dehnel
RECENZJE | 25.02.2013

O książkach, durnostojkach, czytaniu i tic-tacach

Po lekturze zbioru felietonów Jacka Dehnela przypomniałam sobie ostatnią strofę wiersza zamykającego tomik Brzytwa okamgnienia. Przypomniałam i sparafrazowałam Przyjęcie dość nieudolnie, chociaż wcale wymownie, bo – rzecz jasna – w nawiązaniu do Młodszego księgowego. O książkach, czytaniu i pisaniu: Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem. / I czytaj książki. Czytanie jest piękne.

Ci, którzy liczą na krytycznoliteracki zbiór kreślony z zarozumiałością i niezdrową wyniosłością ocierającą się niebezpiecznie o pogardę, mogą nowej książki Dehnela nie dotykać. Ci zaś, którzy pierwszą wizytę w czyimś domu zaczynają od wdzięcznego przechylania głowy w prawo i lewo, aby odszyfrować tytuły na grzbietach książek gospodarza, albo potrafią godzinami przeszukiwać antykwaryczne dobra w poszukiwaniu perełek wydawniczych, złapią za zbiór sami. Tym bardziej że Dehnel jest kolekcjonerem i szperaczem wykwintnym, pogodzonym z tym, że od czasów Leibniza nikt nie przeczyta wszystkiego, i poruszającym sprawy niezwykle istotne (chociażby problem kanonu literackiego, z którym coraz więcej ostatnio nieszczęść, zagadnienie literatury okołoholocaustowej, czy wykwitu „dzieł” posmoleńskich). Dehnel to księgowy młodszy, ale lekturowo doświadczony i zdający sobie sprawę z tego, że czytelnik to zawód wolny w każdym tego słowa znaczeniu, a co za tym idzie – czytelnikowi można więcej – szperać, grymasić i mruczeć pod nosem – z niezadowoleniem albo fascynacją. Można więc wraz z księgowym uzależnionym od lektury, internetu i granatowych tic-taców przejść z przyjemnością przez osiem ułożonych przez niego z pedantyczną precyzją ksiąg i oddychać z rozkoszą bibliotecznym powietrzem, jak na papierowego flâneura przystało.

Chociaż Dehnel tłumaczy przekonująco, że występuje jedynie w roli czytelnika, nie stroni od dzielenia się własnymi doświadczeniami praktyczno-literackimi: a to pisaniem w internecie, który zniesie wszystko i wszystkich, bezdusznymi ograniczeniami szpalty, a to błogosławioną sposobnością opóźnień, umożliwianych przez publikacje papierowe, przedziwnymi wiadomościami od studentów proszących o zarysowanie cech swojej twórczości, czy spotkaniami z czytelnikami i wyjazdem do Lipicy, gdzie para Walijczyków uświadamia go o popularności misery books, czyli – mówiąc najprościej – nieambitnych książek o ludzkim nieszczęściu. Łaknący sławy poeci znajdą w zbiorze przepis na wiersz doskonały, wyłamujący się z ogromu „utworków-potworków” pojawiających się w serwisach literackich. Kilka wskazówek – także tych marketingowych – dla parających się piórem od laureata Nagrody im. Kościelskich raczej przyda się każdemu początkującemu wierszoklecie, choć nie tylko.

Jednym z najciekawszych tematów poruszanych w zbiorze Dehnela jest z pewnością zagadnienie literatury poobozowej. Poeta-pisarz-tłumacz-malarz trafnie zauważa, że współcześni pisarze, ale i reżyserzy, tworzą wykrzywioną legendę, przekłamaną historię, która wnika bezkrytycznie w umysły przede wszystkim młodych ludzi. Kinowy i książkowy „zagładowy kicz”, liczący się nie z faktami historycznymi, ale z bombardowaniem odbiorcy tkliwą historią, tworzy więc wyidealizowaną, w nieodpowiedni sposób ściskającą za serce wspólną pamięć o Holocauście. Dehnel przypomina kilka bardziej znanych mistyfikacji (m.in. Hermana Rosenblata czy Binjamina Wilkomirskiego), podkreślając, że każda mocna opowieść może się sprzedać. Ten przedstawiony w dwóch krótkich, ale jednocześnie zaangażowanych i przekonujących felietonach temat to jedynie wstęp do rozważań o niezwykle istotnym problemie dotykającym literatury, kina, teatru – sztuki w ogóle.

Z odpowiednią ostrożnością i wysublimowaną ironią autor rozprawia o wykwicie literatury posmoleńskiej, której zdumiewające – w najgorszym tego słowa znaczeniu – twory przyprawiają o dreszcze i łzy (niemające nic wspólnego ze łzami wzruszenia). I chociaż księgowy ociera się o wielką literaturę, nie wyłączając z niej Mickiewicza czy Krasińskiego, celuje w sprawy i sprawki, o których słychać mniej, a które bawią więcej niż kwiecista kamizelka Słowackiego. Cóż nam po wzniosłych ustępach z romantycznych dzieł, kiedy pośmiertna tajemnicza broszurka z listami, które Krasiński dyktował z tamtego świata pewnej niewieście, staje się dla czytelnika wcale niebanalnym smaczkiem. Literatura bowiem może […] – jak zauważa autor, a i my wiemy o tym dobrze – karmić się największą bzdurą. Dehnel zaś o literackim bzdurzeniu i wyszukanych w dziwnych antykwariatach jeszcze dziwniejszych broszurkach lub książkach pisze chętnie i ze smakiem, nasłuchując, podsłuchując, odsłaniając i piętnując z nutą sarkazmu współczesne kurioza, bo

Pisarze to podsłuchiwacze i podglądacze, w ogóle – świnie: uszu nadstawiają, zaglądają gdzie nie trzeba, przetrząsając cudze szuflady i twarde dyski – wszystko po to, żeby dowiedzieć się, co człowiek ma w środku. Bo to, co człowiek ma w środku jest głównym tematem literatury.

Zbiór felietonów Dehnela, chociaż napisany wyśmienitą polszczyzną, jest o wiele bardziej elastyczny, niż można było się tego spodziewać. Swobodne łączenie nazwisk, miejsc, pojedynczych zdarzeń i zabawnych faktów fortunnie splata się z wtrąceniami dalekimi od słów szapoklak czy szezlong, o które moglibyśmy podejrzewać autora. Tym razem, nie tracąc nic ze swojego kunsztu, Dehnel przywdziewa raczej elegancką bluzę z kapturem niż gustowny zestaw wyjściowy i podjadając tic-taci, zastanawia się nad istnieniem literatury i języka literatury w świecie, a także nad światem, do którego kluczem jest właśnie literatura. Spostrzegawczość, oczytanie, erudycja, czołobitny stosunek do polszczyzny i konsekwentnie podtrzymywany kontakt z czytelnikami sprawiają, że to, co wydaje się pozornie bezwartościowe i nudne, staje się najciekawsze. Dehnel proponuje więc osobliwe literackie wędrówki, ale namawia jednocześnie do ćwiczeń „z pustki i ciszy” i wyłapywania zapadających w pamięć cytatów z genialnych „całości”. A, jak na uzależnionego od internetu pisarza przystało, w chwili choroby przeprowadził na Facebooku osobliwą ankietę: Pytanie intymne: jakie choroby/złamania/uszkodzenia z dzieciństwa i wczesnej młodości kojarzą się Wam z jakimi książkami? Zagadka ważna i godna polecenia. Być może niewielu z nas kojarzy Mistrza i Małgorzatę z lekkim udarem słonecznym, Potop z ospą, a na myśl o Ani z Zielonego Wzgórza czuje nieprzyjemny posmak syropu na kaszel, ale pytanie zadane przez Dehnela z pewnością każdego doprowadzi do zaskakujących wniosków. Kiedy uświadomiłam sobie, że w ciężkiej gorączce czytałam Dziady, dotarło do mnie, że niezdrowa ekstaza wpłynęła na moje życie w sposób szczególny.

Jakkolwiek nowoczesny stara się być Dehnel, nie brakuje tu melancholijnego spojrzenia wstecz. Nikt nie ma czasu na papierowe listy, zepsuty komputer to rzecz dezorganizująca życie, a i trudno wyobrazić sobie wydany za kilkadziesiąt lat – z pewnością w formie elektronicznej – zbiór o niewdzięcznej nazwie Pełna korespondencja esemesowa Z i Ż. Pocieszające, że czas książki nie dobiegnie końca, a nieco patetyczny felieton o znalezionych w starych woluminach listach, zakładkach i siwym włosie utwierdza nas w przekonaniu, że chociaż literatura to być może „elitarne hobby”, nie ogranicza się ona jedynie do samej czynności czytania, ale szperactwa w ogóle. Jeśli więc ktoś poczuł się dostatecznie przekonany o słuszności felietonów, pozostaje mu włączyć komputer i zamówić zbiór, polecić książkę kilku znajomym na Facebooku, a po przeczytaniu odłożyć do domowej biblioteczki. Książkowy fiksat powinien ustawić Dehnela obok gustownej (to określenie bibelotu powtarzane z umiłowaniem przez autora urzekło mnie najbardziej) „durnostojki”.

 

Jacek Dehnel

Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu

W.A.B, 2013

Liczba stron: 366