hugo
ARTYKUŁY | 02.04.2012

Opowieść o maszynie i magii – „Wynalazek Hugona Cabreta” Briana Selznicka

Georges Méliès, francuski iluzjonista i pionier kina, który jako jeden z pierwszych wprowadzał do swoich filmów elementy nieskrępowanej fantazji i cudowności, jest znowu w modzie. Przykłady? Duet Air wydał właśnie album Le voyage dans la lune, inspirowany najsłynniejszym chyba obrazem tego twórcy, a czeski zespół DVA odbył niedawno tournée po kilku miastach Polski, podczas którego zaprezentowany został ich autorski projekt Mélièso – pokaz czterech filmów Francuza przy akompaniamencie grupy.

Na ekranach kin wciąż można z kolei oglądać zrealizowany z ogromnym rozmachem film Hugo i jego wynalazek w reżyserii Martina Scorsesego, który również odwołuje się do Méliès i jego dzieł. Wzruszająca (przynajmniej mnie) historia o osieroconym chłopcu, niezwykłym automacie i tajemnicy właściciela sklepu z zabawkami przegrała co prawda w oscarowym wyścigu o statuetkę za najlepszy film z Artystą, ale Hugona… i tak warto obejrzeć. Chociażby po to, by zobaczyć, jak korzystając z najnowszych technologii, przypomina początki kina i swoistą magię leżącą u podstaw tego wynalazku. Trójwymiar i baśniowe wręcz zdjęcia mogą działać na dzisiejszych widzów tak, jak przed laty działał nie tylko pociąg wjeżdżający na stację w słynnym filmie braci Lumière, ale także (a może przede wszystkim) jak obrazy samego Georges’a Méliès. Tym bardziej godny uwagi wydaje się tekst, na podstawie którego napisany został scenariusz filmu Scorsesego. Mowa tu o niezwykłej książce Briana Selznicka Wynalazek Hugona Cabreta.

Sama historia przedstawiona w przeznaczonym dla młodych czytelników utworze Selznicka nie jest bardzo skomplikowana. Oto losy małego sieroty Hugona, mieszkającego w ukryciu w korytarzach paryskiego dworca, splatają się w zaskakujący sposób z życiem starego, zgorzkniałego sprzedawcy zabawek Papy Georges’a oraz jego rezolutnej chrześnicy Isabelle. Przypadek (a może raczej dociekliwość dziewczyny) sprawia, że chłopiec, próbując naprawić pozostawiony przez zmarłego ojca automat, odkrywa wielką tajemnicę sklepikarza – okazuje się on słynnym Georges’em Méliès, który porzucił kręcenie filmów i za wszelką cenę próbuje zapomnieć o swej przeszłości (warto nadmienić, że Selznick bazuje tu na prawdziwej historii odnalezienia zapomnianego reżysera przez dziennikarza filmowego). Książka (podobnie zresztą jak film Scorsesego) pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji, wzrusza i bawi, ale kończy się oczywiście przewidywalnie – Hugo rozwiązuje zagadkę związaną z automatem, Méliès i jego dzieła zostają wydobyte z otchłani zapomnienia, dobro jest nagrodzone, a czytelnik (nie tylko ten dziecięcy) – pokrzepiony i pocieszony. O oryginalności książki Selznicka nie przesądza zatem sama jej fabuła, korzystająca z wielu właściwych dla tego typu literatury rozwiązań. Znacznie ciekawsza okazuje się forma, jaką przybiera utwór. Najlepszą definicją wydają się tu słowa samego autora: Wynalazek Hugona Cabreta to bowiem nie do końca powieść, nie całkiem książka obrazkowa, tak naprawdę nie powieść graficzna, ani flipbook, ani film, lecz kombinacja tych wszystkich rzeczy. Co to oznacza w praktyce?

Chcę, abyś wyobraził sobie, że siedzisz w ciemnościach (…). Na ekranie wkrótce wzejdzie słońce i kamera zrobi najazd na dworzec kolejowy w centrum miasta. Poszybujesz przez drzwi do zatłoczonej dworcowej hali. Po chwili zobaczysz w tłumie chłopca, a on ruszy przed siebie. Idź za nim, to bowiem jest właśnie Hugo Cabret – takimi właśnie słowami zaczyna się książka Selznicka. Następne strony wypełniają czarno-białe ilustracje w przywołujących konwencję kina niemego ramkach. Przewracając je, nasze oko wędruje niczym oko kamery. Najpierw widzimy wypełniającą kadr tarczę księżyca, która dwie strony dalej ustępuje miejsca panoramie nocnego Paryża. Kolejne „ujęcia” przechodzą od planu totalnego, ukazującego miasto o wschodzie słońca, poprzez kadry prezentujące zewnętrze i halę dworca kolejowego, po detal – zbliżenie twarzy Hugona Cabreta. Następnie podążamy z bohaterem przez dworzec i wraz z nim (z perspektywy pierwszej osoby) przyglądamy się ukradkiem mieszczącemu się w hali sklepikowi z zabawkami oraz jego staremu właścicielowi. „Właściwy” tekst pojawia się dopiero na 56 stronie tylko po to, by już za chwilę ustąpić miejsca kolejnym rysunkom.

Rysunki Selznicka nie pełnią tu wyłącznie funkcji ilustracyjnej. Często bowiem to właśnie za ich pomocą opowiada się książkową historię. Kolejne wydarzenia są więc czytelnikowi prezentowane raz za pomocą tekstu, a raz właśnie poprzez pozbawione komentarza obrazy, jak na przykład we fragmencie książki, w którym inspektor dworcowy ściga Hugona po dworcu. Dzięki temu ilustracje niejako emancypują się i zyskują w utworze Selznicka taką samą rangę, jak słowo pisane, a może nawet i wyższą. Ciekawy jest również sposób wykorzystania w utworze samego tekstu. Niekiedy zajmuje on całą stronę, ale często na poszczególnych kartkach pojawiają się kilkuzdaniowe fragmenty, czy też nawet pojedyncze zdania. Miejsca takie przypominają pod względem graficznym napisy wprowadzane pomiędzy kolejnymi ujęciami w filmach niemych. Właśnie ta „filmowa” narracja, korzystająca na równi tak z możliwości dawanych przez obraz, jak i tych, które są właściwe dla tekstu, decyduje o specyfice książki Selznicka.

Kino pojawia się w Wynalazku… nie tylko na poziomie sposobu opowiadania. O filmie mówi się tu ciągle, w różnych rejestrach, ale najważniejsza jest oczywiście postać samego Georges’a Méliès. Zbeletryzowana historia odnalezienia reżysera przez młodego dziennikarza, w książce oczywiście znacznie przekształcona, służy Selznickowi do zaprezentowania elementów biografii tego niezwykłego twórcy, na tle przemian związanych z przemysłem filmowym w pierwszych dekadach XX wieku. Bohaterowie w swoich rozmowach nieustannie wracają także do klasycznych dzieł i postaci z epoki kina niemego, które ilustrowane są oryginalnymi fotosami z dawnych produkcji – np. Wjazdu pociągu na stację w Ciotat braci Lumière czy Jeszcze wyżej z Haroldem Lloydem. Inne ilustracje ukazują z kolei sceny z wielu dzieł nakręconych przez samego Méliès – Podróży na księżyc, Królestwa wróżek, Zdobycia bieguna i innych. W ten sposób książka Selznicka staje się nostalgiczną podróżą do początków kina, przybliżającą świat, w którym widzowie rzeczywiście bali się wjeżdżającego na stację pociągu, a filmy stawały się magicznymi obrazami przenoszącymi w krainę fantazji.

Wynalazek Hugona Cabreta, dzięki swojej specyficznej formie, ale też dzięki pewnym elementom treści, mówi jednak o czymś jeszcze. Książka wskazuje na wyjątkowość kina, które okazuje się zdolne do zniesienia fundamentalnej wydawałoby się opozycji między maszyną i magią, co zresztą sygnalizowała już swoją nazwą poprzedzająca je laterna magica (latarnia czarnoksięska). Emblematem niezwykłej właściwości tego wynalazku staje się naprawiany przez Hugona automat – z jednej strony będący fantastycznym wytworem techniki, a z drugiej – przedmiotem pełnym urzekającej cudowności. Podobnie samo kino łączy w sobie tak techniczne zagadnienia sensu stricto, jak iluzję i czary niczym z pokazów magicznych sztuczek. Nic więc dziwnego, że Martin Scorsese i pełniący funkcję producenta Johnny Depp przenieśli opowiedzianą przez Selznicka historię na srebrny ekran. Jeśli prawdą jest, że chcieli zrobić ten film po to, aby opowiedzieć własnym dzieciom o swojej pasji i miłości do kina, to nie mogli chyba znaleźć lepszej podstawy dla scenariusza niż właśnie Wynalazek Hugona Cabreta.