• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 27.05.2019
Parchman Farm Blues (J. Ward, „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”)
Recenzje | 27.05.2019

Parchman Farm Blues (J. Ward, „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”)

Nałogi, przekazywane z pokolenia na pokolenie ubóstwo, życie z piętnem niewolnictwa, praw Jima Crowa oraz nieustępującego – i nieustępliwego – rasizmu. Oto dzisiejsze Missisipi widziane oczami Jesmyn Ward, pierwszej w historii kobiety dwukrotnie uhonorowanej National Book Award for Fiction.

Jak przyznaje autorka, w swoim literackim debiucie Where the Line Bleeds (2008) popełniła poważny błąd: tak bardzo zależało jej na wykreowanych postaciach, że uchroniła je przed brutalnymi realiami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Główna bohaterka powieści Salvage the Bones (2011) to ciężarna nastolatka, a tło dla jej historii stanowi zbliżający się huragan Katrina. Opublikowany dwa lata później memuar Men We Reaped poświęcony jest pięciu przedwczesnym, niepowiązanym ze sobą śmierciom mężczyzn z lokalnej społeczności. W tym dziewiętnastoletniego brata pisarki – zginął on potrącony przez pijanego białego kierowcę, który zbiegł z miejsca zdarzenia.

Trach, trach

Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie to najnowsza, a jednocześnie pierwsza przetłumaczona na język polski powieść Ward. Rozpoczyna się i kończy w fikcyjnym miasteczku Bois Sauvage. To tam trzynastoletni chłopiec imieniem Jojo mieszka razem z siostrzyczką Kaylą, dziadkami, nazywanymi Mamcią i Tatkiem, oraz matką, do której nigdy nie zwraca się inaczej niż po imieniu – Leonie. Jego ojciec Michael odsiaduje wyrok w zakładzie karnym Mississippi State Penitentiary, powszechnie znanym pod nazwą Parchman. Powstałe w 1901 roku więzienie było pierwszym na terenie Stanów Zjednoczonych, które od reszty świata oddzielało ogrodzenie elektryczne. Było również gigantyczną farmą – osadzeni pracowali między innymi przy zbiorach bawełny. Pełna segregacja rasowa obowiązywała na terenie Parchman aż do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku; czarnoskórych traktowano jak niewolników, ciemiężono, głodzono i torturowano. Jak się okaże, w latach czterdziestych do tego piekła na ziemi trafił Tatko. Tatko, który teraz pozostaje w ciągłym ruchu: opiekuje się umierającą Mamcią, dba o wnuki, zwierzęta, rośliny i sprzęty, tylko czasami, siedząc na ganku, potrafi stać się nieruchomy jak huśtawka i kwiatki w doniczkach po obu stronach drzwi. Tatko, który wtedy, jako młody mężczyzna, wziął pod swoje skrzydła chuderlawego, bezbronnego, zagubionego chłopca, Bogasia. Próbował się o niego zatroszczyć, pomóc mu przetrwać. Za swój altruizm zapłacił najwyższą cenę.

Gdy do Leonie dociera radosna nowina, że jej ukochany wychodzi na wolność, postanawia wraz z dziećmi wyjechać mu na spotkanie. W podróży towarzyszy im także jej najlepsza przyjaciółka, Misty. Łączą je praca i uzależnienie od narkotyków, ale różnica między obiema kobietami jest zasadnicza. Widać ją szczególnie mocno wtedy, gdy bohaterki nie mogą dać upustu narastającej, wzmocnionej hajem irytacji, bo jakby co, to ja jestem czarna, a ona biała, więc jak ktoś usłyszy, że się lejemy, i zadzwoni po gliny, to ja pójdę siedzieć, a ona nie. Choć to najlepsza przyjaciółka i w ogóle. Nie tylko czarnoskórzy dorośli mają świadomość swojej marginalnej pozycji w społeczeństwie. W poczuciu permanentnego zagrożenia wzrastają również dzieci. Kiedy – zboczywszy z trasy – bohaterowie odwiedzają znajomych Misty, rodzeństwo nie chce wysiąść z auta. Mają ku temu bardzo konkretny powód:

Mały biały chłopczyk wymachuje kijem, a potem chwyta go oburącz i mierzy do nas jak z obrzyna. Jaśniutkie, przylepione do czaszki włosy wiją mu się na czole jak robaki.

– Trach, trach – woła.

Strzela do nas.

Ta – bardzo krótka i bardzo filmowa – scena to pułapka (ale i dzieło sztuki). Pojawia się za późno, by można ją było z siebie strząsnąć, zbyć protekcjonalnym stwierdzeniem w stylu: „To tylko dziecko” albo „To tylko zabawa”. Na tyle wyraźnie nakreślono już kontury niezupełnie fikcyjnego świata, na tyle dobrze poznaliśmy postaci i na tyle bliskie nam się stały, że nie ma już ucieczki – trzeba czytać dalej. I przekonać się o tym, czego Ward dowiedzie jeszcze niejeden raz: nie wolno odwracać wzroku. Ale nie wolno też skupiać się wyłącznie na wybranym wycinku rzeczywistości, sprowadzać złożonych problemów do najprostszych wyjaśnień. Oprócz punktu A i punktu B istnieje jeszcze wszystko to, co pomiędzy. Broń jest sztuczna, zagrożenie – realne. Czytelnik zamiera, bo nagle zdaje sobie z tego sprawę. Czuje się tak, jakby sam był na celowniku.

Widelec w ręku

Oddawanie bohaterom głosu naprzemiennie, w kolejnych rozdziałach, nie jest niczym wyjątkowym. Ward nie ogranicza się jednak do prostego zabiegu narracyjnego – obdarzenia Jojo, Leonie i Bogasia (a także Tatki, Mamci, Kayli, Michaela i innych) własnym językiem. Przygląda im się bardzo uważnie, raz czule, raz surowo, zawsze z szacunkiem i zrozumieniem dla ich osobności. Jej wyczulenie na wszelkie niuanse i nieoczywistości, jej starania, by nie zepchnąć żadnego z bohaterów w otchłań stereotypu, by każdego w równej mierze zagmatwać i uczynić wyjątkowym, imponują, wzruszają i zadziwiają. Jedną z największych zalet Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie jest jawna, zaraźliwa troska o autonomię każdego: dziecka i dorosłego, żywego i martwego, człowieka i ducha.

Nie sposób przejść obojętnie także obok języka, jakim posługuje się Ward – to subtelnego, to konkretnego, nieoczekiwanie lirycznego lub brutalnego. Za sprawą jednej frazy czy metafory pisarka potrafi uchwycić zarówno piękno, jak i grozę sytuacji; kruchość postaci, jej największą zaletę, niewybaczalną wadę bądź głęboko skrywaną słabość. Żadnej z postaci – czy to pierwszo-, drugo-, trzecioplanowej czy epizodycznej – nie szczędzi takich zdań: otwierających drzwi do jej świata, domagających się ponownego przeczytania.

I tak na przykład: Ciołek, brat Tatki, prócz postawy i nosa w niczym go nie przypomina, bo wygląda tak, jakby ktoś wyżął mokrego Tatkę jak ścierkę i wysuszył nie tak, jak trzeba. Po wyjściu z więzienia Michael, widziany oczyma swojego syna, nie pasuje do kuchni, odbija za dużo porannego światła. Gdy przekracza próg domu swoich rodziców wraz z partnerką i dziećmi, mniej lub bardziej jawnie pogardzanymi z uwagi na ich kolor skóry, Duży Joseph wydaje z siebie jakieś sapnięcie i kołysze się na piętach, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że to Maggie, jego żona, jest wiatrem. Leonie, która przecież mogłaby być po prostu wyrodną matką i córką, uzależnioną od narkotyków, nieodpowiedzialną, egoistyczną, wzbudzającą głęboką czytelniczą pogardę, w pewnym momencie śmieje się głośno, a choć to prawdziwy śmiech, wcale tak nie brzmi. Nie ma w nim żadnej radości, tylko suche powietrze i twarda czerwona glina, na której nie rośnie trawa. I samo to wystarczy, by jej nie skreślać. Albo przynajmniej ciągle się wahać. Równie wiele oczywistości dałoby się powiedzieć o Jojo: dojrzałym ponad swój wiek, nieznającym beztroski dzieciństwa, bezbrzeżnie oddanym siostrzyczce i otaczającym ją troskliwszą opieką niż wszyscy dorośli razem wzięci. W scenie porannej awantury, gdy próbuje ochronić dziewczynkę przed gniewem ojca, autorka rezygnuje jednak z rozbudowanych peanów na jego cześć. Ponownie nokautuje jednym ciosem, ujawniając pojedynczą myśl chłopca: Nie chcę, żeby bił Kaylę z widelcem w ręku.

Przeszłość, przyszłość

Duch Parchman i wszystkiego, co symbolizuje to przeklęte miejsce, jest w Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie nieustannie obecny – w niezagojonych wciąż ranach, niedających się zaspokoić pragnieniach i nieukojonych tęsknotach. W historii z przeszłości i w tej, która wydarza się tu i teraz: w domu, w drodze do więzienia i z powrotem. Ciągle unosi się nad opowieścią o trudach życia na pograniczu dwóch światów: nowego, pozornie lepszego i starego, domagającego się prawdy i pamięci. Świata uzdrawiających naparów z ziół, talizmanów na szczęście, ołtarzyków wudu i zjaw ukazujących się tylko wybranym oraz świata samosądów, tuszowanych morderstw, wieloletnich odsiadek, narkotyków produkowanych w przydomowych stodołach, przewożonych w samochodowych skrytkach i połykanych razem z woreczkami, z obawy przed policyjną rewizją. Świata wielu straconych pokoleń – znieważanych i zniewalanych, okaleczanych, gwałconych, mordowanych, opłakiwanych po kryjomu albo wcale. Milczących zbyt długo. Wskrzeszanych na naszych oczach.

Nie tylko o niesławnym więzieniu w Missisipi śpiewano pełne goryczy pieśni. Tematów nie brakowało – dziś, ponad sto pięćdziesiąt lat po znoszącej niewolnictwo trzynastej poprawce do amerykańskiej konstytucji, nadal ich nie brakuje. Jesmyn Ward udowadnia, że chwile, które połykają wszystko: przeszłość i przyszłość wcale nie muszą być spektakularnymi finałami wielkich, ważnych powieści. Mogą mieć miejsce w kuchni o poranku, w samochodzie na stacji benzynowej, w ogródku i na ulicy. Jeden epizod, jedna decyzja, jeden gest, słowo lub ich brak mogą zaważyć na dalszym życiu – naszym i cudzym. Mogą zgnębić i odcisnąć piętno, ale też wyzwolić i przywrócić spokój. Na czym polega trudność? Nie zawsze wiadomo, że to właśnie ten moment. Pisarka przyznaje, że chciałaby mieć w sobie nadzieję charakteryzującą niektóre jej postaci, tak niezbędną, by przetrwać. Jeśli doskonale przetłumaczona przez Jędrzeja Polaka powieść do czegoś prowokuje, to między innymi do tego, aby porzucić nadzieję, że coś się zmieni. I sprawić, by zaczęło się zmieniać.

Jesmyn Ward

Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie

Wydawnictwo Poznańskie, 2019

336 stron