Filmem na szkle malowane
ARTYKUŁY | 22.06.2015

Palcem po szkle – cz.2

Zgodnie z obietnicą daną w części pierwszej, pora na przegląd kolejnych kilkunastu wartościowych animacji, przy pracy nad którymi głównym artystycznym tworzywem było szkło. Bez zbędnego przedłużania zapraszam więc do lektury!

The Street (1976, Caroline Leaf) – ujmująca w swej formie dziesięciominutowa miniaturka oparta na krótkiej historii autorstwa Mordecaia Richlera, traktującej o rodzinie, której losy komplikuje choroba babci. Podczas seansu w lekkie niedowierzanie wprawiają szczególnie niezwykle płynne przejścia pomiędzy scenami, postaciami, miejscami – żeby stworzyć coś takiego, trzeba mieć naprawdę bogatą wyobraźnię. Sama wspomnieniowa narracja, prowadzona z perspektywy małego chłopca w powojennym świecie, emanuje zaś wrażliwością podobną do tej, którą udało się przemycić choćby Adamowi Eliotowi w Max And Mary z 2009 roku i stanowi swoisty kompromis pomiędzy ciepłem jego animacji a surrealizmem Babci Lyncha (z którym to krótkim metrażem, oprócz tytułowej postaci, łączy też The Street kilka innych wątków, choćby metaforyczna rola łóżka). Polecam. [obejrzyj]

БЛИКИ (Brightness) (1981, Władimir Samsonow) – jeśli jesteście właśnie w trakcie jakiegoś dłuższego wyjazdu (bądź na emigracji) i szukacie krótkiego metrażu, który przypomni wam – dosłownie – ciepło domowego ogniska, Brightness to doskonały wybór. Trzeszczący w tle kominek, ogrzewający się w jego blasku sympatyczny piesek, odbicia ognia w naczyniach niczym cienie z platońskiej jaskini i chatka jakby zawieszona w czasie, bezpieczna od problemów zglobalizowanego, pędzącego na złamanie karku świata. Film Samsonowa to po prostu idealna okazja do zatrzymania się i chwili zadumy. Podobnie zresztą jak jego inne dwuminutówki – Maskarad (1981) czy The Mood (1982) – bądź odrobinkę dłuższe formy, choćby utrzymany w baśniowej konwencji The Firebird (1984).[obejrzyj]

78 Tours (1984, Georges Schwizgebel) – kolejna już opowieść o wspomnieniach z młodości i świecie złożonym z ludzi, których tożsamość zbudowana jest z krótkich, ulotnych chwil, jakich przyszło im doświadczyć. Pod względem technicznym szczególnie imponują tu perfekcyjne przejścia pomiędzy światem mikro a makro, przeistaczanie się konkretnych przedmiotów i osób w coś zupełnie innego (ludzkie zbiorowisko okazujące się wzorem na kobiecej sukni czy dziewczynka na karuzeli płynnie zastąpiona rytmicznymi obrotami wody na powierzchni kubka z kawą). Jak słusznie zwrócił uwagę autor poczytnego bloga o animacji Ian Lumsden, ten fantasmagoryczny świat uszyty z okręgów w ostatniej scenie nieco się spłaszcza, pozostawiając tym samym szerokie pole do interpretacji. A wszystko to przy urokliwych dźwiękach akordeonu. [obejrzyj]

W zbliżonej konwencji utrzymane są także inne tworzone na szkle filmy szwajcarskiego reżysera. Le sujet du tableau (1989) to rzecz obowiązkowa zwłaszcza dla sympatyków malarstwa, The Year of the Deer (1995) sprawdzi się jako istotny argument dla dyskutantów rozprawiających o wypuszczaniu na wolność udomowionych zwierząt, zaś Fugue (1998) i Jeu (2006) to, odpowiednio, techniczny popis utrzymany w surrealistycznym duchu oraz obraz demontujący świat w nim przedstawiony na czynniki pierwsze.

Сказочка про козявочку (The Tale About The Small Fry) (1985, Władimir Pietkiewicz) – bajka o małej dziewczynce-muszce przemierzającej na swoich skrzydełkach ziemski mikrokosmos. Mikrokosmos, który okazuje się przestrzenią równie skomplikowaną i złożoną jak świat ludzi. Kto wie, może i my – podobnie jak występująca w filmie stonoga – nie zdajemy sobie sprawy z jakiejś rzeczywistości funkcjonującej tuż obok, ale gdzieś poza zasięgiem naszej percepcji. Pod względem generowanych emocji, całość kojarzy mi się trochę z ujmującym zakończeniem drugiej części gry Sonic the Hedgehog. [obejrzyj]

Добро пожаловать! (Welcome/Thidwick The Big-Hearted Moose) (1986, Aleksiej Karajew) – oparta na historyjce Theodora Geisela opowieść o sympatycznym, choć niezbyt asertywnym łosiu, który wędrując po lesie, godzi się na to, by dosiadały go kolejne mniejsze od niego zwierzęta – od stonki i pająka po wiewiórki, bezceremonialnego dzięcioła czy… tłuściutkiego borsuka. Staranna animacja (samo oglądanie spaceru tytułowego czworonożnego bohatera daje wiele uciechy) spuentowana jest oczywiście wyrazistym morałem. [obejrzyj]

Жильцы старого дома (The Lodgers Of An Old House) (1988, Aleksiej Karajew) – jeszcze jedno audiowizualne opowiadanie o ulotności naszego życia. W pamięć zapada szczególnie fragment z eksplorującym domowe zakamarki pieskiem i kotem posilającym się w najlepsze niczym bohaterowie Wielkiego żarcia Marco Ferreriego. Autentycznie porusza też zakończenie, definiując w kilkusekundowej scenie naszą kruchość na ziemskim padole i nieuchronność przemijania wszystkiego, co znamy i co nam bliskie. [obejrzyj]

Strings (1991, Wendy Tilby) – historia dwojga sąsiadów, których połączyła… kapiąca ze stropu w mieszkaniu jednego z nich woda. Styl opowieści wzbudza w widzu wiele ciepłych uczuć, skutecznie utrzymujących się przez cały seans, a to dzięki sympatycznemu kotu (znowu!), a to przez subtelną grę mimiką postaci. Swoją drogą, czy wam też główny bohater przypomina Alberta Einsteina? [obejrzyj]

Pora na twórczość być może najwybitniejszego, a z pewnością mojego ulubionego z artystów związanych z malowaniem na szkle, czyli Aleksandra Pietrowa, którego filmografii warto poświęcić nieco więcej miejsca. Technika stosowana przez autora doskonale objaśniona jest w tym krótkim dokumencie. Rosjanin omawia tu krok po kroku stosowane przez siebie zabiegi, dzięki którym jego produkcji w zasadzie nie sposób pomylić z filmami kogokolwiek innego. Oto pięć z nich – w mojej ocenie najważniejszych.

Krowa (1989) – przygnębiająca, ale i rozczulająca opowieść o krowie, której cielę zostało zabrane do rzeźni, w wyniku czego zrozpaczona matka postanawia popełnić samobójstwo. Na poziomie emocji produkcja nawiązuje nieco do co bardziej uduchowionych narracji Andrieja Tarkowskiego, zaś zagubiony chłopiec prezentuje się w tym bezlitosnym, bezdusznym wręcz świecie niczym Iwan z Dziecka wojny czy Flora z Idź i patrz. Zakończenie silnie koresponduje z coraz powszechniejszą dziś (i bardzo dobrze!) modą na weganizm, generując podobny przekaz jak legendarny już, szokujący dokument Mieszkańcy ziemi z 2005 roku. Andriej Płatonow (wraz z mieszkańcami Indii) z pewnością przyklasnąłby takiej ekranizacji swojej literackiej fabuły. [obejrzyj]

Сон смешного человека (The Dream of a Ridiculous Man) (1992) – bazująca na krótkim opowiadaniu Fiodora Dostojewskiego historia niedoszłego samobójcy, którego od tego radykalnego zamysłu odwodzi pewna dziewczynka i… tytułowy sen. Sen potraktowany tu przez Pietrowa jako środek do wyrażenia swoistej teorii wszystkiego (pozdrowienia dla Stephena Hawkinga) i pozwalający jednocześnie głównemu bohaterowi uzmysłowić sobie, jakie powinny być jego życiowe priorytety. Nie zdziwiłbym się, gdyby twórcy Incepcji czy Zakochanego bez pamięci podebrali sobie cichaczem kilka rozwiązań z tego właśnie filmu. Jest to jeden z najwybitniejszych krótkich metraży, jakie kiedykolwiek powstały. Obejrzyjcie koniecznie. Może i nasze życie rzeczywiście, jak mniema zadręczający się sensem istnienia bohater, jest tak naprawdę jednym wielkim snem, z którego obudzimy się dopiero w chwili śmierci. [obejrzyj]

Rusałka (1997) – kolejne z kluczowych dzieł Rosjanina. Historia tego starannie wykonanego filmu, nad którego stworzeniem Pietrow pracował przez cały rok, obraca się w enigmatycznym trójkącie (miłosnym?): młody mnich – jego opiekun – tytułowa Rusałka – i w pewnym momencie przyjmuje nieoczekiwany obrót. Ale nie będę nikomu psuł zabawy. [obejrzyj]

Stary człowiek i morze (1999) – nagrodzona Oscarem animacja oparta na słynnej powieści Ernesta Hemingwaya. Historia rybaka Santiago toczącego na morzu zażarty bój z marlinem, dzięki wyjątkowej technice rosyjskiego artysty (tu fragmenty pracy nad filmem) nabiera świeżości. Abstrahując już nawet od samej akcji, z ogromną przyjemnością można po prostu wpatrywać się w rozkołysane morze czy układające się w dziesiątki zagadkowych kształtów chmury. Zupełnie jakby malowidła Williama Turnera ożyły. [obejrzyj]

Моя любовь (My Love) (2006) – sama historia, orbitująca wokół miłosnych fantazji młodego chłopca, może i nie wciąga tu aż tak mocno, natomiast sfera wizualna tego filmu to majstersztyk. Szczerze powiedziawszy, nie przypominam sobie lepiej zilustrowanej krótkometrażowej animacji z ubiegłej dekady (prace nad tym dwudziestopięciominutowym filmem trwały, bagatela, trzy lata!). Feerie barw wylewają się więc z ekranu, obrazy przenikają w siebie nawzajem, a charakterystyczne dla Pietrowa rozmycie nadaje całości metafizycznego wręcz charakteru. W towarzystwie nieustannych impresjonistycznych nieostrości (ot, kołyszące się na wietrze konary drzew) oglądanie młodzieńca miotającego się pomiędzy uczuciem do młodej, prostej dziewczyny a femme fatale dostarcza wielu estetycznych doznań. Pozycja obowiązkowa. [obejrzyj]

The Astronomer (2005, Kate McCartney) – opowieść o sędziwym specjaliście od zegarów, któremu przyszło mierzyć się z czasem także w nieco mniej dosłowny sposób. Narracyjna ulotność i symbolizm górują tu nad standardową, przejrzystą fabułą, a na płaszczyźnie emocjonalnej film ten kojarzy mi się trochę z najnowszą płytą The Notwist, na której niemiecki kolektyw podjął się zilustrowania dźwiękiem kosmicznych znalezisk z katalogu Messiera. W The Astronomer wyborne jest szczególnie zakończenie, przyozdobione jeszcze delikatnymi postrockowymi partiami. Czy to najbardziej wzruszający epilog ze wszystkich, które pojawiły się w wymienionych wyżej obrazach? Bardzo możliwe, a tym samym trudno chyba o lepszą filmową puentę dla tego artykułu, bo choć oczywiście wciąż powstają filmy utrzymane w opisywanej tu stylistyce, żaden z nich, może poza fragmentami (ilustrującymi miłosne podboje bohatera) Vie et mort de l’illustre Grigori Efimovitch Raspoutine (2013) autorstwa Celine Devaux, nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jak te wyżej wymienione. Mam jednak nadzieję, że na horyzoncie szybko pojawią się kolejne animowane arcydzieła na szkle, bo przecież, w kontekście co najmniej kilku z opisanych tu produkcji, użycie przedrostka „arcy” jest naprawdę zasadne. [obejrzyj]