everydayisforthethief
RECENZJE | 12.05.2014

Odwrót syna marnotrawnego (Teju Cole „Every Day Is for the Thief”)

Modelowa powieść emigracyjna skonstruowana jest według tropu narracyjnego określanego mianem fish out of water („ryba wyciągnięta z wody”): przenieś postać ze znanego jej środowiska w takie, które jest jej zupełnie obce i zmuś ją, by przeszła wewnętrzną przemianę oraz pełna szczerości i pasji odpowiedziała na sokratejskie pytania „kim jestem?” i „jak mam żyć?”. Protagonistka kierowana motywacją wewnętrzną lub/i zewnętrzną opuszcza kraj, w którym się urodziła i wychowała, by udać się w obce strony i tam, w zderzeniu z odmienną kulturą i/lub na ogół nieprzychylnym jej społeczeństwem, negocjować własną tożsamość, ostatecznie ponosząc przy tym klęskę albo radośnie odchodząc w stronę zachodzącego słońca.

Teju Cole, amerykański powieściopisarz i fotograf pochodzący z Nigerii, laureat PEN/Hemingway Award za Open City, swój debiut na rynku angloamerykańskim, proponuje czytelnikowi powieść emigracyjną à rebours. Narratorem swojej książki Every Day Is for the Thief uczynił studenta medycyny, który po piętnastu latach wraca z Nowego Jorku do nigeryjskiego Lagos i z goryczą zdaje sobie sprawę z tego, że nawet jeśli on sam wciąż jest rybą, to woda, mętna i niemal całkowicie pozbawiona tlenu, na pewno przestała już być jego naturalnym środowiskiem. Every Day Is for the Thief jest pierwszą powieścią Cole’a, opublikowaną w 2007 roku przez niewielkie wydawnictwo i dotychczas dostępną jedynie w Nigerii; autor postanowił jednak po siedmiu latach wydać książkę raz jeszcze, w zmienionej i poprawionej wersji.

Tytuł powieści zaczerpnięto z przysłowia ludu Jorubów: ojo gbogbo ni t’ole, ojo kan ni t’olohun – „każdy dzień należy do złodzieja, ale pewnego dnia właściciel upomni się o swoje”. Bezimienny narrator chce odbyć podróż sentymentalną do kraju dzieciństwa i bardzo wczesnej młodości, ale współczesna Nigeria, jak przebiegły złodziej, już na samym początku okrada go ze złudzeń i mówi: „twój plan się nie powiedzie, a ja na dodatek pozbawię cię naiwnie wyidealizowanych wspomnień”. Jeszcze w Nowym Jorku dowie się, co oznacza życie w dzisiejszej Nigerii (jako dziecko mógł tam pozwolić sobie na to, by jedynie biegać po łące i znać tylko kwiecie): kiedy składa w konsulacie wniosek o odnowienie paszportu, staje przed wyborem, z którym nigdy wcześniej nie musiał się mierzyć – jeśli wręczy urzędnikowi kilkudziesięciodolarową łapówkę, otrzyma nowy dokument już za tydzień, jeśli tego nie zrobi, paszport trafi do niego za trzy tygodnie, a jeśli poinformuje zwierzchników urzędnika o próbie przekupstwa, cała procedura potrwa nawet kilka miesięcy. Skorzysta z pierwszej możliwości, ale od tej pory stanie się iudex suspectus, nie będzie już potrafił bezstronnie osądzać Nigerii i jej mieszkańców. Z przekupstwem spotka się również na lotnisku, przy bramce wjazdowej na autostradzie, zatrzymany przez policjantów, kiedy nie zauważy przemyślnie ukrytego znaku drogowego, na stacji benzynowej, gdzie będzie chciał kupić ropę, by zasilić generator prądu, z którego co wieczór musi korzystać z powodu regularnych awarii sieci elektrycznej. I chociaż, jak w przysłowiu, upomni się o swoją Nigerię, to w pewnym momencie zda sobie sprawę z tego, że wchłonął w siebie niektóre z przekonań o tym, jak wygląda życie w zachodniej demokracji (…) i w tym sensie powrócił [do Nigerii] jako obcy.

A Nigeria, do której powraca, jest krajem rządzonym przez zasadę ironii, systematycznie rozmywającą granicę pomiędzy tym, co dostrzegalne, i tym, co ukryte. Zgodnie z prawidłami nieformalnej ekonomii Lagos urzędnikom i policjantom przyjmowanie łapówek przychodzi łatwiej niż oddychanie nawet wtedy, gdy za ich plecami stoi billboard z całą powagą stwierdzający, że korupcja jest bezprawna – bo przecież potrzebują pieniędzy, których potrzebować nie powinni i robią coś, czego zrobić nie mogą lub nie robią czegoś, co zrobić muszą. Restauracje są powszechnie dostępne, chociaż jada w nich jedynie niewielka grupa uprzywilejowanych mieszkańców Lagos. Sklepy muzyczne oferują najnowsze albumy, których nie można kupić, a jedynie za umiarkowaną sumę otrzymać ich piracką, choć zupełnie oryginalną kopię; prawo, chociaż obowiązuje, nie jest przestrzegane ani egzekwowane. Nigeryjczycy są najszczęśliwszym i najbardziej religijnym narodem świata, nawet jeśli zajmują czołowe miejsca w rankingach krajów o najwyższym wskaźniku przemocy i największej liczbie katastrof lotniczych.

Czarno-białe fotografie autorstwa samego Cole’a zamieszczone w Every Day Is for the Thief wzbogacają główny nurt tekstowej narracji. Jak u Sebalda czy Rachel Kushner w The Flamethrowers mariaż słów i obrazów sprawia, że powieść nabiera charakteru na poły dokumentalnego, balansując pomiędzy fiction oraz non-fiction i każąc czytelniczce zwrócić uwagę na biograficzne symetrie pomiędzy narratorem a autorem tekstu (kraj pochodzenia, studia, związek ze sztuką, poglądy). Cole łączy ze sobą sceny i rozdziały w taki sposób, by jego powieść przypominała album z podróży, czasem złożony z wyrazistych obrazów skupionych na szczególe, a czasem z rozmazanych mgnień oka, zupełnie jakby próbował zamknąć w języku wszystko, czemu ten, jako medium ułomne, irytująco nieprecyzyjne, sprostać nie może. Właśnie wtedy Cole mówi, byśmy po prostu patrzyli, bo w Nigerii często pisanie jest trudne, a czytanie niemożliwe.

Every Day Is for the Thief jest w pewnym sensie literaturą podróżniczą nie dlatego, że jej narrator podróżuje „do” Lagos, ale dlatego, że niczym postkolonialny flâneur podróżuje „po” Lagos i jego przedmieściach, a robi to nie tylko, by zapamiętywać, lecz również, by sobie przypominać: ludzi, miejsca, zdarzenia. Powrót do przeszłości ma dla niego zawsze słodko-gorzki posmak, bo za każdym razem zaczyna zdawać sobie sprawę, że bezwzględna teraźniejszość skutecznie pozbawia go możliwości egzystowania w jasnej i czystej przestrzeni wspomnień. Rozczaruje go ponowne spotkanie z pierwszą dziewczyną, zawstydzi wizyta dawnego przyjaciela, który również jest lekarzem in spe, ale wykonuje swoją pracę za głodowe stawki, zawód sprawią mu odwiedziny w dawnej szkole. Porusza się po Lagos przede wszystkim autobusem (charakterystycznym afrykańskim danfo) i pieszo, chcąc dzięki temu na powrót stać się zwykłym Nigeryjczykiem, wydostać się z szarej strefy pomiędzy obcym i nie-obcym, ale gdy na jednym z targowisk sprzedawca uzna go za oyinbo, cudzoziemca, zrozumie, że już nigdy nie zdoła uniknąć drażniącego go rozszczepienia, jednoczesnego bycia-stamtąd i bycia-stąd.

J.M. Coetzee w filmie dokumentalnym Van de schoonheid en de troost (wyprodukowanym przez holenderską telewizję VPRO) mówi, że tym, co dla niego w RPA prawdziwie cenne, jest afrykańska przyroda, dzika i niewinna zarazem, istniejąca niejako poza czasem, niezmieniona przez jego upływ, dająca możliwość ucieczki z teraźniejszej rzeczywistości. Dla narratora powieści Cole’a nigeryjska fauna i flora znaczy równie wiele, stanowiąc o wyjątkowości Afryki: bez spalin, bez lśniących wieżowców i sześciopasmowych autostrad. Gdy będzie chciał znowu zachwycić się widokiem wąwozu położonego za domem swojej ciotki, przekona się jednak, że ten już dawno utracił swą niegdysiejszą doskonałość, która kiedyś bywała źródłem bezinteresownego zachwytu. Drzewa wycięto, a teren przystosowano pod budowę domów. Wyłaniają się z niego szpetne budynki w różnych stadiach rozwoju. Do domów jak rzepy przyczepiają się białe talerze anten telewizyjnych. W oddali stoi na wpół zbudowany ewangelicki kościół ogromnych rozmiarów. W sztuce tracenia trudno jest dojść do wprawy.

Już po powrocie do zasypanego śniegiem Nowego Jorku, walcząc z jet lagiem, narrator w sennej wizji raz jeszcze udaje się do Lagos; tym razem miasto przypomina mu labirynt, którego wijące się ścieżki prowadzą w końcu do sensownego środka. Do jakiego centrum dotrze? Ujrzy stolarzy, którzy w skupieniu przygotowują dziesiątki prostych, niewyszukanych trumien i zobaczy kobiety pomagające w przygotowaniu ciał do ostatniej podróży, zmywające z nich to, co pozostało z ojca, matki lub dziecka, wkładające ich ciężkie kończyny do nowych ubrań, pokrywające twarze pudrem, wcierające olejek kokosowy we włosy i skórę na głowie. I właśnie wtedy zrozumie, że nie zdoła wrócić do Nigerii, już nigdy. Już nigdy.

W Every Day Is for the Thief Cole nie przyjmuje jedynie roli kronikarza lokalnych zmian. Powrót do Nigerii jest dla niego niczym powtórne podniesienie do ust łyżeczki herbaty, w której rozmoczono kawałek magdalenki. Konkret staje się sposobem na to, by raz jeszcze schwycić minione wrażenia, blaknące obrazy, wątłe zapachy i smaki. I właśnie to sprawia, że książka Cole’a nie jest jedynie quasi-dziennikarskim raportem z podróży, ale godną uwagi literaturą, która z całą słusznością rości sobie prawo do uniwersalizmu.

 

Teju Cole

Every Day Is for the Thief

Random House, 2014

Liczba stron: 176