kolaze
RECENZJE | 15.07.2013

Papier, nożyce, wiersze („Kolaże” Herty Müller)

Literaturze dobrze znany jest dźwięk nożyc, ruch uważnego oddzielania od siebie fragmentów języka po to, by je zapisać. Rzadko czytelnik ma okazję doświadczyć słowa w nietrwałym stanie między „wycięciem” i ułożeniem na stronie a wtopieniem w nią jako część wiersza. Ostatnio nadarzyła się ku temu ciekawa okazja dzięki polskiemu wydaniu Kolaży Herty Muller, zbioru wierszy składających się z wyrazowych wycinków, pozwalających na przynajmniej chwilowe uchwycenie poezji w stadium między nożycami a papierem – zanim będzie w niego wtłoczona czarno na białym.

Warto na początku zauważyć (by później nie poświęcać temu już wiele uwagi), że dla czytelnika edycji polskiej niestety oznacza to nie tylko wysiłek rozumienia, ale także zmaganie się z zamiarem wydawcy, który z dziełem obszedł się raczej małodusznie. Kolaże w wersji pierwotnej składają się z wyciętych słów – o różnym kroju, barwie i „podkładce”, ułożonych w wiersze – oraz grafik, które również same są kolażami. Tłumaczenie polskie, dokonane przez Leszka Szarugę, ogranicza się do przedrukowania oryginału i umieszczenia na stronie obok przekładu w języku polskim, układem (miejsca na grafiki) nawiązującego do niemieckiej wersji, ale napisanego zwykłą czcionką. (przypomina to przetworzenie na „klasyczny” tekst futurystycznych kaligramów w wydaniu Biblioteki Narodowej sprzed ponad 30 lat). Takie działanie daje niestety wrażenie zaledwie projektu wydawniczego w początkowym stadium (powiedzmy: reprint plus didaskalia), a to, że pominięto przekład formy – stanowiącej przecież sedno przedsięwzięcia – sprawia dotkliwy zawód. Nikłym pocieszeniem są nawet „objaśnienia”, które zresztą często dotyczą drobiazgowych i mało interesujących kwestii translatorskich. Pozostaje zadanie na przyszłość: tłumaczu – twój trud jeszcze nieskończony.

Ponarzekawszy na wydawcę, można skupić się na tym, co oferują same wiersze. Podobnie jak w dadaistycznych eksperymentach z kolażem i losowością można dostrzec w nich element chaosu. Dla Muller istotniejsze od czystej gry znaczeń wydają się jednak przeżycia, zostawiające ślady w postaci słów układanych w precyzyjne kompozycje: pocztówki, wymuszające zwięzłość przekazu, a także nieco odstraszające groźbą banału. Każdy, kto próbował w ten sposób podzielić się wrażeniami, wie zresztą o towarzyszących pocztówkowej konwencji niebezpieczeństwach, których (w ich poetyckich odmianach) Kolaże skutecznie unikają.

W zbiorze znajdują się właściwie dwa tomiki – Ci bladzi mężczyźni z filiżankami kawy (2005) i Ojciec rozmawia telefonicznie z muchami (2012), które dzieli istotny odstęp czasowy, ale łączy na tyle dużo, że przejście od jednego do drugiego wydaje się zupełnie naturalne. Wspólna jest dla nich nie tylko forma, ale również pozycja, z jakiej mówi osoba zabierająca w nich głos. To poezja uważnie wsłuchująca się w to, co rozgrywa się na scenie codziennej: chodniku, plaży, w porcie, na cmentarzu czy zakupach. Chociaż można mówić o jej wielojęzyczności – Muller często dopuszcza do głosu osoby „z zewnątrz” albo przywołuje strzępy rozmów – to wyraźnie pozostaje przy tym zdystansowana wobec pojawiających się ludzi. Co zresztą wydaje się zrozumiałe – pocztówki wysyła się przecież stamtąd, gdzie jest się obcym i nie na miejscu. Jednak obcy najwyraźniej jest także w jakimś stopniu adresat, skoro trzeba się przed nim wycofać z własnego charakteru pisma ku cudzym, niezdradzającym osobistego wymiaru słowom.

Takich znaków rezygnacji z silnego, indywidualnego głosu jest tutaj więcej. Podmiot niekiedy wchodzi w język plotki (JA niedawno słyszałam; pan TO dopuszcza znam tego jednego / również osobiście / innych / ze słyszenia), przypominając o gazetowo-nowinkarskim pochodzeniu wycinków. Rejestruje niezwyczajne spotkania, ciekawe osoby i kuriozalne sytuacje, zachowując się jak reporter brukowca. Wiersze czasem przypominają drobnomieszczańskie wytykanie palcem sąsiadów:

na małą plażę OTO znów przyszli
ci zwykli członkowie wraz z owymi
głównymi zarządcami dawców obcości i
tym tak zwanymi ciotkami owych długonosych
zakłócaczy snów ten […]

[na małą plażę OTO znów przyszli]

Poetka wprawia w ruch nożyczki i za ich pomocą tworzy orientacyjny plan tego, co później może stać się gotowym wierszem. Oddziela, wskazuje na punkty charakterystyczne, nadaje znaczenie, a z mało dostrzegalnych ról w teatrze życia codziennego czyni zawody i profesje „zarządców obcości”, „zakłócaczy snów”, „inżynierów pojednań” i „kantorów”. Imiona własne również się pojawiają, choć wyraźnie ustępują przed poetyckim gestem nazywania, więcej zakrywając, niż tłumacząc. Być może dzięki takiemu porządkowaniu i stwarzanym przy okazji poręcznym kategoriom łatwiej poradzić sobie z teraźniejszością i przeszłością, a zwłaszcza z tym, co nie daje w nich spokoju:

matka mieszka tam
gdzie przepływają promy
w liście z lata pisze
od dawna tu nie byłaś […]

[matka mieszka tam]

Na konkretne przeżycia i znajome twarze wciąż nakładają się elementy wykreowane przez wyobraźnię. Również postacie pojawiające się na grafikach często są przepołowione i „zanieczyszczone” obcymi rekwizytami. Poetyka kolażu wymusza równorzędne traktowanie tych elementów, umożliwiając zaistnienie hybryd, za pomocą których próbuje się tu oddać różnorodność przeżywanego świata. Skutecznie oddala też horyzont jednoznaczności – a pocztówki znajdują się w iście derridiańskiej sytuacji wiadomości niemożliwej do doręczenia w pełni (jak w The Post Card: From Socrates to Freud and Beyond) i skazanej na niedoczytanie:

ja otrzymałam pewną wiadomość która
BYŁA jasna jak nóż,
tylko niska i uparta i
zagmatwana bardziej niż stado wróbli
może jeśli się porówna

[ja otrzymałam pewną wiadomość która]

Muller, pomimo zagmatwania wierszy, z pewnością nie chce zupełnie odstraszać od tego rodzaju prób porównania, czyli poruszania się nie tylko od jednego do drugiego utworu (jakby miały tworzyć zamknięty świat), ale także od elementu wyciętego i wklejonego do źródła jego pochodzenia, do życia czy tak zwanej rzeczywistości. Dostajemy obraz pokawałkowany, ale noszący ślady codziennych przeżyć i potocznego języka – ubrany w strój poezji, a jednak wciąż przypominający przeczytaną właśnie nie całkiem świadomie gazetę. Po Kolaże warto sięgnąć, jeśli chcemy, pomimo wydawniczych utrudnień, na chwilę wejść w ten dziwny obszar pomiędzy pocztówką a poezją, w którego eksplorowaniu niemiecka pisarka jest jednym z najlepszych przewodników. Warto przy tym pamiętać, by każdemu słowu przyglądać się osobno, nieustannie krążyć między częścią a całością i ostrożnie przekraczać linie cięcia.

 

Kolaże

Herta Muller

Przekład: Leszek Szaruga

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 136

Michał Koza

Michał Koza

(ur. 1987) – redaktor internetowego czasopisma naukowego „Polisemia”. Doktorant polonistyki na UJ, gdzie im dalej w teorię, tym jest mu lepiej. Lubi oglądać to, co niepokoi albo nie jest zbyt poważne, słucha rzeczy przewiercających, często dryfuje w nerdowe strony. Najczęściej i tak czyta. Siewcoentuzjasta memów, batmanów i Twin Peaks.