• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 27.08.2018
Ogry mają warstwy (Shrek)
Artykuły | 27.08.2018

Ogry mają warstwy (Shrek)

Jaki procent listy dialogowej z pierwszego Shreka znasz na pamięć?

Dzisiejsze Hollywood franczyzami stoi. W 2017 roku wszystkie filmy z pierwszej dziesiątki najlepiej zarabiających w USA to sequele, remaki lub fragmenty filmowych uniwersów. Oczywiście wysoka opłacalność sequeli nie jest nowym zjawiskiem, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat mocno się ono nasiliło.

W pierwszej dekadzie XXI wieku Hollywood z sukcesami kontynuowało, wznawiało lub napoczynało wiele franczyz. W latach 2001–2003 premiery miały kolejne trzy części Władcy pierścieni Petera Jacksona – pod względem realizacyjnym jedne z najodważniejszych filmów w historii kina. George Lucas dokończył nową trylogię Gwiezdnych wojen, zarzekając się, że to już na sto procent ostatnie części i nie ma szans na żadną kolejną.

Sam Raimi dość nieoczekiwanie odniósł sukces, realizując filmowego Spider-Mana, którego równie nieoczekiwanie zamordował po pięciu latach. Z kolei Christopher Nolan odkopał zamęczonego w latach 90. Batmana i opowiedział jego historię na nowo w sposób tak efektowny, że przez kolejną dekadę z hakiem dziesiątki reżyserów próbowały z mniejszymi lub większymi sukcesami małpować jego styl. Z kolei wytwórnia Marvel Studios ruszyła z dziwacznym i ryzykownym projektem wielkiego filmowego uniwersum, wypuszczając pod koniec dekady udanego Iron Mana.

Wymieniać można by jeszcze długo, bo lata 2001–2010 to i Piraci z Karaibów, i trylogia o Dannym Oceanie, i cztery pierwsze części Szybkich i wściekłych, i efektowna reinterpretacja postaci Jamesa Bonda, i pięć części Harry’ego Pottera. I wiele innych.

Ale jedną z najważniejszych – a kto wie, czy nie najważniejszą dla pokoleń urodzonych pod koniec lat 90. – była seria filmów oparta na niepozornej, kilkudziesięciostronicowej książeczce pisarza i rysownika Williama Steiga.

 

Droga przez bagno

Shrek wcale nie był projektem skazanym na sukces. Po pierwsze: brał na warsztat nieznaną szerszej publiczności postać, którą dopiero w filmie otoczyły znajome twarze z baśni i animacji Disneya.

Po drugie: stworzyła go stosunkowo młoda firma Dreamworks, która miała na koncie kilka głośnych hitów (Szeregowiec Ryan, American Beauty, Gladiator), ale żadna z ich animacji nie zarobiła zbyt wiele. Mrówka Z czy Książę Egiptu były bardzo ambitnymi i nieco ekscentrycznymi projektami, ale box office’u – delikatnie rzecz ujmując – nie zawojowały. Dla przeciętnego widza gwarancją jakości w kwestii animowanych pełnych metraży wciąż był Disney.

Po trzecie: choć Spielberg wykupił prawa do filmu już rok po wydaniu książki (w 1991), projekt był zarzucany i wznawiany przez wiele lat. Jeszcze w pierwszej połowie lat 90. Shrek miał być animacją dwuwymiarową, a głosu tytułowemu bohaterowi użyczył Chris Farley (Wielki Biały Ninja). Aktor nagrał niemal wszystkie kwestie, ale zmarł w 1997. Studio musiało więc szukać zastępcy.

Na marginesie: na YouTubie da się znaleźć jeden z dialogów w wykonaniu Farleya:

Rolę Shreka zaproponowano m.in. Nicolasowi Cage’owi, a jeszcze wcześniej Spielberg widział w tej roli Billa Murraya (towarzyszyć mu miał Steve Martin jako Osioł). Ostatecznie czwórkę głównych bohaterów zagrali: Mike Myers (Shrek), Eddie Murphy (Osioł), Cameron Diaz (Fiona) i John Lithgow (Farquaad).

 

Anty-Disney

„Czy Shrek to antydisnejowska baśń?” – pytała w 2001 roku w nagłówku dziennikarka „Entertainment Weekly” Lori Reese, gdy miesiąc po premierze animowanego bromance’u ogra i osła było już pewne, że film stał się hitem.

Porównania z Disneyem nie były przypadkowe – Shrek był pierwszym dowodem na to, że z Myszką Miki można nie tylko stanąć w szranki, ale i wygrać. Wchodząca na ekrany kilka tygodni później, konkurencyjna Atlantyda – zaginiony ląd stała się finansową klapą – przy budżecie w wysokości 120 milionów dolarów zarobiła niecałe 200 milionów. Z kolei dwa razy tańszy Shrek zarobił prawie pół miliarda.

Być może gdyby nie przebój z 2001 roku, Dreamworks nie byłby dziś największym konkurentem Disneya. Oliwy do ognia dolewał fakt, że szefem działu animacji w Dreamworks był wówczas (i jest nim zresztą do dziś) Jeffrey Katzenberg – wcześniej wieloletni prezes Walt Disney Studios odpowiadający za cztery najważniejsze filmy z okresu nazywanego dziś renesansem studia (Król Lew, Piękna i Bestia, Mała syrenka, Aladyn). Katzenberg kilka lat wcześniej, przed przejściem do Dreamworks, rozstał się z korporacją z Burbank w toksycznej atmosferze. Do dziś trwają spekulacje, czy postać lorda Farquaada nie jest aby przypadkiem szyderą z ówczesnego CEO Disneya, Michaela Eisnera. Obaj panowie byli wówczas w otwartym konflikcie.

 

I grzecznie, i niegrzecznie

Wróćmy jednak do pytania zadanego przez Lori Reese: czy Shrek to rzeczywiście antydisnejowska baśń?

Shrek (dla ułatwienia potraktuję w tym miejscu wszystkie części jak jeden film) przede wszystkim kwestionował i wykręcał tradycyjne, baśniowe tropy. Fiona świeżo po wyjściu z wieży nie pozwala się „ratować” wbrew swej woli, a maczystowskich przemocowców, którzy chcą decydować za nią, bije po mordach. Tradycyjny „książę z bajki” jest piękny, ale zarazem głupi, pusty i pyszałkowaty. I żadna z występujących w filmie księżniczek nie chce tracić na niego czasu. I tak dalej, i tym podobne.

Jednak pośród „krawędziowych” scenek, w których Shrek zajmuje się m.in. pierdzeniem i bekaniem, kryje się cała masa tradycyjnych disnejowskich tropów, tylko ukazanych w nietypowym kontekście. Mamy więc bohaterów, którzy zakochują się w sobie w ciągu kilku dni, upartą i waleczną księżniczkę, brzydala o złotym sercu. Twórcy czterech części Shreka nie postawili więc przetwarzanych przez Disneya motywów na głowie – co najwyżej lekko je wykrzywili i zabawili się z przyzwyczajeniami widzów.

Co ciekawe, Shrek w kolejnych sequelach reinterpretuje nie tylko kolejne baśniowe motywy, ale i… swój własny świat przedstawiony. By zachować świeżość, każda kolejna część coraz mocniej kombinuje, modyfikuje bohaterów, wsadza ich w coraz bardziej nietypowe okoliczności. Osioł w drugiej części staje się rumakiem, w trzeciej zamienia się ciałami z Kotem w Butach. Shrek w drugiej części staje się człowiekiem, a w czwartej odwiedza alternatywną rzeczywistość, w której nigdy się nie urodził.

Te wszystkie zabiegi miały pozwolić serii zachować świeżość, ale i tak złapała ona zadyszkę przy trzeciej części, która nie tylko zarobiła sporo mniej od hitowej „dwójki”, ale też została chłodno przyjęta przez krytyków. Studio postanowiło więc zakończyć sagę na czwartej części. I – jak do tej pory – o premierze „piątki” nic nie wiadomo.

 

Shrek a sprawa polska

Pierwszy Shrek obficie nawiązywał do współczesności – nie tylko popkultury, ale też aktualnych wydarzeń i bieżącej polityki. I do szeroko pojętych „dorosłych” tematów. Niekiedy po bandzie – jak w scenie, w której Ciastek jest „waterboardowany” mlekiem. Z kolei druga część serii aż trzykrotnie, na przykładzie trzech różnych postaci, żartuje z transwestytyzmu i transseksualizmu.

Jednak taka aluzyjność nie była nowością w amerykańskich animacjach pełnometrażowych – w Disneyowskim Aladynie Robin Williams w dużej mierze improwizujący rolę Dżina zmieniał się m.in. w Jacka Nicholsona, Arnolda Schwarzeneggera czy w Carol Channing. Późniejszy Herkules przedstawiał kult tytułowego bohatera w celebrycko-kapitalistycznej otoczce.

Shrek ze swoimi mocno osadzonymi w amerykańskiej rzeczywistości żartami nie był zatem niczym nowym.

Przynajmniej dla Amerykanów.

Bo Polacy chyba po raz pierwszy mieli okazję usłyszeć w mainstreamowej hollywoodzkiej produkcji żarty odnoszące się do polskiej rzeczywistości.

Tłumacz Bartosz Wierzbięta postanowił sprawić, by Shrek był bliższy polskiemu widzowi. Czasem zmieniając niezrozumiałe nad Wisłą aluzje (dla przykładu Muffin Man z popularnego w krajach anglosaskich dziecięcego wiersza w Polsce został Żwirkiem i Muchomorkiem). Innym razem dopisywał zupełnie nowe żarty – podczas gdy w jednej z pierwszych scen Jerzy Stuhr w roli Osła parafrazuje piosenkę Śpiewać każdy może, w oryginale postać nie śpiewa żadnej piosenki.

Decyzje Wierzbięty nie tylko wprost przełożyły się na sukces kasowy Shreka w Polsce (głośno było nie tylko o filmie – ludzie polecali sobie przebój Dreamworks również ze względu na tłumaczenie), ale też dały początek podobnym tendencjom, określanym później mianem „wierzbiętyzmów”. Zresztą z czasem „spolszczanie spolszczania” stawało się coraz bardziej absurdalne – np. gdy w tłumaczeniu pełnometrażowych Simpsonów padło odniesienie do Romana Giertycha, a Homer użył słowa „mohery”.

 

Shrek is Love, Shrek is Life

Shrek jest też jednym z najbardziej memicznych obrazów powstałych już w czasach powszechnego dostępu do internetu. „Dlaczego internet ma obsesję na punkcie Shreka?” – dramatycznie pytano w nagłówku z serwisu „The Atlantic” w 2014 roku.

Rzeczywiście – mniej więcej w okolicach 2010 roku sieć zaczęła zalewać fala mniej lub bardziej dziwnych komiksów, memów i animacji związanych z postacią ogra. Jedną z bardziej znanych jest ekranizacja pasty „Shrek is Love, Shrek is Life” z 2014 roku, której twórca… a zresztą, co ja będę opowiadał. Obejrzeć ją można tutaj:

W ostatnich latach popularność zyskała ponownie znana z filmu piosenka All Star zespołu Smash Mouth. Shrek stał się też bohaterem niezliczonych dank memów.

Być może za tym ironicznym zainteresowaniem stoi pokolenie, które dorastało wraz z czterema kolejnymi częściami Shreka. Kto wie, czy Jeffrey Katzenberg – zwróciwszy na nie uwagę – nie zdecyduje się na powrót ogra na ekrany?

Wszak Hollywood nie tylko franczyzami dziś stoi. Dzisiejsze Hollywood stoi też nostalgią.

Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski

(ur. 1987) – wchłania sporo popkultury, przede wszystkim w postaci komiksów (głównie europejskich), filmów (głównie amerykańskich) i płyt (głównie niepolskich). W wolnych chwilach pisze i rysuje komiksy. Admin fanpage’a Liczne rany kłute. Parę lat temu zrobił licencjat z andragogiki i nie chce mu się robić magistra.