Tomasz Tyndyk5
ARTYKUŁY | 26.11.2012

O mojej miłości do Ciebie, Tomku Tyndyku!

Niech za punkt wyjścia dla poniższych rozważań posłuży założenie, że polskie kino lubi dwa rodzaje etykiet stygmatyzujących biografie aktorskie. Albo jesteś aktorem mainstreamowym (i piszą o tobie w tabloidach), albo podziemnym/niszowym/niezależnym artystą, a źródła twojego utrzymania spowijają mroki archiwów i z pewnością nie pochylą się nad nimi brukowce. Reasumując – w Polsce mamy aktorów znanych i zarabiających oraz (jak się dawniej mówiło) – teatralnych. O tych drugich nie wiemy zbyt wiele, pierwsi wyskakują jak króliki z kapelusza w mniej lub bardziej odpowiednim momencie. Nie chodzi nawet o to, że w kinie gatunków występują wciąż ci sami aktorzy, a listy obsadowe nie ulegają większym zmianom, ale przede wszystkim o to, że praktycznie nie ma dzisiaj znaczenia, czy rolę podtatusiałego wesołka/ rezolutnego chłopka roztropka/ faceta w typie „mam dwie ręce, nimi kręcę” zagra Szyc, Karolak, albo nawet Lubaszenko (junior). Obsadzanie „po warunkach” to rzecz naturalna, ale polskie kino lubi eksploatować aktora ponad wszelkie granice rozsądku, a potem porzucić go z etykietką: „wesoły Romek”, „bywalec blokowisk”, przyczyniając się do tego, że często zdolni aktorzy „przeżuci” trafiają ostatecznie na taśmę produkcyjną, gdzie ciągle odtwarzają tę samą postać.

Niech przykładem będą Cezary Pazura i Borys Szyc, reprezentujący inną generację aktorską. Jednak ich kariera potoczyła się w podobny sposób – aktor o zawadiackim emploi, będący odkryciem sezonu, idzie od jednej brawurowej roli do drugiej (w przypadku Pazury były to Kroll oraz Psy, w przypadku Szyca – Symetria) i nagle ten ulubieniec tłumów, przyjmując rolę za rolą, za późno dostrzega, że cały czas gra to samo. Pazura nie miał życia po 13 posterunku (i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić), a Szyc po wygłupach w filmach docelowo realizowanych z marzeniem o widowni szkolnej (Bitwa pod Wiedniem, Bitwa Warszawska) także stracił gdzieś młodzieńczy urok, zadzior z Wojny polsko-ruskiej czy brawurową ekspresję z Symetrii albo wdzięk Oficera. Nagle okazało się, że popełnił ten sam błąd co Pazura – rozmienił się na drobne. Obydwaj aktorzy z czasem po prostu „przejedli się” widowni i dzisiaj mają podobny problem – nikt nie chce ich oglądać. Szyc popełnił wiele niewybaczalnych błędów przy doborze ról (albo były to mocno nadęte eposy historyczne, albo egzemplifikacja polskiego biesiadnego cwaniactwa).

Patrząc na wiele zmarnowanego potencjału (o którym, jako nowym zjawisku w naszym życiu społecznym, całkiem wdzięcznie i z humorem pisał Michał Witkowski), warto tym bardziej zwrócić uwagę na tych aktorów, którzy konsekwentnie i z namysłem wybierają propozycje filmowe, a także zwracają uwagę widzów na zmiany, których boi się część polskiego środowiska filmowego. Bez wątpienia takim przykładem jest kariera aktorska Tomasza Tyndyka.

Tyndyk to jeden z tych aktorów, o którym słyszeliśmy, ale często nie wiemy, w jakich okolicznościach. Większość jego wybitnych ról zrodziła się na deskach teatralnych, a tym samym znana jest widzom odwiedzającym Rozmaitości (Anioły w Ameryce na podstawie sztuki Tony’ego Kushnera) czy wcześniej Teatr Dramatyczny we Wrocławiu (Oczyszczeni na podstawie dramatu Sarah Kane). Jednak dwa ostatnie filmy z udziałem Tyndyka dowodzą, że to świetny aktor filmowy, którego kamera uwielbia i dlatego co najmniej zastanawiające jest, dlaczego nie może trafić do mainstreamu. Jego talent jest do zagospodarowania i, o ile rozważnie się nim dysponuje, nie trzeba popadać w takie skrajności jak wspomniani Szyc czy Pazura. Wiadomo, że od roli w filmie Macieja Żaka (chociaż jego Supermarket jest świetny) czy Łukasza Karwowskiego (to on jest ojcem „sukcesu” Kac Wawa) do prowadzenia Sylwestra dla TVP1 droga niedaleka, ale znamy przecież bardzo popularnych aktorów występujących w filmie i telewizji równocześnie, którzy po prostu dokładnie czytają scenariusze. Wychodzę z założenia, że skoro mamy tak utalentowanych aktorów, to warto, żeby tym talentem mogła cieszyć się jak największa grupa ludzi. Nie bez powodu wybrałam casus Tyndyka. Jego role w filmach – W sypialni debiutującego Tomasza Wasilewskiego i Sekrecie Przemysława Wojcieszka – są na tyle interesujące, że warto o nich mówić i zachęcić widzów, żeby ośmielili się obejrzeć polskie kino w nieco mniej spektakularnej wersji niż dotowana przez TVP albo TVN. Obydwa filmy mają za sobą tournée festiwalowe i spotkały się z głośnymi dyskusjami – od przychylnych głosów po mocną dezaprobatę. W sypialni pokazywane było zarówno w Karlowych Warach, jak i Kownie czy Zurychu, o krajowych pokazach (Gdynia i Koszalin) nie zapominając. Obecnie film Wasilewskiego dostępny jest w dystrybucji kinowej (premiera miała miejsce 26 października).

Co ciekawe i warte podkreślenia, to fakt, że obydwa filmy bez udziału Tomasza Tyndyka po prostu nie istnieją. O ile W sypialni Wasilewskiego opiera się na dwóch postaciach – wykreowanej przez Tyndyka roli Patryka i Edycie (Katarzyna Herman), o tyle Sekret to tylko Tomasz Tyndyk. Zaryzykuję stwierdzenie, że obsadzenie w roli Ksawerego jakiegokolwiek innego polskiego aktora zakończyłoby się katastrofą. W sypialni i Sekret to zupełnie inne obrazy, odmienne kreacje aktorskie Tyndyka, ale warto o nich mówić, ponieważ nie są to filmy z wysokim budżetem (zwłaszcza W sypialni, które kosztowało osiem tysięcy złotych) i agresywną promocją, a tym samym informacji o nich trzeba po prostu szukać, bo przez przypadek ich nie znajdziemy.

W sypialni Wasilewskiego stanowi próbę zerwania z polską tradycją konsekwentnego, chronologicznego opowiadania historii od początku do końca. Wasilewski inspirował się twórczością Ozona, Almodóvara, Hanekego, o czym sam mówił, a i tak podczas gdyńskiego festiwalu padały pytania: „no ale jak to w końcu było: oni byli razem czy nie?”. Świadczy to o naszym przyzwyczajeniu do opowiadania historii, która musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie, czego z pewnością nie ceni wysoko jako metody narracyjnej ani Wasilewski, ani Wojcieszek, który w Sekrecie także nie przywiązuje wielkiej wagi do linearnego opowiadania historii. O ile W sypialni to mała, intymna opowieść o zagubieniu, bezradności i desperackim poszukiwaniu nowego miejsca w życiu, o niespełnieniu i braku szansy na otwarcie „nowego rozdziału”, o tyle Sekret jest obrazem nadmiernie epatującym poczuciem bezradności i zagubienia. Dużo bliżej mu do głośnej Obławy i Pokłosia niż debiutu Wasilewskiego. W końcu Wojcieszek także mówi o historycznych winach Polaków i o tym, że w każdym momencie może pojawić się ktoś i powiedzieć: „sprawdzam, co dokładnie robiłeś podczas wojny”.

Sekret opowiada historię trzech osób – Karoliny, szukającej wojennej prawdy, wnuka Ksawerego i dziadka Jana, lokalnego bohatera podejrzewanego o zamordowanie w czasie wojny żydowskiej rodziny. Po ponad pół wieku od tamtych wydarzeń w domu domniemanego mordercy pojawia się potomkini zamordowanych i chce znaleźć odpowiedzi na niewygodne pytania. Ich poszukiwanie, szaleńcze sprawdzanie śladów, tropów, wyszukiwanie dowodów, jest głównym motywem działań nie tylko dziewczyny, ale i Ksawerego – wnuka sekundującego na przemian raz jednej, raz drugiej stronie. W roli wnuka, który na co dzień występuje w spektaklach drag queen, pojawia się właśnie Tomasz Tyndyk. Kto nie widział jego brawurowej roli, wymagającej nie tylko wielkiej sprawności fizycznej, ale i odwagi zmierzenia się z reakcją publiczności (w końcu żyjemy w kraju, gdzie aktorzy ciągle odrzucają role gejów i lesbijek z obawy na uliczny ostracyzm), a także skomplikowanej pod względem budowania portretu psychologicznego dla postaci, powinien zobaczyć Sekret właśnie ze względu na Tyndyka. Sposób, w jaki swoje filmy realizuje Wojcieszek, ma albo zwolenników, albo zdecydowanych przeciwników. Nawet jeśli męcząca może być maniera reżysera objawiająca się kolażem materiałów, wtrącaniem nadmiaru erudycyjnych akcentów (jak w Sekrecie napisy w języku jidysz) oraz manierycznych krzyków sygnalizujących bezradność bohaterki, film jest w tak dużym stopniu skoncentrowany, a może nawet przygnieciony postacią Ksawerego, że można to znieść bez większej irytacji. Rola Tyndyka jest z jedną z najbardziej brawurowych kreacji ostatnich lat i gdyby film miał choćby w połowie taką dystrybucję jak Jesteś bogiem, pisałyby o nim wszystkie media na swoim żółtym pasku. Tymczasem Sekret wciąż nie doczekał się premiery kinowej, znany jest jedynie z obiegu festiwalowego. W listopadzie film będzie można zobaczyć w wybranych kinach studyjnych w ramach T-Mobile Nowe Horyzonty Tournée.

Warto wspomnieć, że W sypialni i Sekret spotykają się z bardzo zróżnicowanym w ocenie odbiorem ze strony widzów, jak i dosyć powściągliwym ze strony krytyków. Jeśli jednak oglądamy niedoskonałe w jakiś sposób filmy, a mimo świadomości niedociągnięć śledzimy je ze względu na jedną postać, to niewątpliwie świadczy to o tym, że bohater dźwiga cały film. Takie właśnie było moje odczucie po obejrzenie dwóch nowych filmów Tyndyka i dlatego uważam, że jest to cenny skarb polskiej kinematografii. Życzyłabym sobie i polskim widzom, żeby mieli więcej okazji do oglądania nieopatrzonych, ale naprawdę wybitnych aktorów, którzy nie łkają w rękaw Tomasza Lisa, nie prowadzą wojen facebookowych i nie wylewają wiadra pomyj na eksmałżonków, byłe kochanki czy zdradzające żony. Oczywiście, tak funkcjonuje „celebryctwo” w obiegu popularnym, to naturalne i oczywiste, ale czasami przygnieceni nadmiarem tych wszystkich obyczajowych newsów zapominamy, że owszem, aktorzy mają nas bawić, ale na scenie albo na dużym ekranie, niekoniecznie w programach publicystycznych czy wyskakując z naszych lodówek. Drodzy polscy reżyserzy! Wykorzystajcie talent Tomka Tyndyka i pozwólcie się nim cieszyć widzom!

___

Tytuł tekstu nawiązuje do książki Moja miłość do Ciebie Tomie Cruisie. Desperackie wyznania chińskiej dziewczyny, o której więcej tutaj.

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – kulturoznawczyni, autorka tekstów poświęconych kulturze popularnej („EKRANy”, „Bliza”, „Fabularie”, „Tygodnik Przegląd”, „Kultura Popularna”), współredaktorka tomów „Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji”, „Pomiędzy retro a retromanią”, „Wydzieliny”.