cieplak6
RECENZJE | 13.11.2017

PATOLOGIA PRZEDMIOTU (A. CIEPLAK „LATA POWYŻEJ ZERA”)

Niedawno Anna Cieplak cieszyła się z przyznania jej Nagrody Conrada za najlepszy debiut literacki 2016, powieść Ma być czysto. Z chwilą, gdy odbierała statuetkę (i niemałą nagrodę pieniężną), w księgarniach można było już kupić jej drugą książkę. Czy jury Festiwalu Conrada wręczyłoby pisarce nagrodę, gdyby debiutowała Latami powyżej zera?

Młoda (rocznik ’88) autorka dwóch książek ma duże powody do dumy. Ma być czysto zgarnęło nie tylko Conrada – zostało również nominowane do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Gombrowicza i otrzymało tytuł Książki Roku Radiowego Domu Kultury Trójki (spróbujmy się jeszcze pooszukiwać, że ten tytuł nas obchodzi). Abstrahując od salonowych laurów, Ma być czysto to dobrze skrojona powieść o znojach, troskach i problemach Polski, o których najchętniej bym zapomniał. O gimbazie z jednej, a o rodzicach i opiekunach tej gimbazy z drugiej, bodaj jeszcze smutniejszej strony.

Lata powyżej zera to powieść poniekąd rozwijająca i kontynuująca temat z poprzedniej książki. Mamy tu znowu nastolatki zanurzone w mniejszej lub większej osiedlowej patologii, przenoszonej również spod trzepaka na Myspace i Gadu-Gadu, mamy nietrwałe, raczej toksyczne przyjaźnie, destrukcyjne niby-związki i gorące, ale smutne przemyślenia dorastającej dziewczyny. Oraz rodziców, którzy nijak nie potrafią przyłożyć tradycyjnych, nieoświeconych cyfrową technologią norm wychowawczych do nowo uformowanych dzieciaków.

Mamy również – i przede wszystkim – przesypujący się ze strony na stronę bałagan lat dziewięćdziesiątych. Całe to przykre, zmurszałe rekwizytorium Polski przełomu, które w ostatnich latach wszyscy chcą wspominać, cytować i wystawiać z odwagą Tadeusza Kantora. Trochę tak, jakby w gumie Turbo i rozklekotanych discmanach miała zachować się zapomniana jakość, sens, wiara albo sztuka, niegdyś pominięta, a dziś przywracana do życia.

W drugiej powieści śledzimy życie dorastającej Anity Szymborskiej, która wprowadza nas na swoje osiedle późnych lat dziewięćdziesiątych i początku nowego tysiąclecia. Mówimy tu o czasach, w których następowała wielka i powszechna wymiana starych przedmiotów na nowe, lepsze i bardziej kolorowe. Cieplak z natrętnością ocierającą się o fetysz wyciąga dziś już nieużywane, zapomniane rzeczy i zjawiska i wkłada je w ręce swoich bohaterów. Bohaterowie pożyczają więc sobie kasety Kalibra 44, nowych płyt słuchają głównie na standach w Empiku, a zamiast Fejsa wszyscy używają Gadu-Gadu.

Narracja powieści jest bardzo skokowa, jak z teledysku puszczanego na Vivie – Cieplak przewija nam sceny z życia bohaterki, nie oszczędzając jej przy tym wstydu. W jej historii jest wszystko, co możemy sobie wyobrazić na temat życia dorastającej dziewczyny, choć cynicznych uwag, dowcipów i przemyśleń narratorki nie spaja żadna istotna fabuła. Powieść opiera się raczej na historiach, historyjkach i refleksjach niż na linii czasowej, która prowadzi nas od punktu A do B. Syntezie wydarzeń nie sprzyja zresztą wybrana forma narracji – Cieplak oddaje głos, jakkolwiek humorystycznie to brzmi, Szymborskiej, która o swoim świecie opowiada bardzo zabawnie, nie bez nastoletniej naiwności, ale zarazem ze starczą wręcz przenikliwością.

To jednak, co świetnie wychodziło w Ma być czysto, tutaj czka i stawia opór. W debiutanckiej powieści narratorka, choć mówiła językiem swoich bohaterek, nie pozwalała sobie na przejęcie ich punktu widzenia – tutaj, gdy Szymborska zagarnia mikrofon, robi się nagle tak, powiedzmy… niezobowiązująco. A przy tym potwornie cynicznie.

Bo Szymborska cierpi na miliony chorób wieku i próbuje nas nimi zarazić. I chociaż czytając drugą powieść, śmiejemy się i bawimy przednio, trudniej jest nam wyciągnąć z tych młodzieńczych wrażeń cokolwiek, na czym oparlibyśmy swoje – pardon – starcze emocje.

Trzeba oddać Cieplak sprawiedliwość – narracja dojrzewa wraz z bohaterką. Sądzę jednak, że gdzieś w tym śmieszkowym, na pół poważnym tonie, pełnym uwag, powiedzonek i kontekstów z lat dziewięćdziesiątych, zgubiła się myśl przewodnia. I tym oto sposobem nawet gwałt staje się tu rekwizytem, w zaskakujący sposób „przemyconym”, żeby nie rzec, że przemilczanym. Być może jednak tak miało być? Być może autorka próbuje nam pokazać, że smutne i często przerażające życie polskiej dziewczyny, która próbuje komukolwiek – lub czemukolwiek – zaufać, może przeminąć bez echa i karmicznego zadośćuczynienia? Może już tylko ja wierzę w świat, w którym źli zostaną ukarani?

Zastanawia mnie jednak zdecydowanie pomniejszona rola rodziców. Opiekuni w pierwszej książce byli jedną ze stron, trudno było ich uznać za tło. Tutaj natomiast ojciec Anity sprawia zazwyczaj wrażenie niegroźnego głupka, matka natomiast jest niemal nieobecna, niewidzialna – owszem, coś tam mówi, ale Anita nie wchodzi z nią niemal w żadne interakcje. Rodzice są tu raczej częścią składową szarego osiedla. Patologie młodych rozwijają się w najlepsze w przygasających domowych ogniskach, na klatkach bezdusznych zamieszkałych brył i podmiejskich działkach. Granica między tymi młodymi a tymi starszymi jest tak duża, że opiekunowie stają się duchami, które z rzadka nawiedzają świat dzieci, aby za karę zabrać im zabawki albo opieprzyć za niską średnią. Bodaj tylko raz matka zderza swoje emocje ze światem córki, gdy okoliczności zmuszają ją do zamknięcia firmy. Wobec ojca Anita określa się natomiast zdecydowanie, gdy widzi, jak ten obłapia jej pijaną rówieśniczkę. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że dopiero w momentach krytycznych dwa światy zdolne są do zauważenia siebie nawzajem.

Jest tu kilka lub więcej wątków, które podobały mi się szczególnie, choćby relacja z babcią, która unosi przy tym głowę w stronę Matki Boskiej wiszącej na ścianie. W jej geście jest równocześnie czułość i brak powagi względem istoty boskiej. Taka jest wobec nas wszystkich od zawsze. Albo fragment o WOŚP, kiedy kwestującą Anitę rugają i nazywają „złodziejem” panizpanem (pisownia celowa). Bohaterka wpada w płacz, bo jest dzieckiem i nie rozumie, dlaczego obcy przechodnie tak źle ją nazywają. Dopiero dorosły kolega tłumaczy jej zawiłości polskiego życia: Oni czepiali się Owsiaka, nie ciebie. Jest w końcu Natalia Wąchała, najciekawsza chyba postać w książce, która wpada z nauczycielem geografii. Jest tu naprawdę wiele pomysłów, wiele wątków, ale większość z nich Cieplak zostawia w powijakach, cynicznie (i niesprawiedliwie) kwitując albo prześlizgując się tylko w żartobliwym stylu w stronę kolejnego gadżetu, następnego rekwizytu z lat minionych.

Męczy mnie to śmietnisko przedmiotów i zjawisk. Rozumiem konwencję, wiem też, że ostatnio nader często sięgamy do tego, co jeszcze niedawno nas bawiło, a o czym dziś już nie pamiętamy. Ale te stylizacje mają sens, gdy są tłem, a nie celem samym w sobie. Tutaj myśli Szymborskiej nieustannie orbitują wokół Vivy albo MTV, wokół Gadu-Gadu i glanów z namalowanymi korektorem kwiatkami, wokół Paktofoniki i gum Turbo, i wielu innych pięknych lub okropnych wspomnień z tamtych czasów. Trochę tak, jakby ogłoszono konkurs „Kto przypomni sobie więcej przedmiotów z najntisów i początku nowego tysiąclecia”. Być może to tylko i wyłącznie mój problem – na co dzień piszę o grach komputerowych, które na swój sposób cierpią obecnie na „powrót lat dziewięćdziesiątych” w postaci wszechobecnego i męczącego już pixel artu. Ta książka jest właśnie trochę takim pixel artem.

Dużo narzekam, ale wcale nie oznacza to, że Lata powyżej zera mnie nudziły. Z trudem łapałem nić porozumienia z Anitą, bo zamiast opowieści o jej życiu, dostajemy opowieść o przedmiotach, które miała w ręce. Ale w tej książce jest naprawdę dużo śmiechu, sporo gorzkich i smutnych przemyśleń, a i jestem pewny, że wielu znajdzie w niej ślady swojej własnej biografii. Ja też jestem w tej książce. Gdzieś między glanami w kwiatki, Dezerterem a porannym Yattamanem na Polonii 1. Bo każdy miał jakąś tam swoją piękną patologię.

U Cieplak przeraża i ciekawi najbardziej coś zupełnie innego niż hipsterskie rekwizytorium: to, co kiedyś nazwalibyśmy patologią, dziś jest raczej powszechnie akceptowaną szkołą życia, w której szybciej uczymy się, jak dobrze zrobić blowjob i selfie z krematoryjnym piecem w obozie zagłady niż jak napisać rozprawkę o Odprawie posłów greckich. Nie żebym próbował tu oceniać, co przyda nam się bardziej – użyteczność nabytej wiedzy nie jest głównym kryterium, którym kierujemy się, wybierając drogi swojego życia. Chciałbym jednak podkreślić, że Cieplak nie pisze tylko dla dorosłych. Ta książka świetnie się nada jako lektura dla Waszych dzieci, przy założeniu, że akurat na osiedlu wyłączą prąd. Nie tylko wiek inicjacji znacząco się obniżył: literatura również dojrzewa dziś szybciej, wyciągając fotostory z „Bravo Girl” i przenosząc na karty powieści. Czyż piosenka zespołu Turbo Dorosłe dzieci nie wydaje się dziś potwornie naiwna, przy tych dotkliwie kaleczących się o życie dzieciakach ze szkoły Anny Cieplak?

Autorka Lat powyżej zera demaskuje oczywistości, nazywa świat, który dorosłe dzieci znają świetnie, ale robi to ze snajperską precyzją. I choćby dlatego warto tę książkę przeczytać. Krzywię się na to śmietnisko minionych lat, na trupy analogowego i cyfrowego sprzętu i na cynizm, który literaturze zawsze raczej przeszkadza niż czyni ją mądrzejszą. Koniec końców jednak może to właśnie jest nasz piękny, nowy wspaniały świat, który zaczyna się gdzieś na osiedlu rodem z wiersza Białoszewskiego, a kończy na wyniku z piosenki Magika i Kalibra 44 pod tytułem Plus i minus. Boże, miej nas tedy w swojej opiece.

 

Anna Cieplak

Lata powyżej zera

Wydawnictwo Znak, 2017

Liczba stron: 272

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikuje tam, gdzie go wpuszczą. Jest redaktorem w GRYOnline.pl. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.