• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 08.07.2020
Normalna książka (Sally Rooney, „Normalni ludzie”)
Recenzje | 08.07.2020

Normalna książka (Sally Rooney, „Normalni ludzie”)

Sally Rooney, autorka wydanych niedawno u nas Normalnych ludzi i nieprzetłumaczonych jeszcze na polski Conversations with Friends, okrzyknięta została już „Salingerem pokolenia Snapchata”. Sama Sally należy bowiem do pokolenia milenialsów. To urodzona w 1991 roku absolwentka literatury angielskiej i amerykańskiej w dublińskim Trinity College. Za swoją najnowszą książkę otrzymała m.in. Irish Book Awards i Costa Book Awards. Co więcej, Normalni ludzie znaleźli się na liście kandydatów do Bookera w 2018 – jako intymne studium dwojga ludzi, którzy chcą dowiedzieć się, jak siebie kochać i jako proza, która zachęca, by czytać między wierszami. Trudno zgodzić się z tak pozytywnymi recenzjami. 

Książka Rooney nie jest rzecz jasna zła. To sprawnie napisana powieść, którą czyta się szybko i przyjemnie. Obserwacje autorki są momentami niezwykle trafne. I w tym tkwi problem: jedynie momentami. Normalni ludzie to rzeczywiście studium relacji dwóch osób, które dopiero uczą się siebie kochać. Nie jest to jednak studium dogłębne czy intymne. 

Sally Rooney prowadzi swoją opowieść skokowo: kolejne rozdziały dzieli zazwyczaj kilka tygodni/miesięcy, a cała oś narracyjna opiera się na relacji głównych bohaterów, czyli Marianne i Connella – dwojga przyjaciół z dzieciństwa. Największa dzieląca ich różnica to ta o charakterze klasowym: matka Connella urodziła go w wieku 17 lat, nie ma wykształcenia i pracuje jako osoba sprzątająca. Marianne to za to dziewczyna z dobrego domu” – tak przynajmniej wydaje się na początku. Jej rodzina jest bardzo zamożna, a przy tym pozbawiona jakiegokolwiek ciepła – dom Marianne należałoby nazwać przemocowym. Bohaterowie poznają się dzięki mamie Connella, która sprząta w domu Marianne. Spotykamy ich pod koniec liceum, a później obserwujemy aż do ostatnich lat studiów. Oboje bowiem decydują się na wyjazd na Trinity College w Dublinie, który to staje się punktem spajającym całą opowieść. Marianne i Connell definiują swoją tożsamość poprzez studiowanie, a większość wydarzeń w książce związanych jest z doświadczeniem uniwersytetu. 

Za największy atut powieści uznaje się powszechnie sposób opisu intymnej relacji bohaterów, a także podjęcie społecznie istotnych wątków, takich jak klasowość, nierówności ekonomiczne czy prawa kobiet. Niestety wszystkie te tematy zostały potraktowane powierzchownie, a momentami wręcz infantylnie. Wiemy oczywiście, że książka opowiada o relacji Marianne z Connellem, wiemy też, że ta relacja jest dla nich niezwykle istotna. Wiemy to jednak wyłącznie dlatego, że zostało wprost nazwane przez autorkę. 

Rooney rozkłada swoją narrację w czasie i choć sami bohaterowie się zmieniają, to ich relacja pozostaje taka sama. Rozdziały zatytułowane są przy pomocy dat (Lipiec 2012”, Kwiecień 2013”) – gdyby poprzestawiać ich kolejność, czytelnik najpewniej nie zauważyłby różnicy. Rooney próbuje zarysować więź łączącą bohaterów, która jednocześnie ewoluuje i pozostaje niezmienna, ale by osiągnąć oczekiwany efekt pisze po prostu, że ich seks był bliższy niż seks z innymi osobami albo że Connell wszedł w nią głęboko. To ważne, ale nie wystarczy, by zasłużyć na miano studium intymności.

Problem leży w niskiej wiarygodności psychologicznej bohaterów. Oboje zostali opisani jednowymiarowo, jak bohaterowie przeciętnego sitcomu, których można zdefiniować przy pomocy maksymalnie czterech cech. Marianne lubi dyskutować o polityce, nie przejmuje się zdaniem innych i pochodzi z zamożnego, a zarazem dysfunkcyjnego domu. Lubi brutalny seks. Connell za to przejmuje się zdaniem innych i uwielbia czytać, choć nie przepada za wymądrzaniem się. Woli seks, który nie jest brutalny. Tymi zdaniami można by skwitować osobowości głównych bohaterów. Seks służy więc Rooney zarówno do opisywania bliskości między bohaterami, jak i ich charakterów. Samo w sobie to całkiem słuszne, jednak poprzestając na tym, autorka idzie na łatwiznę. 

To samo tyczy się bohaterów drugoplanowych. Oni również opisani są w bardzo pobieżny sposób, co dałoby się jeszcze wytłumaczyć, gdyby Connell i Marianne przedstawieni zostali głębiej”. I tak: 

Zarówno Peggy jak i Joanna studiują razem z Marianne historię i nauki polityczne. Joanna planuje już pracę licencjacką na temat Jamesa Connolly’ego i Irlandzkiego Kongresu Związków Zawodowych. Wiecznie poleca jakieś książki lub artykuły, które Marianne czyta lub przegląda albo tylko zapoznaje się z ich streszczeniami. Ludzie postrzegają Joannę jako osobę poważną, taką zresztą jest, potrafi jednak być bardzo zabawna. 

Wspomniana pobieżność dotyczy również ważnych kwestii społecznych. I znów: postaci interesują się światem wokół nich, ale wiemy o tym dlatego, że zostało nam to podane na tacy i nazwane – a nie opisane. Bohaterowie mówią więc często o tym, że myślą o Palestynie (co mogłoby akurat zostać uznane za jakąś cechę milenialsów), a matka głównego bohatera sprząta w domu należącym do bogaczy, ale nic z tego nie wynika. 

Miałkość opisu sprawia, że trudno jest wczuć się w sytuację bohaterów czy dogłębniej zastanowić nad nierównościami ekonomicznymi i obecną sytuacją w Irlandii. Jeśli intencją autorki było pokazanie intelektualnej miałkości milenialsów, cel został osiagnięty. Nie wydaje się jednak, by tak było: dialogi napisane są całkiem sprawnie, a sami bohaterowie sprawiają nierzadko wrażenie naprawdę blyskotliwych. To opisy są niezwykle infantylne: 

Gdy widywali się na imprezach, zasypywała ją komplementami na temat fryzury lub stroju, które Marianne przyjmowała z lekkim skinieniem głowy, po czym wracała do przedstawiania rzeczowej opinii na przykład o raporcie Magdalene Laundry o sprawie Denisa O’Briena. Obiektywnie Connella interesowały opinie Marianne, dostrzegał jednak, że jej skłonność do wyłuszczania ich bardzo szczegółowo kosztem lżejszych tematów nie urzekała wszystkich. 

Książka napisana jest w większości w czasie teraźniejszym, co w przypadku polskiego tłumaczenia może stanowić pewną przeszkodę. Do samej formy można się przyzwyczaić. W połączeniu z miałkością treści książka zaczyna jednak sprawiać wrażenie sprawozdania z wycieczki szkolnej: 

Marianne siada w holu budynku Wydziału Lingwistyki i Literatury, by sprawdzić skrzynkę mailową. Nie zdejmuje płaszcza, bo za chwilę będzie wstawać. Obok niej na biurku leży śniadanie, które kupiła właśnie w supermarkecie po drugiej stronie ulicy: jedna czarna kawa z brązowym cukrem, jeden rogalik z cytrynowym nadzieniem. Jada takie śniadania regularnie. 

Polski przekład również pozostawia sporo do życzenia. Może to dziwić o tyle, że książkę tłumaczył Jerzy Kozłowski. Jak napisał Jacek Dehnel w recenzji (także tłumaczonego przez Kozłowskiego) Nim zapadnie noc Michaela Cunninghama: (…) można się było spodziewać przekładu jeśli nie świetnego, to przynajmniej poprawnego. Jednak tak samo jak w przypadku Nim zapadnie noc coś poszło nie tak: 

Dowiedziałam się mnóstwa nowych rzeczy o generałach tej wojny i opowiem ci wszystko, jak się znowu spotkamy na Skypie.

Kozłowski najwyraźniej nie sprawdził znaczenia niektórych wyrażeń, przez co książka sprawia czasem wrażenie napisanej w latach 90., a nie w drugiej dekadzie XXI wieku. 

Niektóre fragmenty Normalnych ludzi są tak dosłowne, a przy tym: zbędne, że aż chciałoby się zapytać, czy autorka aby nie adresuje swojej książki do dzieci (na dodatek: wykazując brak wiary w ich zdolności interpretacyjne)? Poza rzadkimi momentami, w których można przystanąć nad trafną uwagą czy ładnie skonstruowaną frazą, nie ma tu miejsca na jakąkolwiek refleksję. Rooney tłumaczy nam w „didaskaliach”, co się dzieje, choć sama narracja wcale na to nie wskazuje: tak wygląda np. przemiana Marianne po przeprowadzce do Dublina czy opis znajomych po jej rozstaniu z chłopakiem. Tworzy też obszerne zdania, które do książki nie wnoszą zupełnie nic i po raz kolejny wydają się tylko nieudolną próbą zdefiniowana charakteru bohaterów: 

Jego korespondencja z Marianne zawiera mnóstwo linków do różnych wiadomości. W tym momencie oboje śledzą z zapartym tchem wątek Edwarda Snowdena, Marianne ze względu na zainteresowanie strukturą globalnej inwigilacji, a Connell ze względu na fascynujący dramat osobisty.

Normalni ludzie nie składają się oczywiście z samych wad. Sally Rooney w przekonujący sposób pokazuje, że relacje międzyludzkie są, najprościej mówiąc, dalekie od ideału, że można trwać w związku także wtedy, gdy obie strony popełniły wiele błędów, że nie należy postrzegać wszystkiego w kategoriach dychotomii zdrowe-niezdrowe”. Jak sama mówi: to niemożliwe być z kimś w relacji romantycznej, nie raniąc nigdy drugiej osoby i nie będąc samemu przez nią zranionym. Tak, Rooney momentami ukazuje to, co recenzenci uznali za obraz miłości w czasach późnego kapitalizmu: że relację można mieć i jednocześnie jej nie mieć. Łatwo wyczuć, że współzależność jest dla niej nieobcym tematem. 

Nie jest to jednak pozycja, która zasługuje na Bookera, a co najwyżej na nagrodę IBBY. Normalnych ludzi należałoby chyba rozpatrywać w kategoriach powieści young adult. Książki o nastolatkach czy młodych dorosłych”, którzy mniej czy bardziej umiejętnie wchodzą w życie, przeżywając pierwsze miłości, sukcesy i porażki związane z uniwersytetem. Powstaje więc pytanie: skąd tak wielki fenomen Sally Rooney? W książce Connell mówi: 

Nawet jeśli sam pisarz jest przyzwoity, a książka naprawdę odkrywcza, wszystkie książki ostatecznie sprzedaje się jako symbol statusu i w tym marketingu  uczestniczą do pewnego stopnia wszyscy pisarze. 

To paradoksalne, ale sama Rooney, nazywając problem, staje się jego idealnym przykładem. Świat oszalał na jej punkcie, Instagram pełen jest zdjęć okładki Normalnych… czy fragmentów samej książki. Wyszukując #normalpeople na Instagramie, znajdziemy ponad 50 tysięcy wyników. Być może nie wszystkie odnoszą się do powieści Rooney, te najnowsze to jednak prawie wyłącznie zdjęcia książki. Normalni ludzie stali się symbolem statusu. Zdjęcie z książką mówi: spójrzcie, przecież ja czytam”, wiem, o czym się teraz mówi”. To samonakręcające się zjawisko: Normalnych ludzi czyta się, bo tak wypada. Trzeba przyznać, że tematyka nadaje się do tego wręcz idealnie. A w dodatku autorka sama należy do pokolenia, które opisuje. Choć wystarczyło to, by stać się społecznym fenomenem, to pod względem literackim Normalni ludzie to nic więcej niż normalna, przeciętna książka. 

Sally Rooney

Normalni ludzie

tłum. Jerzy Kozłowski

Liczba stron: 304

W.A.B., 2020

____

Tekst jest częścią cyklu „Podróż do wnętrza głowy” przygotowanego razem z Krakowem Miastem Literatury Unesco i Krakowskim Biurem Festiwalowym