• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Nowości wydawnicze | 18.02.2019
Peter Pišt’anek, „Rivers of Babylon” (fragment)
  • Autor
  • Redakcja
  • ILUSTRACJA
  • fragmenty okładki
Nowości wydawnicze | 18.02.2019

Peter Pišt’anek, „Rivers of Babylon” (fragment)

Rácz w zamyśleniu gryzie końcówkę cygara. Jeśli chodzi o willę, on, Rácz, ma następujący plan.

Zaraz po wypuszczeniu ostatniego więźnia należy tam wysłać dobrego architekta i zebrać brygadę najlepszych robotników, żeby z zaniedbanej budy zrobić reprezentatywną siedzibę. Jego, Rácza, siedzibę! Z krytym basenem i tak dalej. Szczepan ożywia się: Szef chce powiedzieć, że będzie osobiście mieszkać w willi?

Właśnie tak! mówi Rácz. Willa jest przestronna i wygodna. Czy Szczepan wie, w jakim stylu została zbudowana? Kubistycznym. Niech sobie to Szczepan

zapamięta! Kubistycznym! Rácz uśmiecha się dumnie i puka w czoło. Czasem warto zajrzeć do książek! Ale żeby nie przeciągać: z willi jest wspaniały widok na całe miasto. Widać wszystko jak na dłoni. On, Rácz, się ożeni i przeprowadzi do willi. Ma już dość mieszkania w hotelu, jedzenia po restauracjach. On, Rácz, chce mieć swój własny dom!

Rácz przerywa mimo gorliwego potakiwania Szczepana. Milczy i pali cygaro. Po co właściwie temu prostakowi tłumaczy swoje zamiary? On, Rácz, ma wokół siebie wielu takich ludzi. Ludzi, którzy bacznie śledzą każdy jego krok, żeby pochwycić najdrobniejszą zmianę jego nastroju. Rácz zaciąga się cygarem i siada przy biurku. Jest to jednocześnie i przyjemne, i nieprzyjemne.

                                                                    ***

Kikut odciętego palca goi się prawnikowi raz-dwa. Nad biurkiem w swoim gabinecie ma zawieszo ną poobijaną menażkę. Tak mu nakazał szef, Rácz. Żeby zawsze mu przypominała jego, prawnika, pobyt w więzieniu.

Swojego postępowania prawnik szczerze żałuje. Bez krztyny fałszu czy obłudy przyznał, że robił źle i na przekór Ráczowi. Sam nie wie, skąd to się wzięło. Może żałować, że nie przyszło mu do głowy wcześniej, żeby połączyć siły z potężnym palaczem. On, prawnik, powinien sobie zdawać sprawę, że ten mężczyzna nie jest byle kim, ale ma wielkie ambicje! Gdyby zorientował się wcześniej, byłby teraz w lepszej sytuacji. Obecnie musi się on, prawnik, zadowolić pozycją drugiego zastępcy Rácza. Pierwszym jest ten prostak, półpedał Urban. A przy tym jest nikim, żadnych szkół nie skończył. Jebane liceum plastyczne. Ale on, prawnik, musi przyznać: Video-Urban jest zdolny i pełen zapału. Jako pomocnik Rácza obleciał wszystkie najważniejsze miejsca w mieście, w których zostawił drogie prezenty od palacza, błysk swojego uśmiechu i długo utrzymujący się zapach męskich perfum Fahrenheit. Rácz nie musiał nawet nosa wystawiać z hotelu Ambassador, a dzięki Urbanowi stał się znaną osobistością: człowiekiem, z którym każdy, kto chce coś w tym mieście znaczyć, powinien się liczyć.

 

Prawnik radzi mu z kolei: Zaraz po tym, jak Rácz zostanie właścicielem hotelu Ambassador również na papierze, musi nawiązać kontakty z przedstawicielami najbardziej wpływowych partii politycznych. Powinien ich po kolei zapraszać do hotelu. Najlepiej na biznesowe śniadania: to jest teraz modne i nie zabiera zbyt wiele czasu. Rácz przystaje na to, choć z ciężkim sercem. Nie wie, o czym z tymi brodatymi przywódcami socjalistycznej, narodowej, ludowej czy Bóg wie jeszcze jakiej demokracji miałby rozmawiać. On, Rácz, w dupie ma politykę! On, Rácz, uważa, że każdy powinien sprzątać swoje gówno sam. Prawnik wyjaśnia, że Rácz nawet nie będzie musiał z nimi rozmawiać. Jest bogatym właścicielem hotelu i biznesmenem. To przywódcy polityczni będą sobie strzępić języki. To oni będą chcieli, żeby im Rácz pomógł sfinansować kampanię. Rácz będzie musiał tylko zjeść śniadanie. Jest na wygranej pozycji.

Rácz nie sprawia wrażenia przekonanego, jest raczej nieufny i mocno powątpiewa w to, co mówi prawnik. Stara się tego po sobie nie pokazywać, siedzi prosto, a jego stalowoszare oczy patrzą przed siebie. Ale prawnik już się nauczył rozpoznawać mowę ciała Rácza. Zaciśnięte pięści i dolna szczęka niezauważalnie wysunięta do przodu – to wszystko oznaki wewnętrznej walki, którą toczy ze sobą Rácz.

Pomoc obiecamy każdemu, radzi prawnik.

I każdy ją otrzyma.

Rácz wpatruje się w niego. Każdy? pyta niezadowolony. Każdy, kto będzie miał szansę zostać wybranym w wyborach, poprawia się prawnik. Damy trochę lewicy i trochę prawicy. Trochę wierzącym, trochę ateistom. Nie możemy zapomnieć o ekologach. Ani o narodowcach. A co z Węgrami? pyta Rácz ze złością w głosie.

Im też damy! śpieszy z odpowiedzią prawnik. Po wyborach wszystko się nam zwróci. Ktokolwiek by wygrał, zrobi to z naszą pomocą. I ta pomoc zaprocentuje. Życie nie toczy się w próżni!

Rácz słucha w milczeniu. Jest uparty, ale też ciekaw nowych możliwości. I ty myślisz, że to dobry pomysł? pyta z wahaniem.

Prawnik uśmiecha się promiennie. W dzisiejszych czasach bez polityków ani rusz, mówi. A jak ktoś myśli, że można przed polityką uciec, szybko się przekona, że polityka go sama znajdzie, dodaje mądrze.

Rácz uśmiecha się. Pomysł prawnika mu się podoba. Nigdy wcześniej nawet nie przyszło mu do głowy, żeby zajmować się polityką. Polityka to oszustwa panów – wie to od zawsze. Ale cóż, teraz i ja jestem panem, uświadamia sobie, po czym wstaje nagle i zapala cygaro, które mu od tego intelektualnego wysiłku zgasło. Tak, decyduje, od dziś polityka i on, właściciel hotelu, Rácz, będą nierozłączni!

***

Długo oczekiwany przetarg hotelu Ambassador odbywa się prawie nielegalnie w sali konferencyjnej Rady Miasta. Tej najmniejszej. Załatwił ją prawnik z pomocą słabo opłacanych urzędników i odpowiednich środków motywujących. Teraz siedzą z Ráczem i Video-Urbanem z założonymi rękami i wyrazem zadowolenia na twarzach. W pierwszych rzędach. Zatrudnieni przez Szczepana pracownicy Sekuritatii również się tu znajdują. Ubrani są w cywilne ciuchy, ale od ich okrągłych, wygolonych głów, które płynnie, bez żadnego spoiwa przechodzą w umięśnione tułowia, bije niebezpieczna czujność i niema groźba. Każdy, kto choć trochę orientuje się w stosunkach zachodzących w mieście, wie, że to będzie One Man Show z Ráczem w roli głównej.

Rácz w roztargnieniu przegląda program licytacji. Dziś poza losem hotelu Ambassador rozstrzygnie się też los domu handlowego, spożywczego giganta nazywanego dumnie Centrosmakosz, luksusowej restauracji Savarin i kilku drobnych przedsiębiorstw garmażeryjnych. Rácz patrzy na prawnika. Rozumieją się bez słów. Dziś jest ich dzień. Trzeba zgarnąć wszystko. Kiedy Austriacy pożyczają na jedną rzecz, pożyczają też na wszystkie pozostałe.

Nie ma wielu zainteresowanych. Prawie nikogo. Nie tylko dlatego, że przetarg udało się praktycznie zataić, ale głównie dlatego, że wszyscy w mieście wiedzą, że Ambassador należy do Rácza. Obecnych jest tylko dwóch potencjalnych kupców. Wieśniacy. Jakimś tajemniczym zrządzeniem losu dowiedzieli się o przetargu i przyszli. Pewnie też mają znajomego w Funduszu, tłumaczy prawnik zaniepokojonemu Ráczowi.

Na szczęście dwóm wesołym rolnikom ze wsi Žitný Ostrov wystarczy dobitnie wytłumaczyć, że wszystkim będzie bardzo miło, jeśli panowie będą się tylko przyglądać i przyjmą ten drobny finansowy dar w ramach odszkodowania. Rácz potrafi się odwdzięczyć tym, którzy są dla niego dobrzy!

Licytacja zaczyna się dokładnie o dziewiątej. Jako pierwszy ma miejsce przetarg na mniejsze obiekty w centrum miasta. Rácz nie jest nimi zainteresowany i łaskawie zostawia je wieśniakom. Ale kiedy nadchodzi kolej hotelu Ambassador, Rácz zaczyna się denerwować. Nie da po sobie niczego poznać. Siedzi nieruchomo, w wyluzowanej pozie, z nogą założoną na nogę. Stalowosiwym wzrokiem hipnotyzuje licytatora.

Cena wywoławcza to dziesięć milionów koron. Zero reakcji. Licytator musi po chwili przystąpić do aukcji holenderskiej. Stopniowo, dramatycznym głosem obniża cenę wywoławczą hotelu. W końcu hotel Ambassador zostanie własnością Rácza za pięć i pół miliona koron. Palacz z zadowoleniem patrzy na swoich współpracowników. Tyle możemy zapłacić gotówką, z sejfu w gabinecie, mówi do Urbana.

W podobny sposób Rácz kupi Centrosmakosza i Savarin. Ludzie Rácza siedzą spokojnie, w skupieniu. Przychodzi kolej licytacji domu handlowego. Rácz ma już co do niego pewne plany. Chce wynająć architekta i przerobić go na hotel i budynek administracyjny. W ten sposób będą obok siebie stać dwa hotele – bliźniaki. Jeden z nich zachowa oryginalną nazwę Ambassador,

a drugi będzie się nazywać, jakżeby inaczej, Hotel Rácz. Albo oba będą się nazywać Ambassador-Rácz. Numer jeden i numer dwa. Jeszcze się zastanowi.

Dom handlowy także zmieni właściciela w ramach licytacji holenderskiej. Łapówka w Funduszu Majątkowym opłaciła się. Za śmieszne cztery miliony koron budynek już należy do Rácza. Palacz się śmieje. Toż to sen, hétszentségét!

Pod koniec przetargu Rácz się czuje jak prawdziwy zwycięzca. Wszystko odbyło się legalnie, zgodnie z prawem. Już nigdy nie wróci do kotłowni ani za kierownicę traktora w pegeerze, uświadamia sobie i ukradkiem wyciera łzę spływającą po policzku.

Umowy kupna-sprzedaży są gotowe, kopię każdej z nich prawnik chowa do swojej skórzanej aktówki. Uzgodnienie odroczonej na kilka dni spłaty nie jest dla niego ani dla Urbana żadnym problemem: urzędnicy wracają do domów z grubymi kopertami w kieszeni, finansowym prezentem. Wszyscy są zadowoleni. I oni, i Rácz. Wszystko udało się załatwić dyskretnie, żaden dziennikarz nie będzie węszyć.

Obaj wspólnicy Rácza wpadają w euforię, jak po wypiciu kilku kieliszków wina. Twarze się zaróżowiły, oczy radośnie i z sympatią spoglądają na otaczający ich świat. Mężczyźni zachowują się głośno. Wszystko ich cieszy, wszystko jest radosne i wesołe. Chcą się bawić. Rácz zapala cygaro i studzi ich zapał.

Jeszcze nie wygraliśmy, mówi, wylewając tym samym wiadro zimnej wody na pluskającą fontannę radości. Hotel Ambassador jest nasz, tego nam nikt nie zabierze. Ale reszta obiektów jeszcze nie. Co, jak nie dostaniemy w Wiedniu kredytu? pyta i niemal z wyrzutem patrzy na rozemocjonowanego prawnika, radośnie zacierającego dłonie o dziewięciu palcach: to przecież on to wymyślił.

Sprawa jest już załatwiona! mówi prawnik. To pewne, rozumiesz, szefie?

Rácz wzrusza ramionami. On, Rácz, sam nie wie. Wygląda to dobrze, ale jeszcze nie czas na świętowanie, mówi. Widząc jednak, że mężczyźni posmutnieli, dodaje uspokajająco: On, Rácz, chciał tym jedynie powiedzieć, że gdy tylko wszystko się już załatwi na sto procent, on, Rácz, zorganizuje bal. Ale nie będzie to zwykły bal, ale największy, kurwa, bal w historii tego miasta!

 

Peter Pišťanek, Rivers of Babylon, przekład Olga Stawińska, fragment