donna_Ma
ARTYKUŁY, RECENZJE | 08.06.2015

Nieskruszone serce rebeliantki (Madonna „Rebel Heart”)

Picked up my crown / Put it back on my head, / I can forgive, / But I will never forget (Podniosłam swoją koronę / Założyłam ją z powrotem na głowę / Potrafię wybaczyć / Ale nigdy nie zapomnę) – śpiewa Madonna w Living For Love, utworze otwierającym album Rebel Heart (2015). A miałaby co wybaczać!

W ostatnich latach opinia publiczna znalazła upodobanie w zjadliwej krytyce jej poczynań artystycznych, przy czym ataki na Królową Popu niezwykle rzadko nosiły znamiona merytoryczności. Stany Zjednoczone do dziś nie mogą wybaczyć Madonnie brutalnego ostrza antybushowskiej, wyrastającej z pacyfistycznych pobudek krytyki „amerykańskiego snu”, której orężem była natychmiastowo wciągnięta na indeks płyta American Life (2003) – najbardziej osobisty, najszczerszy i najbardziej bezkompromisowy concept album w jej karierze. Zachwycająca i niezmiernie wartościowa pozycja w artystycznym katalogu artystki nie miała nawet prawa (i sprzyjających okoliczności), by się wybronić. Od tamtej pory media chwytają za każdy miecz, który choć w niewielkim stopniu jest w stanie ugodzić kobietę – sól w ich oku. Wszak od trzech dekad utrzymuje się na szczycie, wyprzedaje koncerty na największych halach, a każdy jej ruch jest wydarzeniem odnotowywanym przez wszelkie środki masowego przekazu. To niedopuszczalne i irytujące – zdają się grzmieć.

Kiedy więc desperacka pogoń za trendami (jako zarzut pojawiający się konsekwentnie przy każdej kolejnej płycie) i straszak religijnej obrazoburczości przestały działać na kogokolwiek poza zdeklarowanymi fundamentalistami religijnymi i konserwatystami, pojawił się nowy, wyjątkowo cyniczny w swoim wyrachowaniu, argument: starość. Absurdalny i obleczony w rażąco szowinistyczną argumentację podły atak na artystkę doskonale wpisuje się w przygnębiającą rzeczywistość medialną, w której ageistowska dyskryminacja ma się doskonale i zdaje się usprawiedliwiać brutalną dyktaturę młodości jako jedynej wartości gwarantującą jakość i show-biznesowe prawo bytu. Gdy w 1992 roku ukazała się bezpretensjonalna, chłodna Erotica (1992), utrzymana w klimacie noir i opowiadająca – w ciekawym artystycznie dialogu z książką-artbookiem Sex – o różnych odcieniach miłości i seksualności (there’s a certain satisfaction in a little bit of pain…), pierwsze załamanie w karierze Madonny stało się faktem. Medialna nagonka zastąpiła artystce dotychczasową dobrą prasę i uczyniła antybohaterką, która długo musiała walczyć o powrót korzystnego image’u. Ocieplenie wizerunku wyrafinowaną muzycznie płytą Bedtime Stories (1994) utrzymaną w stylistyce r’n’b (w okresie apogeum mody na brzmienia spod znaku Salt-N-Pepa, En Vogue czy TLC) nie pomogło, artystyczne uznanie udało się dopiero odbudować rolą w musicalu Evita (1996) i albumem Ray Of Light (1998) – jednym z największych arcydzieł przemysłu rozrywkowego. Jeśli jednak ówczesny atak na Madonnę spowodowany był faktycznie bezkompromisowym podejściem artystki do seksualnej tematyki, to w przypadku ostatnich dokonań piosenkarki pruderyjny strach przed erotyką połączony jest ze sprzeciwem wobec tego, że o radości z seksu ośmiela się śpiewać wokalistka nienależąca do najmłodszego pokolenia scenicznych gwiazdek. W dodatku robi to nie rezygnując z wyzywających kostiumów i hedonistyczno-sakralnej otoczki, a więc swoich (jednych z wielu) znaków rozpoznawczych. Oops, I didn’t know I couldn’t talk about sex!

Korona, o której śpiewa Madonna w Living For Love to nieprzypadkowy symbol. Odkąd artystka cieszy się honorowym tytułem Królowej Popu, jej muzyczne poczynania nieustannie poddawane są próbom deprecjacji, a sama Her Madgesty – detronizacji. Presja ciążąca na sztabie współpracowników i producentów kolejnych płyt jest więc ogromna i przejawia tendencję rosnącą. W obliczu zarzutów, że kolejne albumy Madonny wypuszczane są jedynie jako pretekst do wyruszenia w gigantyczne trasy koncertowe, na każdym kolejnym z nich spoczywa misja udowodnienia niezniszczalności, artystycznej samoświadomości i prawa dalszego głosu artystki w muzycznym świecie. Bezlitosny rynkowy weryfikator pt. Pokaż mi swoją ostatnią płytę, a zobaczymy jak wielka jesteś nie sprowadza się w praktyce do prób przekroczenia dotychczasowych największych sukcesów danego muzyka, ale zaledwie dorównania sprzedażą i medialnym rozgłosem poziomowi płyt okupujących aktualnie listy przebojów. I gdyby spróbować wpisać Rebel Heart w jakąś nadrzędną ramę, byłaby to obleczona w obowiązkową „dyskretną” (i, bądź co bądź, zasłużoną i wyczekiwaną przez fanów i fanki) dawkę narcyzmu misja ponownego udowodnienia królewskiego statusu. Podobna idea przyświecała choćby przełomowej płycie Private Dancer Tiny Turner, która miała za zadanie wciągnąć doświadczoną już artystkę do pierwszej światowej ligi dzięki mistrzowskiemu, uszytemu na miarę jej talentu repertuarowi przygotowanemu przez plejadę znaczących twórców (Mark Knopfler, David Bowie, Jeff Beck). Rebel Heart to zuchwalszy krok, bo przecież Madonna wciąż jest w niekwestionowanej pierwszej lidze, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na prawach zasiedzenia. Przez dziesięć ostatnich lat nie nagrała niemal niczego, co mogłoby się choć równać z jej dawnymi osiągnięciami, podniosła za to swój autoteliczny topos superbohaterki do rangi jednego z głównych motywów twórczości. W Iconic (dość sprytnie, bo przy zachowaniu pozorów trzecioosobowej uniwersalnej narracji) czy Veni, Vidi, Vici pielęgnuje nieśmiertelny mit self-made woman z właściwą sobie bezkompromisowością i urzekającą nonszalancją. Aspekt „empowermentowy”, tak charakterystyczny element głównego przekazu twórczości Madonny, odarty został z idealistycznej młodzieńczej naiwności obecnej w Express Yourself, Vogue, Over And Over czy Spotlight i wzmocniony podejściem „mądrościowym” – pozycją doświadczonej kobiety po przejściach. Inaczej niż w Ray of Light, bo bez moralizatorskiego aspektu oświecenia, a raczej z dawką zgorzknienia, czyli tonu, który pojawia się z coraz większą śmiałością – także na poprzedniej płycie (Love Spent, Best Friend). Autotematyzm Madonny jest w pewnym sensie wyścigiem, w którym sama artystka wpada w błędne koło: rezygnując ze stylistyki dojrzałego, poszukującego popu (całe lata dziewięćdziesiąte w jej wydaniu) kierowanego do wymagającego i ukształtowanego muzycznie odbiorcy, stawia na muzykę dla rzekomo młodej publiczności, nie zauważając, że ta ma już innych idoli i idolki. Z jedną z nich, Nicki Minaj, Królowa Popu po raz kolejny nagrała piosenkę – co znamienne, zasługującą chyba na miano najkoszmarniejszego muzycznego żartu w całej jej karierze. Ta pułapka jest stygmatem ostatnich płyt piosenkarki i dlatego cieszy fakt, że przy okazji Rebel Heart polityka „pogoni za młodym odbiorcą” trochę ustąpiła, robiąc miejsce chyba bardziej prawdziwej Madonnie, a z pewnością najprawdziwszej od dobrej dekady. And I feel like I just got home!

W poprzedniej dekadzie dotkliwa, personalna krytyka American Life musiała odcisnąć na artystce spore piętno, skoro zdecydowała się porzucić ambicje artystyczne, przywdziać wyświechtane cekiny i znoszone ciuchy z czasów występów w Danceterii i wypuścić swój najbardziej epigoński album w karierze – Confessions On A Dancefloor (2005) – pozbawiony polotu zestaw nieświeżych patentów sprytnie podpiętych pod falę mody na vintage disco. Płyta, która bardziej niż regularnym albumem wydawała się nową odsłoną przedsięwzięcia na kształt You Can Dance z 1987 roku, zapisała się w pamięci jedynie kilkoma dobrymi momentami i nie była, jak się niestety okazało, chwilowym obniżeniem artystycznych lotów, a zaledwie preludium do jeszcze gorszych niespodzianek. W całości wyprodukowane pod dyktando odchodzących powoli do lamusa trendów Hard Candy (2008) stanowiło gwóźdź do trumny Madonny-dojrzałej artystki. Udającą rówieśniczkę tandemu producenckiego (Timbaland, Timberlake) piosenkarkę, śpiewającą typowo radiowy zestaw beatów tym razem podciąganych pod idiom urban (a w rzeczywistości dobrych jako repertuar dla każdej nowej gwiazdki, nie zaś dla Madonny) przestano traktować jak poważną konkurencję i zepchnięto do roli niepogodzonej z wiekiem, pogubionej artystycznie dogorywającej ikony. To właśnie w tym okresie można się dopatrywać źródeł ageistowskiej kampanii antymadonnowej. Zresztą kolejnymi krokami nie pomogła raczej swojemu nowemu statusowi – koszmarne single pokroju Celebration czy Turn Up The Radio brzmiące jak plagiat jednego z flagowych hitów producenta Martina Solveiga doraźnie sprawdzały się na parkiecie, ale nie zostawały na dłużej w popowym kanonie. Nawet przebłyski dawnej chwały, jak choćby nagrodzony Złotym Globem Masterpiece napisany do filmu W.E. nie potrafiły zneutralizować niesmaku kolejnych kolaboracji w rodzaju Revolver czy Give Me All Your Luvin’, przez które Madonna zaczęła sprawiać wrażenie gościa na swoich własnych płytach. To, co zawsze było jej niekwestionowanym atutem – doskonałe ballady – stało się kartą przetargową decydującą o tym, czy dany album da się „uratować”. Bo przecież jeśli nie one, to co? Z pewnością nie piosenki tworzone na siłę z myślą o podbijaniu list przebojów i konkurowaniu z przebojami okupującymi ich szczyty. I na tym polu fani przeżywali spore rozczarowanie, ponieważ ballady były coraz dalsze od stylu, do którego przyzwyczaiła ich artystka – tworzone z coraz to wyraźniej słyszalną presją, przerafinowane (dobrym przykładem jest Falling Free – piosenka niby najbardziej wartościowa na płycie MDNA z 2012 roku, a brzmiąca jak napisana dla Enyi i niewpisująca się w ogóle w stylistykę Madonny). Żadna z nich nie mogłaby się znaleźć wśród perełek zamieszczonych na kompilacji Something To Remember (1995).

Pod tym względem Rebel Heart stanowi jakąś rehabilitację talentu i szczęścia do dobrych ballad – Heartbreak City, na wskroś madonnowy Messiah czy cudowne Wash All Over Me to chwile, dla których warto było przecierpieć kilka ostatnich płyt. Ten stres (spod znaku Jak bardzo uda się tym razem uniknąć zażenowania na twarzy?) towarzyszący zapoznawaniu się z każdym kolejnym albumem wokalistki doprowadził do sytuacji, w której polaryzacja oczekiwań (albo dobre ballady – albo nic z tego!) zabiła autentyczną radość z chłonięcia nowej muzyki, hedonistyczną przyjemność ze słuchania dobrych, przebojowych i tanecznych piosenek. Przykładanie Deeper and Deeper, Vogue czy Impressive Instant jako probierza i punktu odniesienia było z góry przesądzoną porażką każdego nowego „hitu” w rodzaju Incredible, Girl Gone Wild czy Candy Shop. I na tym polu Rebel Heart znów przynosi ulgę – piosenki takie jak Living For Love (brzmiący jak klasyk), Holy Water czy Beautiful Scars przypominają czasy, w których artystka ze swoim zaproszeniem do zabawy trafiała do wszystkich. I jest to dobry znak, bo przecież nikt nie chce, by Madonna stała się dostojną Kate Bush – kochamy w niej w końcu Madge, Bad Girl, Ditę! Do wizerunku dominy powraca zresztą na Rebel Heart często i intensywnie, począwszy od szaty graficznej, przez nastrój seksualnej swobody aż po konkretne nawiązania do Erotici. Niestety, S.E.X. czy Best Night to zupełnie zbędne, wtórne i spóźnione nagrania brzmiące jak odrzuty z sesji do klasycznej płyty, o tyle gorsze, że pozbawione tamtej finezji (S.E.X. brzmi jak rymowanka z niegrzecznego przedszkola). Niejednoznaczny sposób opowiadania o seksualności spod znaku Supernatural czy Where Life Begins odżywa jedynie w Holy Water, choć jego tematyka jest zastanawiającą powtórką z rozrywki. Tekst Best Night dobrze egzemplifikuje postawę bohaterki płyty: jest pewna swojej seksualności i atutów, znów jest Ditą Parlo i niczym jak w Let Down Your Guard wydaje polecenia. Dobrze znany chwyt: zespolenie mistyki i seksu, jest i tym razem znakiem charakterystycznym płyty. Zresztą szereg pozostałych nawiązań do przeszłości czyni Rebel Heart albumem chyba najbardziej zanurzonym w tradycji twórczości artystki. Holy Water nowym Where Life Begins, Messiah jako nowy Isaac, S.E.X. nawiązaniem do Erotici, Living For Love kreowane na Like A Prayer współczesnej Madonny… Paralele można by mnożyć dalej: w końcu poza motywem hiszpańskim na płycie obecne są chyba wszystkie popularne wątki jej twórczości, wprowadzane z różnym efektem (strach pomyśleć, że Bitch I’m Madonna jest realizacją motywu nowojorskiego hedonizmu rodem z początków twórczości, Where’s the Party czy Who’s That Girl).

Ballady tym razem budowane są na brzmieniu fortepianu, nie zaś gitary, jak to było w przypadku tych okraszonych francuską czy psychodeliczną elektroniką (protest songi na surowym American Life czy pozornie akustyczne, a w rzeczywistości inteligentnie dialogujące z komputerami Mirwaisa Ahmadzaï na postmodernistycznym Music). Wizerunek dziewczyny z gitarą, wykorzystywany przez Madonnę w tamtym okresie – wystarczy przypomnieć sobie część Country/Western trasy koncertowej Drowned World Tour (2001), „kowbojski” teledysk Don’t Tell Me i sesję zdjęciową do płyty Music, sporadyczne kolaboracje ze szwagrem Joe Henrym czy takie odrzuty z American Life, jak Set The Right, Miss You i The Game – powraca w Joan of Arc i utworze tytułowym nowej płyty. Swoją drogą, to chyba najbardziej przebojowa, jedna z najlepszych i najpełniej osadzonych w klasycznej stylistyce Madonny piosenek, zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym – fakt, że nie jest to utwór promujący całą płytę i główny singiel to jeden z przypadków dziwnej polityki wydawniczej cechującej płyty Madonny od dość dawna. Wraca także reggae (Unapologetic Bitch, jedna z tych piosenek, bez których Rebel Heart byłby dużo lepszym albumem), wraca sporo szlagwortów pod postacią cytatów i kryptocytatów. Madonna stara się wymyślić nowe zwroty, które mogłyby stać się kultowymi, jednak trzeba poczekać, by ocenić, czy Bitch get off my pole ma szansę stać się sloganem równie chwytliwym co Strike a pose. Najbezpieczniej wypadają powroty do klasyków, stąd mamy i Vogue (w Holy Water, choć nie tak chwytliwie jak w Deeper and Deeper), i Justify My Love (w Best Night, choć nie tak pomysłowo jak w Waiting). Kopalnią nawiązań i dobrą zabawą (w dodatku wzruszającą! Czy są fani i fanki, którym nie zakręciła się w oku łezka nostalgii?) jest Veni, Vidi, Vici, choć to chyba jedyna dobra rzecz, jaką można powiedzieć o tym nagraniu.

Kwestia samplowania i cytowania, czyli dziedzina, w której Madonna i jej producenci osiągnęli mistrzostwo, i nie jest to zarzut, lecz wyraz najprawdziwszego uznania; któż słyszałby o Main Source, gdyby nie Human Nature, czym byłby tajemniczy klimat Erotici gdyby nie wstawki z libańskiej piosenkarki Fairuz…? Trzeba jednak przyznać, że i z tym bywało różnie. Choć wykorzystanie drugiego preludium na fortepian George’a Gershwina w In This Life wprowadziło nastrój grozy do utworu opowiadającego o śmierci chorego na AIDS przyjaciela, to przecież nie sposób niestety zapomnieć roku 2005 i muzycznego koszmaru, jaki zafundowała Madonna okaleczeniem przeboju ABBY i naszkicowaniem do jego głównego motywu najbardziej wymuszonych i wprawiających w zażenowanie zwrotek w dotychczasowej karierze. Być może w intencji przeprosin piosenkarka do Gimme! Gimme! Gimme! A Man After Midnight dużo subtelniej powróciła przy okazji Love Spent w 2012 roku, jednak traumy związanej z Hung Up niezwykle trudno się pozbyć. Na Rebel Heart twórczo wyzyskany został The House Of The Rising Sun The Animals w jednym z najlepszych utworów (Devil Pray) i Artificial Sweetener No Doubt w chwytliwym, przebojowymi i jednocześnie niepokojącym Addicted. Ta druga piosenka jest jednym z dobrych przykładów tego, jak artystka postanowiła powiedzieć coś jeszcze w temacie środków wyrazu. Podobnie jak w Best Night, pojawiają się momenty surowego, dojrzałego, lekko „niechlujnego” wokalu, z którym Madonna zaeksperymentować postanowiła już przy okazji Gang Bang. To dobry kontrast do tzw. „śpiewu Myszki Minnie” (jaki zwykli jej zarzucać krytycy na początku kariery), który powraca w Living For Love czy Bitch I’m Madonna. Lekcje, które piosenkarka pobierała przygotowując się do roli w Evicie, poskutkowały wzniesieniem się na wyżyny swojego wokalnego talentu w Ray Of Light, co zresztą sprawiedliwie odnotowali krytycy. Nie był to jednak pierwszy moment zaskoczenia – trzeba przecież pamiętać o znaczącej sile i energii „nowej Madonny” przedstawionej w Papa Don’t Preach czy paru innych flirtach z bardziej ekspresyjnym rodzajem śpiewania (choćby Rescue Me, zwłaszcza odczuwalne w pochodzącym z singla remixie Titanic Vocal). Od końca lat dziewięćdziesiątych artystka porusza się raczej utartymi ścieżkami interpretacyjnymi, tym bardziej więc próby eksperymentów zasługują na uznanie (I’m a gambler, I always take you by surprise!). W Hold Tight pojawia się nie tylko wokal, ale i aranżacja niemal rodem z Ray Of Light, choć przecież William Orbit nie maczał w tym palców. Być może to jest jedną z większych bolączek płyty?

Tak jak w przypadku MDNA, pojawia się tutaj sporo piosenek z interesującymi i dobrze rokującymi pomysłami, całkowicie lub częściowo zepsutych przez złą aranżację, przeprodukowanie, nieznośną magmę dźwięków i pomysłów (przykładem może być singlowe Ghosttown). „Nowinki” aranżacyjne starzeją się pierwsze, dlatego brzmienie True Blue czy Madonny skłonni jesteśmy dziś uznawać za archaiczne, za to piosenki takie jak Promise To Try, Secret, Time Stood Still czy X-Static Process niezupełnie. Już teraz największe „koszmarki” Rebel Heart brzmią nieświeżo, więc można przewidzieć, że Illuminati, Bitch I’m Madonna czy Iconic nie przetrwają próby czasu. Madonna zarzeka się, że nie da się współcześnie tworzyć płyty z jednym producentem. To ma tłumaczyć trend do współpracy z wieloma nazwiskami – w końcu przy najnowszej płycie mamy ich aż dziesięć. Może tu należy szukać źródła błędu? Warto przypomnieć sobie niemal „autorskie” płyty Williama Orbita, Mirwaisa Ahmadzaï czy Patricka Leonarda, które okazywały się artystycznymi sukcesami. A może to właśnie w twórczym porozumieniu dwóch spojrzeń na produkcję muzyczną tkwi sedno? Tymczasem warto się cieszyć faktem, że Madonna wydała swoją najlepszą płytę po American Life. I czekać na to, co przyniesie jej kolejny artystyczny krok. She’s back in business now, she’s coming back in style?