recenzja_popmoderna_ziarno_prawdy_czerwony
RECENZJE | 09.02.2015

Noir po sandomiersku („Ziarno prawdy”)

Kino_Pod_Baranami_zaprasza (1)

Polski kryminał od ponad dekady ma się świetnie. Wydawnictwa biją się o prawa autorskie, miłośnicy kryminalnych zagadek z chęcią kupują nowe pozycje, a sami pisarze zacierają ręce na myśl o zysku. Gatunek, zepchnięty do niedawna na margines, dzisiaj przeżywa renesans. Tylko polskie kino jest na rozdrożu,  lawirując od głupich komedii, aż po kino autorskie, które pozostaje zawsze gdzieś na obrzeżach kinematografii. Brakuje „środka”: rodzimego mainstreamu, który potrafi dostarczyć dobrej rozrywki, a jednocześnie mówić o sprawach ważnych.

To oczywiste, że filmowe adaptacje odbiegają na ogół od książkowego pierwowzoru, jednak Ziarno prawdy Borysa Lankosza jest odstępstwem od tej reguły. To prawdopodobnie zasługa samego Miłoszewskiego, który pisał scenariusz wespół z reżyserem. Film rzecz jasna nie pokrywa się w całości z książką, ale wiernie oddaje jej klimat. Tłem akcji jest Sandomierz – ktoś zabił młodą kobietę poprzez podcięcie jej gardła nożem używanym do rytualnego uboju zwierząt. W małym zaściankowym mieście wybucha panika. Momentalnie odżywa legenda o Żydach, którzy mordują chrześcijan. Akcja książki i filmu nie przez przypadek dzieje się w tym świętokrzyskim mieście. To właśnie w tamtejszej katedrze znajduje się obraz autorstwa Karola de Prevot, przedstawiający Żydów dokonujących rytualnego mordu dzieci.

Więckiewicz, wcielający się w rolę prokuratora Teodora Szackiego, nie przebiera w środkach (i słowach), aby odnaleźć psychopatę. Zapowiada zaciągnięcie zwyrodnialca przed sąd za pejsy lub warkocz. Dorwie mordercę bez względu na to, czy będzie to wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami czy jakiś krwiożerczy Żyd. Początkowo nikt nie ufa zarozumiałemu śledczemu z wielkiego miasta, dlatego do pomocy dostaje miejscową prokurator Barbarę Sobieraj (Magdalena Walach) oraz inspektora Leona Wilczura (Jerzy Trela).

Duet Miłoszewski-Lankosz trafia w czułe punkty naszego społeczeństwa: powojenne poczucie niewinności i kult bohatera z AK/powstańca/Żołnierza Wyklętego. Niektóre mity zostają tu wystawione na próbę lub zburzone, jak te o złych Żydach powracających do Polski. Nic i nikt nie jest tutaj poprawny politycznie. Scenarzyści atakują nas od początku mocnymi, prostymi prawdami o nas samych, poprawiając potem prawym sierpowym, by na koniec założyć nelsona i w nieprzepisowy sposób kopnąć w krocze. Tak naprawdę dostaje się wszystkim. Żydom, Polakom, patriotom i zdrajcom. Nikt nie jest bez winy, bo każdy ma przecież coś za uszami.

Film Lankosza czerpie garściami z kina noir czy produkcji z lat 90. Trudno uniknąć skojarzeń z Nagim instynktem czy Siedem Davida Finchera. Szacki to trochę Chandlerowski Marlowe lub Franz Maurer z Psów – twardy i nieustępliwy glina kierujący się zasadą „nie ufaj nikomu a zwłaszcza samemu sobie”. Dobrze skonstruowane charaktery i świetne aktorstwo należą zresztą do najmocniejszych punktów Ziarna prawdy. Robert „Wałęsa” Więckiewicz napędza całą akcję, Trela jako stary policjant sypie ciętymi ripostami jak z rękawa, a Magdalena Walach i Aleksandra Hamkało przyciągają przed ekrany płeć przeciwną i nie tylko. Ziarno prawdy jest nafaszerowane pierwszorzędnymi onelinerami, które śmieszą, ale też trafnie określają Polaków i polaczkowość. – Jest Żydem? – w jednej ze scen pyta Szacki. – Jeśli wierzyć donosom, to najprawdziwszym! A także zoofilem, pederastą i czcicielem szatana – odpowiada inspektor Wilczur.

Dawno już nie było u nas tak dobrego, spójnie opowiedzianego kryminału, z  rewelacyjnym scenariuszem i dobrymi dialogami. Być może Ziarno prawdy jest nieco przegadane, ale za to jak wspaniale! Lankosz nie bawi się z widzem w kotka i myszkę, unika dłużyzn, jeśli ma coś do powiedzenia lub pokazania, robi to bez zbędnego wstępu. Jeśli zdarzy się jakieś dłuższe ujęcie, to jest okraszone pięknymi szerokim kadrami Łukasza Bielana. Gdy dodamy do tego hipnotyzującą muzykę Abla Korzeniowskiego, która potęguje napięcie, otrzymujemy dzieło kompletne.

Współczesne polskie kino, poza nielicznymi wyjątkami, od kilku lat zjeżdża po równi pochyłej. Nie brakuje zdolnych reżyserów, bo tych mamy na pęczki. Brak nam dobrych scenarzystów. Ze świecą szukać filmu z błyskotliwymi dialogami, mocno zarysowanymi postaciami i sprawnie opowiedzianą historią. Obecnie kinematografia przypomina imprezę, na której dużo pijemy i palimy niewiele mniej, co kończy się na drugi dzień bolesnym kacem. Ziarno prawdy jest jak poranek bez bólu głowy i wizyty w toalecie. Wreszcie.

 

Ziarno prawdy, reż. Borys Lankosz, Polska 2015