• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 08.01.2018
Nostalgia za czasami, w których nie żyliśmy, czyli vaporwave
Artykuły | 08.01.2018

Nostalgia za czasami, w których nie żyliśmy, czyli vaporwave

Nostalgia millenialsów nie miała szans być normalna. Pamiętamy zbyt wiele przeszłości. Telefony z tarczą, gumy Turbo, radzieckie zabawki. Stare i nowe banknoty. Pokemony, tamagotchi i pierwsze komórki. Disco ustępujące miejsca disco polo. Kasety wideo, walkmany, discmany, odtwarzacze mp3, internet. Kilka epok stłoczonych w jednej i tak przemieszanych, że aż czasem nie wiadomo za czym tęsknić. A jakbyśmy mało jeszcze mieli wspomnień z tamtych czasów, sprzedaje nam się dzisiaj nowe, prosto z Ameryki. Stranger Things, kolejne części Gwiezdnych Wojen, powrót Miasteczka Twin Peaks i Z archiwum X, sequele Parku Jurajskiego, Łowcy androidów, Mad Maksa, Dnia Niepodległości… Żeby zapomnieć o teraźniejszości i wrócić do przełomu lat 80. i 90., wystarczy otworzyć portfel. Lub posłuchać vaporwave’u.

Vaporwave, rzecz jasna, nie jest niczym nowym. Istnieje od roku 2011, a szczyt swojej popularności przeżywał w latach 2012–2015. W internetowej skali czasu to już niemal prehistoria. A jednak wciąż trudno, zwłaszcza w Polsce, natrafić na jakiekolwiek analizy tego zjawiska. Przyjmujemy vaporwave bez mrugnięcia okiem, nie zawsze nawet zdając sobie sprawę, że to właśnie z nim się stykamy w muzyce, grafikach czy memach. Wygląda znajomo, brzmi swojsko, nie budzi zdziwienia. Jego estetyka idealnie wpasowała się w falę nostalgii (i hipsterskiej mody na przeszłość) zalewającą obecnie internetowy mainstream – i choćby z tego względu warto się dziś nad vaporwave’em pochylić. Mimo podobieństwa do innych przejawów nostalgii vaporwave jest bowiem czymś zdecydowanie dziwnym i niszowym, a nie od dziś przecież wiadomo, że na obrzeżach danego zjawiska dzieją się nieraz rzeczy najciekawsze.

Czym jest vaporwave? W węższym rozumieniu to podgatunek muzyki elektronicznej, inspirowany brzmieniami z przełomu lat 80. i 90. – przede wszystkim smooth jazzem, R&B, lounge’em i tzw. muzakiem, czyli łatwą w odbiorze muzyką puszczaną w windach i poczekalniach. Wywodzi się z równie niszowego chillwave’u – relaksacyjnej elektroniki, łączącej proste melodie i teksty o letnim wypoczynku na plaży z syntezatorami i efektami dźwiękowymi rodem z ejtisowego popu. To muzyka z założenia retro, mająca przywoływać nostalgiczne wspomnienia schyłku epoki kaset magnetofonowych i początku epoki internetu. Jednak podczas gdy chillwave wolał koić duszę odbiorcy atmosferą leniwego letniego popołudnia we wczesnych najntisach, vaporwave stawia na całkiem inną nostalgię. Tym, za czym mamy zatęsknić, są dźwięki późnego kapitalizmu: przestarzały jazz grający w sklepach odzieżowych, muzyka z dawnych reklam sieci fastfoodowych, zniekształcone melodyjki z telefonicznych infolinii sprzed 30 lat.

Z tymi zremiksowanymi dźwiękowymi resztkami przeszłości łączy się równie retro warstwa wizualna. Vaporwave w szerszym znaczeniu to bowiem, w ujęciu Wikipedii, „muzyczno-graficzny gatunek sztuki”, charakteryzujący się łatwo rozpoznawalną (i dziwaczną) estetyką. Od strony graficznej to neonowy róż i fiolet, wczesna grafika komputerowa, popkultura i dizajn przełomu lat 80. i 90., pixel art, japońskie znaki kanji, zniekształcenia obrazu właściwe kasetom wideo, elementy cyberpunku i anime, a do tego pakiet wrażeń wizualnych odziedziczonych po chillwave’ie – palmy, plaże i kalifornijskie słońce. Nieco trudniej zrozumieć, skąd w tym stosunkowo spójnym zbiorze obrazów wzięły się wizerunki antycznych rzeźb. Najlepsze wyjaśnienie, na jakie trafiłem, brzmi „powodu brak”. Amerykańska artystka Vektroid użyła wizerunku rzeźby Heliosa na okładce ważnego vaporwave’owego albumu Floral Shoppe – a później motyw zaczął żyć własnym życiem, powielany i modyfikowany w tysiącach memów. Vaporwave narodził się i żyje w internecie, przestarzały dizajn stron internetowych z lat 90. to kluczowa część jego estetyki; byłoby dziwne, gdyby wytwór kultury tak mocno zrośnięty z cyberprzestrzenią nie był choć po części bezsensowny.

Jeśli wszystko to brzmi dość obco i dziwacznie, nie martw się. O to właśnie chodzi. Vaporwave to zjawisko niszowe i szczerze przyznaję, że dla mnie również dosyć tajemnicze. To nie jest tekst pisany z pozycji eksperta. Za mało znam się na muzyce i zbyt mało o vaporwave’ie przeczytałem, żeby przedstawić tu jakąkolwiek quasi-naukową analizę zjawiska. Ale może właśnie takie podejście do vaporwave’u jest najlepsze? Być może dziwaczne, efemeryczne odpryski internetowej kultury powinno się opisywać właśnie tak: z zapałem i fascynacją laika, który przypadkiem trafił na coś, co nie chce dać mu o sobie zapomnieć.

vaporwave 1

Żeby zrozumieć vaporwave, trzeba przyjrzeć mu się pod trzema kątami: nostalgii, estetyki i kapitalizmu. A że mamy do czynienia z gatunkiem zbudowanym w całości z odwołań do minionej epoki, najlepiej chyba zacząć od nostalgii. Vaporwave stanowi część wielkiej fali tęsknoty za przełomem lat 80. i 90., przetaczającej się obecnie przez kulturę. W telewizji króluje utrzymany w estetyce filmów Spielberga serial Stranger Things. Kina wyświetlają osadzoną w latach 80. ekranizację książki To Stephena Kinga i sequel Dnia Niepodległości z 1996 roku. Na Facebooku słynna już Duchologia gromadzi ludzi wspominających późny PRL, a po piętach depcze jej profil Dzieci Neo, eksplorujący wczesne lata dwutysięczne. Owa fala nostalgii musiała się, rzecz jasna, pojawić: millenialsi zbliżają się właśnie do trzydziestki albo już ją przekroczyli. A jakiż wiek lepszy na tęsknotę za minionym niż ta magiczna, okrągła data, ostateczna granica pełnej dorosłości, która kiedyś wydawała się tak odległa, a potem nadeszła nie wiadomo kiedy?

Stosunek vaporwave’u do nostalgii jest jednak dość skomplikowany. Z jednej strony mamy tu zwyczajną i zrozumiałą tęsknotę millenialsów (oraz osób nieco starszych) za dzieciństwem i latami dorastania. Wystarczy przejrzeć facebookowy profil Vaporwave, który obrazki z neonowymi palmami i kiepsko wyrenderowanymi delfinami przeplata zdjęciami starych konsol do gier, Pokemonów, płyt z grami z serii GTA, masywnych wież stereo i samochodów oraz strojów z minionej epoki. To muzyka dla ludzi, którzy najbardziej tęsknią za technologią: gadżetami, grami, elektronicznymi zabawkami. Kto wie, być może niejednorodność zbioru elementów tworzących vaporwave’ową estetykę wynika wprost z tego, jak bardzo przeładowana bytami i znaczeniami była epoka, którą dzisiaj tęsknie wspominamy? (W ten właśnie sposób na tę muzykę trafiłem: dzięki dziwacznym, ale też dziwnie znajomym obrazom, wywołującym z głębin mózgu duchy wspomnień).

Nieco bardziej abstrakcyjna, ale wciąż typowa jest nostalgia wywoływana przez same vaporwave’owe kawałki. Koktajl ze zniekształconych dźwięków przeszłości – nawet jeśli nieco osobliwych – pomaga odbiorcy oderwać się od teraźniejszości i na chwilę zanurzyć się w atmosferze dawnych dobrych czasów. Wszystko jasne. Z drugiej strony jednak, część wykonawców i fanów ignoruje nostalgiczny aspekt vaporwave’u, traktując ten nurt po prostu jako okazję do bawienia się pewną estetyką. Nostalgia bywa w tym ujęciu co najwyżej ironiczną grą. Odbiorca słyszy inspirowany ejtisami remiks lub widzi fotomontaż krzyżujący antyczne rzeźby z kasetami magnetofonowymi – i reaguje odpowiednim memem, wpisując w komentarzu „A E S T H E T I C” albo „V A P O R W A V E”.

Najciekawszym aspektem vaporwave’owej nostalgii jest jednak fascynujące pytanie, padające raz po raz w internetowych komentarzach pod grafikami i utworami: „jak to możliwe, że czuję nostalgię, skoro nie żyłem nigdy w tamtych czasach?”. Pytanie to nabiera szczególnej mocy, gdy zada je Polak. Może i byłem wtedy na świecie – ale nie świecie vaporwave’u. Nie żyłem nigdy w pełnej palm Kalifornii, nie piłem napojów marki Arizona, nie kupowałem niczego w pstrokatych, oświetlonych neonami „mallach”. A nawet jeśli znam te obrazy i dźwięki z na wpół zapomnianych megahitów czy z długich godzin grania w GTA: Vice City, to przecież sztuczność vaporwave’owej nostalgii i tak aż bije po oczach. Ktoś zhakował nam mózgi, mnie i nastolatkom urodzonym po World Trade Center: wiemy, że to fałsz, a i tak nas on porusza.

(Postnihilizm, szepcze z kart Linii oporu Jacek Dukaj. Wwiało wam do snów śmietnik wszechświata. On to wszystko przewidział już na rok przed narodzinami vaporwave’u).

Z drugiej strony – czy to rzeczywiście takie dziwne? Vaporwave nie próbuje przecież udawać, że nie jest konstruktem. Widać to zarówno w pozszywanych ze sobą, dysonansowych samplach tworzących utwory, jak i w przeestetyzowanych grafikach związanych z tym nurtem. Vaporwave w pierwszym rzędzie obiecuje nie nostalgiczny powrót do przeszłości (choć i taki wymiar posiada), a doświadczenie pewnej przebrzmiałej już estetyki. W tym kontekście kategorie sztuczności czy autentyczności tracą na znaczeniu: liczy się tylko intensywność i spójność przeżycia estetycznego. Jeśli pamiętasz donice z palmami w centrach handlowych i Crystal Pepsi, vaporwave przypomni ci stare dobre czasy; jeśli nie, dżingle ze starych reklam McDonald’s zmiksowane z dźwiękami systemu Windows 95 z powodzeniem zastąpią wspomnienia. W tym kontekście łatwo zrozumieć poczucie nostalgii za czasami, w których się nie żyło: to neurologiczny skutek uboczny, automatyczna reakcja neuronów na strumień doznań osadzonych w estetyce rozpoznawalnej jako niedzisiejsza.

Na swój sposób wyraźna sztuczność przywoływanej przez vaporwave epoki jest tu wręcz zaletą. Wywołujące nostalgię poczucie niedzisiejszości jakiegoś doznania (obrazu, dźwięku, zapachu, smaku; o dotykową nostalgię najtrudniej) kryje w sobie zawsze pewne niebezpieczeństwo. Można bowiem z nieprzyjemnym zaskoczeniem odkryć, że niedzisiejsze zaczęło być coś, co uważało się dotąd za część teraźniejszości. Obejrzałem niedawno wczesny odcinek serialu Friends i uderzyły mnie nagle stroje bohaterów. Ten krój dżinsów, te koszule – mój Boże, najntisy jak nic. Teraźniejszość zawsze jest przezroczysta. Gdy coś zaczyna mieć swój odrębny, rozpoznawalny styl – należy już do przeszłości. A przecież w mojej głowie ten serial dział się tu i teraz, w latach mojego dorastania, które przecież nie mogły być tak dawno temu, prawda?

Oto główne ryzyko związane z nostalgią: odkrycie, że bezpieczną krainę przeszłości otacza groźna, liminalna przestrzeń oddzielająca ją od dnia dzisiejszego. Gdy na facebookowym profilu Dzieci Neo, wspominającym nostalgicznie przełom XX i XXI wieku, pojawiają się zdjęcia z późnych lat 90., wszystko jest jeszcze w porządku. Fani przerzucają się ciepłymi wspomnieniami, wzdychają tęsknie za atmosferą tamtych lat, czasem zadumają się na chwilę nad tempem przemian, jakie zaszły w Polsce. Ale gdy strona opublikowała zdjęcie poradnika dla graczy z 2006 roku, z miejsca odezwał się chór głosów, że przecież to było zaledwie przed chwilą. Nic dziwnego, że krążące po sieci memy z hasłami w rodzaju „wciąż myślę, że 10 lat temu był rok 1997” zawsze zbierają tysiące lajków i udostępnień. Doznawszy szoku, że gdzieś umknęła nam cała dekada, chcemy przynajmniej poczuć, że nie jesteśmy w tym przeżyciu sami.

Jawna sztuczność vaporwave’owej nostalgii chroni przed tym bolesnym zetknięciem się z upływem czasu. Tęskniąc za czasami, w których się nie żyło, nie sposób przecież poczuć się staro. Nawet jeśli ktoś lata 80. czy 90. pamięta, cała estetyka vaporwave’u wysyła jasny komunikat: nie zabiorę cię w prawdziwą przeszłość, przywołam tylko jej atmosferę. Wspomnienia mogą oddalać się w czasie, ale atmosfera – subiektywne, ulotne doznanie, zbudowane z wyrwanych z kontekstu fragmentów innej epoki – już nie. Vaporwave buduje bezczasową przestrzeń zanurzoną w przeszłości, lecz tak naprawdę zlokalizowaną poza nią – osobny, równoległy świat, w którym można się poczuć swojsko i bezpiecznie. Nie bez kozery jedną z charakterystycznych dla vaporwave’u fraz, często wykorzystywaną w tytułach utworów i składanek, jest „virtual plaza”. Termin ten, zaczerpnięty z reklamowego żargonu wczesnych lat 90., miał pierwotnie uczynić nowy, tajemniczy produkt – internet – bardziej zrozumiałym i bliższym konsumentom, przyrównując go do wirtualnego placu, na którym ludzie spotykają się i rozmawiają. Dziś to samo określenie, pokryte patyną czasu i dzięki temu rozkosznie retro, obiecuje słuchaczom vaporwave’u bezpieczne schronienie w wyobrażonej przeszłości.

vaporwave podmianka 2

Wzbudzane przez nostalgię poczucie bezpieczeństwa bywa jednak czasem złudne. W komentarzach pod vaporwave’owymi utworami i grafikami można dość często napotkać osoby obszernie żalące się na to, jak wspaniały był przełom lat 80. i 90. w porównaniu z dniem dzisiejszym. W takim patrzeniu na przeszłość przez różowe okulary nie ma jeszcze nic niepokojącego – istnieją badania dowodzące, że wspominanie dawnych dobrych czasów może poprawiać nastrój, podnosić samoocenę i zmniejszać poczucie osamotnienia. Radość na widok zabawek z dzieciństwa i wzruszenie, gdy z radia dobiegną pierwsze dźwięki piosenki sprzed lat, to przecież zdecydowanie pozytywne emocje. Dla kogoś, kto zmaga się z życiowymi trudnościami, pamięć o lepszej przeszłości może być wręcz potężnym źródłem siły. Problem pojawia się w momencie, gdy nostalgiczny eskapizm przestaje przynosić chwilowe wytchnienie od teraźniejszości, a zaczyna pogłębiać niezadowolenie z obecnego życia.

W vaporwave’owych grafikach częsty jest bowiem jeszcze jeden motyw: smutek. Pełno tu wizerunków leków antydepresyjnych, nawiązujących do samobójstwa zdjęć wybielacza Clorox i fraz w rodzaju you took my heaven away, I’ve lost control of my life, I’m so sick of myself czy feelings hard to explain. Pod vaporwave’owymi treściami na Facebooku jedną z najczęstszych reakcji jest „przykro mi”. Po części to zapewne tylko memy – „tak się utarło, więc tak reaguję” – ale trudno oprzeć się wrażeniu, że uczucia osamotnienia, smutku i zagubienia towarzyszą na co dzień wielu fanom vaporwave’u. W komentarzach pod piosenkami łatwo trafić na pytania w rodzaju „kiedy wszystko tak się popsuło?”, wyznania takie jak „boję się świata na zewnątrz” czy sentencje typu „szczęście można gonić, lecz nie schwytać”. Nostalgiczna muzyka może stać się w takiej sytuacji kojącym balsamem lub bezpieczną drogą ujścia dla trudnych emocji. Może też jednak, jak u osób gorzko dowodzących, jak bardzo od czasów ich młodości świat zszedł na psy, okazać się pułapką. Nawet jeśli początkowo nostalgia przynosiła im ukojenie, z czasem zaczyna tylko potęgować niezadowolenie z życia tu i teraz, bo teraźniejszość nie wytrzymuje porównania z wyidealizowaną przeszłością. Nic dziwnego, że we wczesnej nowożytności, gdy słowo „nostalgia” powstało, oznaczało ono jednostkę chorobową bliską melancholii.

Nie jestem psychologiem, nie będę więc udawać, że moje rozważania na temat nostalgii są czymś więcej niż spekulacjami laika. Nie próbuję też bynajmniej demonizować tego doznania, które przecież sam czasami lubię – lajkuję posty Dzieci Neo, podsyłam zdjęcia Duchologii, oglądam Jurassic World i słucham vaporwave’u. Ale fascynuje mnie pewna specyficzna relacja między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, jaka zdaje się czasem wyłaniać zza grafik z lekami psychotropowymi i ponurych komentarzy pod piosenkami. Przeszłość, bezpieczna przystań. Teraźniejszość, świat samotności i smutku. Przyszłość… no właśnie. Przyszłość nie istnieje. Nie może istnieć, bo wyrasta przecież z teraźniejszości, a tę rozczarowany życiem człowiek odrzuca na rzecz ciepłych wspomnień. A nawet gdyby jakaś wizja lepszego jutra się pojawiła, czy ktokolwiek mógłby jej zaufać? Nieznośne „tu i teraz” też było przecież kiedyś wyczekiwaną tęsknie przyszłością. Nic dziwnego, że w gorzkich wynurzeniach vaporwave’owych nostalgików pobrzmiewa czasem poczucie zdrady i głębokiego skrzywdzenia. Wspaniała przyszłość, którą im obiecano, nigdy nie nadeszła. Jedyna nadzieja w przeszłości.

Splot na wpół zmyślonej nostalgii i eklektycznej estetyki łatwo jeszcze zrozumieć – jak się jednak do tego wszystkiego ma kapitalizm? To przecież nie przypadek, że głównym budulcem przeżycia estetycznego zostały w vaporwave’ie okruchy świata komercji. Komentatorzy tego nurtu, tacy jak Adam Trainer i Adam Harper, zwracają uwagę, że typowy utwór vaporwave’owy składa się prawie wyłącznie z przetworzonych sampli muzyki użytkowej, tworzonej w latach 80. i 90. na potrzeby korporacyjnych prezentacji czy spotów reklamowych lub wykorzystywanych jako tzw. tapeta muzyczna w poczekalniach, windach i centrach handlowych. Do tego miksu dorzucane są czasem skrawki dawnej popkultury, też przecież ściśle związanej z logiką sprzedaży i zysku: fragmenty muzyki z gier komputerowych, efekty tworzone na syntezatorach, urywki hitów ze szczytów list przebojów. Wiele vaporwave’owych składanek na YouTubie nosi tytuły wprost zaczerpnięte z języka kapitalizmu: Minimum Wage, Regularly Scheduled Programming, I only drink Fiji!, Neon Palm Mall.

Z jednej strony odwołania do korporacyjno-reklamowego świata z minionej epoki łatwo zrozumieć. Jeśli coś ma wywoływać w odbiorcy nostalgię, powinno odwoływać się do wspólnych doświadczeń, by odnaleźć się w tym mogło jak najwięcej osób. Z tej perspektywy splot popkultury i kapitalizmu jest wyborem optymalnym: w jakiejś odmianie doświadczyliśmy go wszyscy, niezależnie od miejsca i dokładnego roku urodzenia. Świat komercji to nasza jedyna wspólna ojczyzna. A na dodatek tyle ciepłych wspomnień z przełomu lat 80. i 90. wiąże się z ekscytującymi produktami: prezenty świąteczne i urodzinowe, konsola kolegi, wizyty w kinie i fast foodach. Jedna z licznych odmian vaporwave’u, mallsoft, za najbardziej bezpieczną, przyjazną i nostalgiczną przestrzeń uznaje centrum handlowe, oczywiście odpowiednio niedzisiejsze. Mieszanka kojącej, nijakiej muzyki wylewającej się z kolejnych sklepów ma przenieść słuchacza do „virtual plaza”, gdzie może on zapomnieć o rzeczywistości, błądząc bez celu po neonowych korytarzach wśród donic z palmami. Gdzie można poczuć się bardziej swojsko niż w miejscu zaprojektowanym tak, by przemówiło do każdego?

Z drugiej strony vaporwave’owy kapitalizm może nieść ukojenie tylko dzięki temu, że jest retro. Tych produktów nie sposób już kupić, a nawet gdyby się dało, w większości są bezużyteczne: niemodne ubrania, przestarzałe komputery, gadżety, które dawno już zostały zastąpione przez nowe, lepsze. Co więcej, patyna czasu pokrywająca muzykę zakupową i stare reklamy odbiera im moc. Przebiegłe drapieżniki, niegdyś tak skuteczne w atakowaniu naszych słabych punktów, dziś są bezzębne, wypchane i zamknięte w gablotach. Ich niedzisiejszość czyni je śmiesznymi i na swój sposób uroczymi, dlatego mogą stać się nośnikami vaporwave’owej nostalgii. Dawny świat komercji, podzielony na sample, przetworzony i zremiksowany, staje się bezpieczną kryjówką przed światem komercji dzisiejszej – groźnym, niezrozumiałym i bezlitośnie w swej misji skutecznym.

vaporwave 3

Z trzeciej – i chyba najważniejszej – strony kapitalizm idealnie wpisuje się we wspomnianą relację między bezpieczną przeszłością, rozczarowującą teraźniejszością a odrzucaną, nieistniejącą przyszłością. Wskazówka kryje się już w nazwie vaporwave’u, stworzonej na wzór słowa „vaporware”, czyli „produkt widmo”. Pojęcie „vaporware”, wywodzące się z języka biznesowego lat 80., oznacza bowiem nowy towar, zapowiedziany i szeroko rozreklamowany, który jednak ostatecznie nie powstaje. Produkt widmo – niezrealizowana obietnica spełnienia dzięki zakupom – to wyłom w gładkiej fasadzie kapitalizmu, pozwalający dostrzec wewnętrzne mechanizmy kreowania i podsycania sztucznych potrzeb. Vaporwave również kruszy tę fasadę: muzyka złożona z wypreparowanych dźwięków świata komercji pozwala dostrzec jego fałsz i odsłania ulotność chęci posiadania, jakie potrafi wzbudzić w człowieku reklama.

Vaporwave – tak jak vaporware – może również pomóc uzyskać dystans do obietnic kapitalizmu. Jedną z popularnych odmian vaporwave’owych grafik są reklamy technologicznych cudów poprzedniej epoki: komputerów mniej potężnych niż dzisiejsze smartfony, wież stereo zajmujących pół salonu, gadżetów dla gier równie zawodnych jak dzisiejsze hełmy VR czy piloty do Wii. Przebrzmiałe są dziś nie tylko same produkty (z których część pewnie nigdy nie powstała), ale nawet niezamierzenie retrofuturystyczny styl tych reklam. Równie pusty śmiech budzą wizje przyszłości z ejtisowych filmów science fiction. Zapowiadany przez kapitalizm i popkulturę nowy wspaniały świat nigdy nie nadszedł. Ekscytująca przyszłość okazała się banalną teraźniejszością. Rozczarowanie dniem dzisiejszym, tak charakterystyczne dla pewnego typu vaporwave’owej nostalgii, okazuje się w nieoczekiwany sposób powiązane z kapitalizmem. Może gdyby nikt nam przez lata nie obiecywał przyszłości pełnej latających aut, gier 7D i nietuczących burgerów, bardziej umielibyśmy cieszyć się teraźniejszością?

Fałszywa jest jednak nie tylko obiecywana przez kapitalizm przyszłość, ale także przeszłość. Różowe okulary nostalgii potrafią bowiem czasem przesłonić jeszcze jedną bolesną prawdę: pamięć kłamie. Dawne produkty i doświadczenia, do których chętnie byśmy powrócili, są często atrakcyjne właśnie dlatego, że istnieją już tylko w udającej wspomnienie fantazji. Jeśli przekroczyć bezpieczną granicę nostalgii i doświadczyć ich na nowo, to przeszłość, a nie teraźniejszość, często okazuje się rozczarowująca. Nawet jeśli słodycze z dzieciństwa czy kultowe gry nie są gorsze niż pamiętaliśmy, świeżości i intensywności pierwszych doznań nie da się przecież odtworzyć. Kupiliśmy produkt jednorazowego użytku. Król jest nagi, stary i brzydki.

vaporwave 4

W czasach, gdy korporacje zarabiają miliardy na sprzedawaniu nam perfekcyjnie spreparowanej nostalgii, vaporwave przypomina, że tak naprawdę kupujemy konstrukt. Samo w sobie nie ma to znaczenia – jeśli można szczerze cieszyć się sztucznością „virtual plaza”, można też czerpać radość z powrotu do podkolorowanej przeszłości. Emocje zawsze są prawdziwe. Ale uzyskiwana dzięki vaporwave’owi świadomość, że nostalgicznym wspomnieniom nie warto tak do końca wierzyć, może być wyzwalająca dla tych, którzy nie potrafią spodziewać się po życiu tu i teraz niczego dobrego. Jeśli bowiem obiekt podszytej smutkiem tęsknoty – przeszłość – to tylko fantazja, to może porównywana z nim teraźniejszość nie jest wcale taka zła. Może jest chociażby znośna. A jeśli tak, to da się z niej wyprowadzić co najmniej równie znośną przyszłość.

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Vaporwave.

Przemysław Zańko

Przemysław Zańko

(ur. 1989) – chłop z Mazur, obecnie inteligent w Warszawie. Publikuje opowiadania, recenzuje, bloguje. Interesuje się science fiction, nauką, grami, dziwnymi książkami i zdrowiem psychicznym. Skończył z polonistyką. Strona autorska: www.zanko.pl