popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Ostatni milion („Nebraska”)
DSC06164
RECENZJE | 10.03.2014

Ostatni milion („Nebraska”)

Wyobraźcie sobie, że nie wiecie, kto wyreżyserował filmy z tegorocznego oscarowego wyścigu, a ktoś prosi was o dopasowanie nazwisk reżyserów do tytułów. Z kilkoma filmami byłby problem, ale na pewno nie z Nebraską. W jej przypadku nazwisko Alexandra Payne’a nasuwa się samo. Wcale nie dlatego, że to rodzinny stan reżysera. Raczej z tego powodu, że Payne jak nikt inny potrafi w tak groteskowy, a jednocześnie ciepły sposób pokazywać małomiasteczkową Amerykę. W tym sensie Nebraska niby jest powtórką z jego poprzednich filmów drogi (Schmidt, Bezdroża), a jednak na ich tle sprawia wrażenie obrazu znacznie dojrzalszego, przemyślanego i mniej szarżującego. Nie odbywa się to jednak ze szkodą dla widza, który znów ma okazję uśmiechnąć się pod nosem, podczas gdy w duszy rozlega się donośny rechot.

Woody Grant (świetny Bruce Dern) mieszka w Billings w stanie Montana. Jest mało sympatycznym, niedołężniejącym starcem z alkoholową przeszłością. Niczego już od życia nie wymaga, całkowicie podporządkowuje się silniejszej charakterologicznie żonie. Wszystko zmienia list, z którego Woody dowiaduje się, że wygrał na loterii milion dolarów. By odebrać nagrodę, wystarczy stawić się w Lincoln w stanie Nebraska (zaledwie 800 mil drogi). Syn Woody’ego, David, doskonale wie, że rzekoma wygrana to dęta sprawa, a jednak postanawia – dla świętego spokoju – zawieźć ojca do Nebraski.

Porównanie opowieści Payne’a do Prostej historii Davida Lyncha jest jak najbardziej na miejscu. Tam staruszek przemierzał Amerykę kosiarką, by pojednać się ze swoim bratem. I właśnie geneza tej starczej odysei różni Nebraskę od Prostej historii. U Payne’a nie ma ckliwości – nikt nikomu nie wybacza, choć rodzinna przeszłość do najłatwiejszych nie należy. Czyniąc bohaterami podróży ojca i syna, łatwo było wpaść w pułapkę taniego sentymentalizmu. W Nebrasce udało się tego uniknąć: szczytem bliskości między ojcem i synem jest wspólne wypicie piwa w podłym barze. Payne ma nad Lynchem jeszcze jedną przewagę. Świat, który opisuje, zgłębił już w poprzednich swoich dziełach, tu jedynie nadaje mu ostateczny sznyt. Lynch z kolei za pomocą Prostej historii uczynił stylistyczną woltę – po Twin Peaks, Dzikości serca i Zagubionej autostradzie porwanie się na tak „ludzką” opowieść musiało skończyć się choć częściowym wpadnięciem w pewien schemat, czego Nebrasce zarzucić nie sposób.

Wbrew pozorom Woody nie jest klasycznym głównym bohaterem. Więcej uwagi Payne poświęca jego synowi oraz mieszkańcom małego miasteczka Hawthorne, w którym stary Grant kiedyś mieszkał, a w którym teraz zatrzymał się w swojej drodze po upragniony milion. Między Davidem a tą dziwaczną zbiorowością toczy się nierozstrzygalna gra o przekabacenie staruszka. Krewni i dawni znajomi nagle przypominają sobie o dawnych długach Woody’ego, zaś Grant junior bezskutecznie próbuje wytłumaczyć im, że wygrana na loterii to tylko efekt starczej demencji. Sam Woody zdaje się nie zwracać uwagi na te rozgrywki. Jak współczesny Don Kichot jest zupełnie owładnięty swoją absurdalną idée fixe. Rycerz z La Manchy walczył z nieistniejącymi wiatrakami, staruszek z Nebraski walczy o nieistniejący milion dolarów.

W mieszkańcach Hawthorne całe małomiasteczkowe Stany Zjednoczone mogłyby się przejrzeć jak w lustrze. Życie prowincjuszy toczy się leniwie, czas odmierzany jest między jednym a drugim niedzielnym meczem w telewizji. Siedzenie na werandzie i rozmawianie o samochodach urasta do rangi najważniejszych zajęć lokalnej społeczności. To oczywiście krzywe zwierciadło, do którego Payne zdążył nas już przyzwyczaić. Jednak to, co w jego poprzednich filmach było śmieszne, tu chwilami bywa straszne. Obłuda i oczy, które niezdrowo świecą się na sam dźwięk słowa „dolar”, to grzechy główne ludzi sportretowanych w Nebrasce.

Nie mamy jednak do czynienia z filmem pozbawionym walorów komediowych. Ich głównym nośnikiem jest rewelacyjna June Squibb w roli żony głównego bohatera. Stworzyła żeński odpowiednik oscarowej roli Alana Arkina z filmu Mała Miss – Kate Grant jest równie pewna siebie, ma tak samo niewyparzony język i podobnie łatwo zjednuje sobie serce widza. Tym większy podziw należy się Squibb, że tak wyrazistą postać wykreowała za pomocą bardzo oszczędnych środków.

Ascetyczne są również zdjęcia Phedona Papamichaela. Statyczne ujęcia doskonale korespondują z dynamiką życia miasteczka Hawthorne. Zdecydowanie się na film w czerni i bieli to wybór na przekór wszelkim prawidłom hollywoodzkiego kina drogi, którego stałym elementem są przecież barwne ujęcia krajobrazu właściwego bezkresnym amerykańskim autostradom. W Nebrasce twórcy zrezygnowali z tych smaczków na rzecz większej jedności formy opowiadanej historii. Wyszli z tego obronną ręką, o czym świadczą nominacje do najważniejszych nagród dla Papamichaela.

Największą siłą Nebraski jest jednak to, z jaką gracją opowiada o rzeczach najważniejszych, czyli uciekaniu przed śmiercią i szukaniu własnej drogi. Ten ostatni motyw przewija się zresztą w niemal każdym filmie Alexandra Payne’a – reżysera, który swoją artystyczną drogę już odnalazł. Mam nadzieję, że będzie nią konsekwentnie kroczył przy okazji kolejnych filmów.

Nebraska, reż. Alexander Payne, USA (2013)

Jacek Skałecki

Jacek Skałecki

(ur. 1988) – urodził się i mieszka w Lublinie. Absolwent dziennikarstwa UMCS. Główny obszar zainteresowań to film: jako widz od zawsze, jako twórca od niedawna. Autor bloga www.zawiesina.blox.pl.