franczak
RECENZJE | 04.06.2012

NN albo nicowanie Franczaka

Ostatnia już część powieściowej trylogii Jerzego Franczaka różni się znacznie od poprzednich – wiernych czytelników autora Nieludzkiej komedii nie powinno to zaskoczyć. Już Da capo, wypadając dużo lepiej niż pierwsza książka cyklu, nie stanowiła klasycznej powieściowej kontynuacji. W przypadku NN – książki wydanej przez Korporację Ha!art (warty odnotowania powrót autora po „dwóch książkach spędzonych” w Wydawnictwie Literackim) – o podobieństwach nie ma większego sensu mówić. O tym, że to trzecia część też można spokojnie zapomnieć. To, że w tle majaczą znani z poprzednich powieści bohaterowie, wystarczy zauważyć. Serdecznie witamy nowe rozwiązania.

NN proponuje czytelnikowi kilka, właściwie osobnych, opowieści – bohaterowie niby spotykają się nad nieprzytomnym ciałem nieznajomego, błąkają się po tym samym Krakowie, spędzają czas na imprezie, rozmawiają ze sobą, ale ich światy zdają się od siebie wyraźnie oddzielone. Pojawiają się tu i uniwersytet, i skomplikowany romans, i rodzinne wakacje, i problemy z pochodzeniem – każda z tych sytuacji pogłębia jednak trudności z przekroczeniem, patetycznie rzecz ujmując, granicy swojego świata, swoich osobistych blokad i konwencjonalnych scenariuszy. Mimo podnoszenia niezmiennie ważkich społecznie tematów, autor (bardziej niż w poprzednich książkach) zdaje się skupiać przede wszystkim na samych opowieściach, na ich językowym wymiarze. Monologi, niepozorujące w gruncie rzeczy autentycznej mowy, raczej grające właśnie na tego rodzaju czytelniczym przyzwyczajeniu, budowane są przeważnie z pewną dozą nonszalancji, z charakterystycznym poczuciem humoru: Stanąłem pod drzewem i nasłuchiwałem. Cisza. Gdzieś w oddali pijackie okrzyki, brzęk tłuczonego szkła, sygnał karetki. Te dwa psy musiały gdzieś krążyć i węszyć, wyobraziłem ich sobie jak posuwają się powoli z nosem przy ziemi, w tych swoich pokracznych niebieskich mundurkach. Zrobiło mi się ich żal: dwa biedne, nierozgarnięte smurfy, zagubione w małomiejskiej dżungli, szukające innego stworka tylko dlatego, że przed nimi uciekał… Po co go szukają? Żeby zasłużyć na pochwałę Papy Smurfa, żeby dostać order, który powieszą nad łóżkiem i premię, którą wydadzą w Multikinie. Społeczne i kulturowe klisze, stereotypy i łamańce językowe nie tracą na atrakcyjności – tekst Franczaka czerpie z nich pełnymi garściami. Wykorzystując je, próbuje przewrócić na drugą stronę tak, aby ujawniły nie dość rozpoznane cechy. W przeplatanych sieciowymi cytatami rozdziałach, czytelnik znajdzie obok monologów także blogowe wpisy bohaterki powieści. W NN, tekście niejednorodnym i chwilami nierównym, spojrzeć można na postaci z różnych perspektyw, wypróbowując za narratorem bardzo różne strategie. Bez kłopotów się nie obędzie.

Pozostając przy zdaniu, że Grawitacje (zbiór esejów z 2007 roku) są najlepszą książką Franczaka, odnoszę wrażenie, że autorowi w jego książkach przeszkadza najbardziej fabuła. Pisząc to, mam na myśli fakt, że wszystko to, co najlepsze w jego twórczości (a w przypadku NN widoczne jest to może najwyraźniej) występuje niejako obok głównej akcji. Błyskotliwe refleksje, interesujące obserwacje, charakterystyczny język czy intertekstualne obciążenie tekstu to powody, dla których warto sięgać po książki twórcy Przymierzalni. Eseje, w których autor nie czuje się (albo też nie jest) zobowiązany do tego, aby całość była ekscytującą historią (wystarczają tu zupełnie fabularyzowane eseje) wciągającą czytelnika do świata powieści, są – mówiąc krótko – dużo lepsze. Tu, gdzie tekst zdaje się skoncentrowany na akcji, nie odnajduję wiele ciekawego. Inaczej niż tam, gdzie ciąży ku esejowi czy choćby swobodnie spisywanym refleksjom – często ironicznym i autoironicznym, wypróbowującym rozmaite rejestry stylistyczne. W NN autor mógł sobie zresztą pofolgować – monologi pozwalają wziąć głęboki oddech. Kiedy czytelnik słucha opowieści Mariolki czy wylewnego antysemity, nie jest zobowiązany (podobnie jak autor) do nadążania za dynamiką akcji, a tylko (choć przykucie uwagi w ten sposób wydaje mi się trudniejsze) za mówiącym czy za tym, jak konstruowany jest monolog.

NN swoich najbliższych krewniaków znajdzie wśród książek autorów kojarzonych z Henrykiem Berezą (tu przede wszystkim Ryszard Schubert, o którym Franczak mówił już niejednokrotnie). Autor Da capo tym razem lepiej wybrał tych, od których spisuje, a może raczej – tych, których podsłuchuje. W NN czytamy: Do klubu schodzi się cała masa tych pajaców, na przykład taki Król (Eryk, zdaje się), nadęty kretyn, wydał taką książkę, nie pamiętam tytułu, opisał w niej krwawy mord, że facet zabija swoją ciężarną dziewczynę, a potem ćwiartuje jej zwłoki. Myślał pewnie, że to się dobrze sprzeda, i co? I zrobił klapę, recenzenci pisali, że to już było, że odgrzewane kluski, że Gide, że Sartre i Camus… I nie wyleczył się chłopak z kompleksów, więc dalej rżnie artychę, próbuje wyskoczyć ponad stan, na uczelni mu się nie udało, wylądował w szkole, a to za nisko na jego aspiracje… Z myślą o ostatnich czytelnikach, którzy mają jeszcze wątpliwości, potwierdzam: tak, autor gra tu swoją literacką biografią (o tym za chwilę szerzej). Pisząc, że lepiej wybrał, mam na myśli przede wszystkim fakt, że rewolucja artystyczna spod znaku Berezy jest rzadziej w przywoływana w literaturze niż wielcy moderniści (Schubert za Sartre’a to naprawdę nie taki najgorszy układ), po drugie: można odczuć w tekście, proszę wybaczyć, mniejsze ciśnienie. Mierząc się z modernistami, wśród których wyżej wymienieni idą ręka w rękę z Gombrowiczem, niełatwo wrócić z tarczą. Czy w starciu z rewolucjonistami jest inaczej? Sądzę, że walka i tu bywa nierówna, ale same pojedynki są nieporównywalnie ciekawsze.

Czytając przede wszystkim monologi postaci, czytelnik NN wielokrotnie (przykład Mariolki jest chyba najlepszy) może zadawać sobie pytanie, co właściwie skłoniło je do opowiadania? Mówiąc jeszcze inaczej: powieść (pomijam tu mój, mało chyba jednak interesujący, problem dotyczący tego, czy rzeczywiście mamy do czynienia z powieścią) złożona jest w taki sposób, że uznać można rzeczone monologi za nie do końca uzasadnione w fabule. W NN wystarcza ostentacyjnie arbitralny gest narratora, by uruchomić strumień opowieści. Dodam od razu, że problem moim zdaniem nie tkwi w tym, że tekst rozpada się na osobne, nieprzenikające się właściwie światy monologujących. Otóż problem polega raczej na tym, że tekst proponuje wyjście pośrednie. Fakt, że postaci spotykają się, ale mówią obok siebie, że mogą mówić w niemal losowej kolejności, ale w żaden sposób nie zakłóci to powieściowego świata NN, to raczej znaki generalnej diagnozy, którą można by określić krótką frazą: ludzie się mijają. Ludzie się mijają, ludzie monologują, mało kto kogo obchodzi, a nieprzytomny menel ma niezwykłe szczęście, że ktokolwiek się nim zajął.

Popadając w banały i trywialne refleksje, układając swoje postaci w taki sposób, by nie powiedziały tak naprawdę wiele więcej niż mówią wprost, narrator kręci je wokół własnej osi. Mechanizm tej dziwnej karuzeli raz działa doskonale, raz nieoczekiwanie zawodzi. Wskazałam wcześniej na pośrednie wyjście autora – wadą tekstu wydaje mi się nie to, że klejony jest (i że widać, jak jest klejony) z różnych kawałków, ale to że jest sklejony za bardzo. Powracam tym samym inną drogą do refleksji dotyczącej problemu fabuły w książkach Franczaka. Jednak czy rozbijając tekst jeszcze bardziej, nie zaproponowałby autor nieuzasadnionych strumieni tegoż? Fabuła potrzebna do uzasadnienia istnienia narracji tu zdaje się przede wszystkim przeszkodą. Otrzymujemy kolejny, znacznie przetworzony wariant opowieści, wśród których film Babel jest może jedną z najciekawszych realizacji. W roli Mariolki nie występuje jednak Cate Blanchett, Arti nie ma twarzy Brada Pitta. Polska / Mieszkam w Polsce / Mieszkam w Polsce / Mieszkam tu, tu, tu, tu, więc sprawy mają się inaczej.

W autoironicznych i autobiograficznych (czy może przede wszystkim: autofikcyjnych) tekstach autor bawi się z czytelnikiem w kotka i myszkę. Świadomy wszelkich rodzajów gier z literacką tożsamością, która przekracza granice prawdy i fikcji, ciążąc ku autokreacji, Franczak powtarza gesty z poprzednich książek (chyba przede wszystkim z Przymierzalni, wydanej co ciekawe także przez Ha!art – powrót, jak widać, konsekwentny). Zabawa w kotka i myszkę jest tu jednak bardziej niż poprzednio dwuznaczna, bo najgrubszymi nićmi szyta. Doktor Franciszek Jerzak to albo „już za wiele”, albo kolejne, autoparodystyczne piętro metarefleksji. Jeżeli wybieramy pierwszą opcję, właściwie nie ma o czym mówić, jeżeli drugą… No właśnie. Parodia polegająca na wyzyskiwaniu dosłowności strategii literackich gier z czytelnikiem wydaje się nader ryzykowna. Ryzykowna i, jak sądzę, niekoniecznie potrzebna. Dobrze bawić można się bez tego, z tym można się przestać bawić. A jest czym. Franczak, bardzo wyraźnie obecny w swoich książkach (strategia to bliższa, znów, esejom), także w NN podsuwa czytelnikowi smakowite kąski. Proszę szczególnie zwrócić uwagę na końcowe partie powieści, to tu znajdziemy na przykład listę tematów podczas proszonych kolacji:

  1. Lustracja mieszkania, pochwała aranżacji wnętrza, rozmowa o metrażu i o cenach na rynku nieruchomości.
  2. Wyliczanie atutów lokalizacji, wymiana informacji o zamieszkiwanych dzielnicach, o jakości komunikacji publicznej i stopniu rozwoju infrastruktury handlowo-usługowej.
  3. Zwyczajowa pochwała strawy, omawianie jej składu i sposobu przyrządzania, komplementowanie talentów kulinarnych jej autorów.
  4. Dywagacje o różnych tradycjach kulinarnych, podkreślanie walorów odżywczych kuchni śródziemnomorskiej, narzekanie na utrudniony dostęp do niezbędnych składników.
  5. Konfrontacja różnych sposobów zaopatrywania się w żywność, podkreślanie wyższości małych sklepów nad hipermarketami.
  6. Konfrontacja różnych stylów bycia wymuszonych przez okoliczności zawodowe i rodzinne, wymiana informacji o godzinach wstawania, przyjmowania posiłków i gospodarowania czasem wolnym.

Katalog jest długi, banalizm smaczny, a Nikt i Nic (to właśnie tajemnicze NN) pełne podobnych atrakcji. Tylko w sprawie Jerzaka zawieszam sąd.


Jerzy Franczak, NN

Ha!Art, 2012

Liczba stron: 174

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Ostatnio wydała autorski notes z fotografiami i wyborem literatury „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.