27.10.09
RECENZJE | 27.10.2014

Papieros w pęsecie („Bogowie”)

Kino_Pod_Baranami_zaprasza (1)

Historia polskiego kina raz po raz udowadnia, że nie do końca potrafi ono sprostać specyficznym zadaniom, jakie stawia przed nim gatunek biograficzny. Kilka produkcji opiewających dzieje kultowych bohaterów wystarczająco dobitnie pokazało, że niełatwo jest naszym rodzimym twórcom zrealizować filmową biografię, która daleka będzie od panegirycznych skłonności. A jak jest z Bogami Łukasza Palkowskiego?

Na wstępie odnotujmy sukcesy: spektakularne zwycięstwo na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni, prawie 750 tysięcy widzów po niespełna dwóch tygodniach od premiery, wzruszone i zachwycone tłumy w kinach, popularność filmu w mediach i przede wszystkim – zmartwychwstanie profesora Religi, którego osoba staje się przedmiotem wywiadów, rozmów czy wydanej przez Agorę biografii. Jeżeli motywacją reżysera było (między innymi) przypomnienie o zmarłym przed pięcioma laty lekarzu i jego zasługach (których absolutnie nie podważam), muszę przyznać, że misja powiodła się w stu procentach.

Łukasz Palkowski jest reżyserem, który w swojej karierze zgrzeszył niewybaczalnie Wojną żeńsko-męską. Po intrygującym i naprawdę udanym Rezerwacie zbłądził w złe rejony kinematografii, na szczęście w porę się opamiętując – Bogowie to film, który zrehabilitował go po wspomnianym żenującym epizodzie i przywrócił na właściwe tory. Skupmy się więc na dziele, który nie tylko budzi wiele emocji, ale i wyprzedza pod względem oglądalności Miasto 44 Komasy (trzeba przyznać, że obie produkcje zdominowały w ostatnim czasie polskie kina, detronizując zagraniczne obrazy i gromadząc naprawdę szeroką publiczność).

Fabuła Bogów obejmuje krótki okres z życia Zbigniewa Religi, szczególnie intensywny i rewolucjonizujący oblicze kardiochirurgii w Polsce – to raptem kilka lat, podczas których udało mu się dokonać niemożliwego do tej pory przeszczepu serca. I nad tym właśnie pochyla się Łukasz Palkowski: nad ukazaniem wyboistej drogi do osiągnięcia szlachetnego, choć wymagającego ofiar, celu. Reżyser skupia się przede wszystkim na przedstawieniu całego, obfitego w przeszkody, potknięcia i emocje procesu dążenia do przełomowego sukcesu naukowego.

Porywająca dynamika i energia filmu są skoncentrowane przede wszystkim w fenomenalnej kreacji Tomasza Kota, odtwórcy głównej roli, słusznie nagrodzonego tegorocznymi gdyńskimi Złotymi Lwami. Oscylujący na granicy przerysowania, przejmujący najdrobniejsze gesty, mimikę, charakterystyczny chód i postawę Zbigniewa Religi, Kot nie tylko udowadnia, że jego warsztat aktorski jest na najwyższym poziomie, ale także stwarza pierwszorzędnie skonstruowaną postać, w której kumuluje się geniusz, zawodowa namiętność, bezkompromisowość i nieustanne pragnienie sięgania po więcej. W całej tej swojej ekscentryczności, nonkonformizmie i słabości do używek (nieodłączny papieros, ale i wódeczka w trudnych chwilach), Religa grany przez Kota automatycznie przywodzi na myśl doktora Thackery’ego, bohatera amerykańskiego serialu The Knick (choć użyte przeze mnie porównanie może wydawać się nieco nieadekwatne, jest naprawdę sporym komplementem). Rzuca inwektywami, co chwilę zwalnia swoich pracowników, w chwili zwątpienia upija się do nieprzytomności, boi się go ubecja, uwielbiają i nienawidzą pacjenci, jeździ fiatem jak Kubica, a przy tym wszystkim jest po prostu kardiochirurgicznym bogiem, do granic możliwości przenikniętym swoją pasją (a zarazem obsesją).

Religa w filmie Palkowskiego, zainspirowany obserwacją postępu kardiochirurgii podczas zagranicznych stażów, postanawia uparcie i bezwzględnie dążyć do upragnionego przeszczepu serca, prawdziwego naukowego wywrotu, dzięki któremu będzie mógł ratować ludzi z „wyrokiem śmierci”. Jest gotowy poświęcić swoje życie prywatne (co zresztą robi, decydując się na przeprowadzkę z Warszawy do Zabrza), aby stworzyć klinikę działającą na jego własnych zasadach. Ukazane najpierw pokonywanie formalnych przeszkód, upór i desperacja w zdobywaniu pieniędzy (Religa decyduje się iść po pomoc nawet do partii, ewidentnie wbrew sobie), samodzielny remont wykonywany przez profesora i świeżo skompletowany młody zespół, uczynienie kliniki „drugim domem” i oczywiście odważne operacje, obfitujące w sukcesy i porażki – to wszystko przedstawione zostało w bardzo dobitny i brawurowy, wręcz hollywoodzki, sposób.

Szkoda tylko, że całej tej efektowności towarzyszy nietrafnie dobrana, nijaka i przedramatyzowana muzyka, która momentami nadaje filmowi zupełnie niepotrzebnie patetyczno-melancholijny ton. Myślę, że gdyby Palkowski posłużył się choćby ścieżką dźwiękową bliską tej z przywołanego przeze mnie serialu Soderbergha, i umieścił w swoim filmie współczesne elektroniczne kompozycje spod znaku Cliffa Martineza, Bogowie zyskaliby naprawdę spore uznanie również wśród tych zniechęconych i sceptycznie nastawionych do rodzimych produkcji widzów. Ale niestety, jak to często w polskiej kinematografii bywa, nie można mieć wszystkiego.

O ile muzyka w dziele Palkowskiego jest nie do zaakceptowania (mowa o utworach napisanych specjalnie do Bogów, a nie wykorzystanych w filmie znanych piosenkach), o tyle scenariusz napisany przez Krzysztofa Raka jest naprawdę udany. Oczywiście nie obyło się bez paru banalnych sformułowań, takich jak nietrafiony dowcip o byciu bez serca (ha ha?), ale poza tym jego lekkość i zgrabna anegdotyczność jest miłym zaskoczeniem. Nie będę komentowała zdjęć – maestria Piotra Sobocińskiego Jr. jest powszechnie znana, rezygnuję więc z peanów (ale i tak chapeau bas!). No i oczywiście gra aktorska. Talent Tomasza Kota zachwyca rzecz jasna najbardziej (notabene niecierpliwie czekam na premierę Life Must Go On z jego udziałem), ale nie przyćmiewa umiejętności młodych aktorów wcielających się w towarzyszy Religi (Piotra Głowackiego w roli prof. Mariana Zembali, Pawła Warszawskiego jako prof. Andrzeja Bochenka) oraz aktorskiej śmietanki z drugiego planu (m.in. Czerwińska, Englert, Preis, Kowalski i inni).

Więc jak to jest z tym biograficznym przedsięwzięciem Palkowskiego? Bogowie to na pewno film istotny, a także idealnie wpasowujący się w potrzeby polskiego widza i standardy komercyjnego kina. Oczywiście, można by podkreślać do znudzenia, że jest tu parę niedociągnięć, że mogłoby być lepiej, że jednak reżyserowi nie do końca udało się uniknąć pomnikowych zapędów, mimo ukazania rewersu postaci Religi (bo cóż to za mroczne strony, skoro są po prostu konsekwencją bycia człowiekiem czynu…). Pytanie brzmi jednak: po co? Scena z papierosem trzymanym w chirurgicznej pęsecie tuż obok ledwo zaszytego pacjenta, naturalistyczne operacje na otwartym sercu i brawurowe wyścigi samochodowe? – Bezcenne.