hypertext
ROZMOWY, WYWIADY | 02.11.2015

O co chodzi z tą literaturą cyfrową? (Wywiad ze Scottem Rettbergiem)

Podczas tegorocznej edycji krakowskiego festiwalu Ha!wangarda miałem przyjemność rozmawiać z prof. Scottem Rettbergiem – pracownikiem Uniwersytetu w Bergen i artystą specyficznej dziedziny. Jest nią literatura cyfrowa, w której pisarstwo opiera się na tak abstrakcyjnie brzmiących działaniach, jak układanie literackich hipertekstów czy tworzenie generatorów poetyckich.

Cyfrowe projekty literackie są próbą sprostania nowej rzeczywistości, w której nośnik taki jak papier staje się mało atrakcyjny i konkurencyjny wobec coraz to bardziej wymyślnych urządzeń pozwalających na nowoczesny odbiór kultury. Literatura cyfrowa stara się wykorzystać ich potencjał, nieukazujący się w pełni wówczas, gdy służą one jedynie jako symulacja odbioru literatury tradycyjnej (np. czytnik Kindle). Wiele z tych eksperymentów znajdziemy w internecie i systemach deweloperskich takich jak Google Play czy AppStore. Ich popularyzacją w Polsce zajmuje się środowisko skupione wokół Korporacji Ha!art.

Konrad Janczura: Jak to się stało, że w czasach, gdy tradycyjne czytelnictwo nie było jeszcze pogrążone w takim kryzysie jak teraz, zainteresował się pan projektem zwanym „literaturą cyfrową”?

Scott Rettberg: To były lata dziewięćdziesiąte, upowszechniała się sieć www. Pracowałem wówczas na pół etatu w piśmie internetowym. Pewnego dnia spotkałem się z przyjaciółmi i stwierdziliśmy, że opublikujemy antologię pisarstwa eksperymentalnego. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele materiału. Rzuciłem propozycję: napiszmy hipertekst na temat trasy, w którą pojedziemy, gdy wydamy już antologię. Tak się zaczęło Unknown (Nieznani), powieść hipertekstowa, która jest swoistą komedią. Napisaliśmy ją w trzy osoby, śmiejemy się tam z kultury literackiej i internetowej lat dziewięćdziesiątych. Choć cały proces miał zająć nam jeden weekend, tworzyliśmy ją aż dwa lata. Po pierwsze: była to świetna zabawa, po drugie: interesowały nas możliwości, jakie daje technika pisania mniejszymi fragmentami połączonymi ze sobą linkami hipertekstowymi. Nasz tekst – była to właściwie taka udziwniona strona internetowa, którą ludzie scrollowali w czasie lunchu – został nagrodzony. Jak na tamte czasy, projekt zyskał całkiem sporą popularność. Co ciekawe, był to jeden z pierwszych hipertekstów dostępnych online. Po tej nagrodzie spotkałem się z Robertem Cooverem i stworzyliśmy projekt.

scottrett

Od lewej: Scott Rettberg, jakaś pani, Konrad Janczura i jakaś pani. Wszyscy piją analogową kawę i inne napoje.

Czy już wtedy myślano o tym, że literatura cyfrowa może być skazana na implementację wątków i tematów literatury tradycyjnej? A może zakładano, że pod wpływem nowo powstających języków programowania, takich jak html, wypracuje swoją własną specyfikę?

Cóż, tak naprawdę pół na pół. Z jednej strony myślałem, że świat, jaki znamy, się skończył i pojawiają się nowe języki – języki techniki. Z drugiej – przecież wiek dwudziesty był wiekiem eksperymentów, nowych nurtów itd. Jest to więc właściwie kontynuacja tego, co robili np. dadaiści, surrealiści, futuryści.

W takim razie istnieje realna szansa, że literatura cyfrowa wkroczy niebawem na rynek wydawniczy w sposób istotny i znaczny?

Tak, oczywiście, choć trzeba pamiętać, że w większości miejsc na świecie literatura w ogóle zajmuje marginalne miejsce. W wieku dwudziestym ważniejszy był film, dziś wydaje się, że hegemonem są gry. Stąd literatura cyfrowa może znaleźć swoją niszę, wykorzystując nowomodne nośniki takie jak iPhone czy iPad. Istnieją ludzie, którzy są w stanie przeznaczać niewielkie sumy na rozmaite ciekawostki, jak cyfrowe teksty.

Dodam jeszcze, że piętnaście lat uczę czytania dzieł cyfrowych. Początkowo nikomu się to nie podobało, było męczące i zawiłe. Dziś działa to o wiele płynniej – zwłaszcza młodsze pokolenia z chęcią sięgają po te dzieła, które są po prostu jeszcze jednym sposobem korzystania z nowoczesnych urządzeń.

Można więc zaryzykować stwierdzenie, że literatura cyfrowa wykształciła nowy typ twórcy, który oprócz cech przypisywanych klasycznemu pisarzowi musi dysponować znaczną ilością umiejętności programistycznych. A może dochodzi do swoistych kolaboracji programistów z „literatami cyfrowymi”?

Jest wiele modeli. Niektórzy próbują być polimatami i tworzyć wszystko samemu. Ja osobiście współpracuję z filmowcami, aktorami, osobami z różnych dziedzin. Można pracować solo, można zbudować wokół siebie całą ekipę. Co kto lubi.

Wobec tego, czy powstały już jakieś wysokonakładowe dzieła literatury cyfrowej?

Masz na myśli nakład wydawniczy czy nakład pracy?

Mam na myśli projekty, które miały za zadanie odnieść sukces.

Jeśli chodzi o wczesne projekty, wielu z nich rzeczywiście udało się zgromadzić szerszą publiczność – mówię tu np. o Popołudniu Michaela Joyce’a czy Patchwork Girl Shelly Jackson. W wypadku dzieł nowszych sukces polegał głównie na tym, że udało im się dotrzeć do innej publiczności niż ta hermetyczna, skupiona wokół środowiska. Takim przykładem mogą być Gramathrone czy My boyfriend came back from the war oraz wspomniane Unknown. Utwór Pry Samanthy Gorman o żołnierzu wracającym z wojny w Iraku to aplikacja multimedialna, która zdobyła wiele różnych nagród, także wyróżnienie w AppStore, programie deweloperskim firmy Apple. Chciałbym jeszcze powiedzieć na ten temat to, co napisałem w swoim eseju, który ukazał się niedawno w „Tekstach Drugich”. Światowa wspólnota pisarzy cyfrowych jest pełna różnych, rozsianych po świecie grup (w Polsce jest to np. Ha!art), dzięki czemu, mimo że jest to wciąż wspólnota niszowa, potrafi niezwykle dynamicznie się rozwijać i przekazywać sobie wiele ciekawych pomysłów.

Dobrze, więc na koniec zapytam: czy w środowisku pisarzy cyfrowych istnieje obawa, że literatura cyfrowa podzieli los chwilowych trendów elektronicznych, takich jak cyberpunk czy demoscena?

Nowe media z natury stają się w pewnym momencie nieaktualne, bo przestają być… nowe. Obserwując środowisko pisarstwa cyfrowego, można jednak zauważyć, że wciąż wchodzi ono w kontakt z ewoluującą technologią. Być może zdezaktualizuje się sam termin „literatura cyfrowa”, może powstaną kolejne nazwy i trendy. Wciąż pracujemy nad nowymi poetykami, standardami tworzenia, więc myślę, że wszystko przed nami. No i w końcu: sama literatura jest lupą, przez którą oglądamy rzeczywistość, więc dlaczego miałaby przeminąć?

Konrad Janczura

Konrad Janczura

(ur.1988) - akademicki rozbijaka o różnorakiej opinii. Lubi książki i muzykę, pisze naraz o jednym i o drugim. Autor opowiadań, w Ha!arcie prowadzi cykl "Kresy nie istnieją".