzić”. Od „wojowniczki MeToo”, bo – jeśli wierzyć pełnym zachwytu głosom – z taką postacią mamy do czynienia, oczekiwałabym czegoś więcej niż happy endu, który w swej nieprzebranej naiwności jedynie utrwala status quo. Choć bitwę tę należy uznać za przegraną, wojna musi toczyć się dalej.