• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 10.06.2019
Papierowa doskonałość (Lisa Halliday „Asymetria”)
Recenzje | 10.06.2019

Papierowa doskonałość (Lisa Halliday „Asymetria”)

Kiedy niespełna rok temu – w bibliotece, która obłożyła egzemplarz w swoją zunifikowaną okładkę – przeczytałam tę powieść w oryginale, moje wrażenia były co najmniej mieszane. Z jednej strony atrakcyjna wydała mi się konstrukcja powieści, płynny język, z drugiej zaś czułam, że trochę za bardzo autorka ślizga się po powierzchni. Było to relatywnie niedługo po zainicjowaniu #metoo, powieść wyczuwała ducha czasu, trudno było pomijać kontekst istotności tego głosu. Tak samo jest zresztą dziś, kiedy sięgam po polski przekład.

Moja krótka historia z Asymetrią Lisy Halliday przynosi niespodziewany, a zarazem wstydliwy, zwrot akcji. Dopiero po rozpoczęciu drugiej części upewniłam się, że moje wrażenie, że „skądś to znam”, to tak naprawdę „czytałam tę książkę i nie został po niej we mnie niemal żaden ślad”. Wcześniejsze skojarzenia wzbudziły wplecione w narrację (cynicznie, jak sądzę) obszerne fragmenty różnych prac na temat Zagłady. Reszta pierwszej części rozmyła się w mojej pamięci doszczętnie. Teraz już wiem, że zapamiętałabym ją po znakomitej okładce. Tak jednak się nie stało. Więc zagraj to jeszcze raz, Sam.

Powieść składa się z trzech – bardzo różnych formalnie i pod względem perspektywy – części. Pierwsza to opowieść o związku dwudziestoparoletniej pracowniczki wydawnictwa (Alice) i starszego, znanego pisarza (Ezry), druga opowiada o pobycie zatrzymanego przez służby Amara Jaafariego na lotnisku w Londynie (można sądzić, że to literacka próba bohaterki pierwszej części), trzecia natomiast to wywiad z Ezrą po otrzymaniu przez niego literackiego Nobla. Cała powieść napisana jest równo i sprawnie, bez wahania realizuje kolejne pomysły na powieściowe całostki. Część druga wzbudza może największą empatię, skłania do sprzeciwu wobec mechanizmów władzy, jakie służą kontroli nad ludźmi pochodzącymi lub sprawiającymi wrażenie pochodzących z innego świata aniżeli bogate Północ/Zachód. Świadomie wykorzystuje się tu rozmaite klisze – i na poziomie dialogu (- skąd jesteś?; – z Brooklynu) i toku narracyjnego opierającego się na wykorzystaniu kafkowskiego lęku i potencjału nie-miejsca. Nie jestem pewna, czy dotknęłam w tej części czegoś, czego nie znałabym z innych tekstów kultury. Jest to jednak na pewno bardzo poprawna literatura, zyskująca pewnie przez nieoczywiste zestawienie z pozostałymi częściami. Na poziomie kompozycji faktycznie komplikująca tę powieść. Pierwsza z części z kolei, tworząca – zgodnie z tytułem – asymetryczny układ z ostatnią, jest pewnie najciekawsza z punktu widzenia współczesnego czytelnika. Dlatego też wzbudziła zainteresowanie krytyków i wydawców. To intymna, choć zdystansowana opowieść o codziennym życiu Ezry z o wiele młodszą, o wiele mniej uznaną i o wiele mniej charyzmatyczną kobietą. Alice ma ambicje, na plan pierwszy wydobywa się jednak troska o podupadającego na zdrowiu Ezrę. Po drodze mamy aborcję, wstydliwość ciała, wzajemne zakleszczenie emocjonalne postaci, choroby i niedomagania ciała obok stosunków seksualnych, poniżenia i drobne czułości. Wszystko to zdaje się nieomal próbą „odhaczenia” ciekawych tematów, kontrowersyjnych wątków i problematycznych rozwiązań narracyjnych. Jestem pewna, że Halliday świadomie z nich korzysta, niestety nie sprawia to, że schemat znika. Świadomy schemat, jeżeli nie dotknie go różdżka prawdziwego talentu, pozostaje schematem. Największym osiągnięciem tej powieści wydaje mi się brak głębszej wiedzy na temat jej przeżyć. Niewiele wiemy o jej emocjach czy uczuciach, zostają one zawsze gdzieś na drugim planie tej narracji. Zdaje się ona podążać za tym, co „się wydarza”, jej sprawczość jest zredukowana do reagowania na to, co już miało miejsce. Rozwiązywania skutków wydarzeń.

Dowodów asymetrii ich relacji mamy bez liku – od polecania lektur, przez załatwianie sprawunków, aż po rolę w świecie literackim (młoda redaktorka/wielki autor). Ich oczywistość nieco mnie przytłaczała zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej lektury, nie odniosłam wrażenia, że stoi za nimi coś więcej. Ważne wydaje się to, że żadna z części nie tłumaczy pozostałych, żadna nie proponuje rozwiązania, nie doświetla całości tak, aby była w pełni zrozumiała dla czytelnika. Trzecia część, a więc wywiad z Ezrą, wydała mi się – bardziej niż za pierwszym razem – szalenie upozowana, nieprawdziwa. Jakbyśmy nieporadnie wyobrażali sobie perspektywę kogoś, kto reprezentuje odmienny od naszego punkt widzenia. Wyraźnie widać też w tej części, kim jest projektowany czytelnik Halliday. Zaskoczyło mnie w pewnym momencie, jak usilnie autorka walczy, żeby podobać się odbiorcy. Żeby żaden fragment czy ujęcie nie tworzyło faktycznego, a nie przewidywalnego, dyskomfortu. Żeby oburzenie wystąpiło zgodnie z planem, a niezgoda tam, gdzie możemy się spodziewać. To literatura zaskakująco „obliczona”, gotowa na – paradoksalnie – ryzyko w ramach zaplanowanego, oczekiwanego ryzyka, funkcjonującej już konwencji literackiej. Może zastanawiać to, jak szybko nowa norma krzepnie w literaturze. Ostatecznie jednak po tym chyba poznaje się utwory przekraczające standard – że po okrzepnięciu normy zostaje coś więcej. Nie jestem pewna, czy tak będzie w tym przypadku.

Perspektywa jest tu słowem-kluczem. Strategia pisarska Halliday lokuje się w absolutnym mainstreamie współczesnej powieści. Z tej perspektywy komplikacja punktów widzenia, a właściwie ekspozycja ich nieprzekładalności i odmienności, to sedno literatury. Narzekałam na to w eseju o Flannery O’Connor, pisałam w niedawnej recenzji Zostań ze mną. Wydaje się, że ten temat nie ma dziś końca. A jednak powracam przy tej okazji do banalnego skojarzenia, które zdaje się coś tłumaczyć. Najważniejszą cechą wyróżniającą serial The Affair jest niewątpliwie jawne zestawianie różnych perspektyw bohaterów na tę samą sytuację, decyzję, zmianę w życiu. Chwyt ten wystarcza na kilka sezonów, mimo że w trakcie kolejnych odsłon zwiększa się liczba osób, których perspektywę eksplorują twórcy. Wszystko to niestety nie zmienia faktu, że sama historia jest banalna i oczywista. Komplikacja punktów widzenia i zawieszenie wiarygodności narracji nie są tym samym, co głęboka lub chociaż niepokojąca czy nieoczywista opowieść.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że maniera twórcza tego rodzaju to zasłona dymna dla różnego rodzaju niedostatków. Jednym z największych wydaje mi się brak faktycznie nieschematycznej opowieści. Można to interpretować dwojako – albo schematyzację naszej współczesności i redukcję indywidualnych biografii do kilku wzorców, albo jako przedkładanie myśli bądź przesłania nad samą opowieść. W dużej mierze rozumiem obie możliwości, wraz z ich uzależnieniem od naszej – nie zawsze ciekawej i nie zawsze inspirująco złożonej – rzeczywistości. Odnoszę jednak wrażenie, że redukcja kreatywności na rzecz – trudno uciec od tego określenia – tendencji oznacza oddanie pola, poddanie się bez walki. Proza Halliday jest pewnie jedną z lepszych powieści obyczajowych tego rodzaju (wydanych w ostatnich latach). Pozostaję jednak z myślą, że to książka raczej ważna niż dobra. Nie ma tu żadnego ryzyka, żadnej literackiej transgresji, nie ma napięcia ani prawdziwej niepewności.

Przypomina mi się książka Chris Kraus I Love Dick z 1997 roku, wraz z serialową adaptacją, której zakończenia nie mogę przeboleć. Lektura tej książki jest męcząca, czasem nużąca, a na pewno wystawiająca czytelnika na próbę. Trudno bowiem orzec, czy to humbug, czy przebicie się do nieznanej dotąd literaturze świadomości. Kiedy Kraus kreuje miłosny trójkąt złożony z uznanego pisarza Sylvère’a, jego młodszej żony poszukującej swojej artystycznej drogi oraz Dicka – artysty i obiektu pożądania, narusza nie tylko „dobry smak”, ale też schemat seksualny. Oczywista nierównowaga pomiędzy postaciami dramatu służy jednak nie normalizacji tej sytuacji, ale wydobyciu z niej rzeczy i pięknych, i strasznych. Swoją drogą wykorzystanie Zagłady przez Halliday w podobny sposób, jak robi to Kraus, jest uderzające. Podobieństw – tu będących cieniem szaleńczej intensywności I Love Dick – jest więcej; o wiele mniej – ryzyka i transgresji. Są momenty, nie ma całości.

Lisa Halliday

Asymetria

Przeł. Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie, 2019

Liczba stron: 384

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, krytyczka literacka i telewizyjna, doktor literaturoznawstwa. Asystentka w Katedrze Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014), biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016) oraz tomu „Odkrywanie Ameryki. Wybór tekstów krytycznych z lat 2010-2017” (WUJ, 2018). Wydała także autorski notes „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Mieszka na krakowskim Kazimierzu.