perec
ARTYKUŁY | 08.10.2012

Niepublikowany esej Georges’a Pereca!

Krótkie uwagi o sztuce i sposobie układania książek

 

Każda biblioteka[1] odpowiada podwójnej potrzebie, która najczęściej jest również podwójnym dziwactwem: potrzebą przechowywania niektórych rzeczy (książek) i potrzebą ich porządkowania według pewnych sposobów.

Jeden z moich przyjaciół postanowił pewnego dnia ograniczyć swoją bibliotekę do 361 dzieł. Pomysł był następujący: wychodząc od pewnej liczby N dzieł, osiągnąć – poprzez dodanie lub odjęcie – liczbę K = 361, uważaną za odpowiednią dla biblioteki, o ile nie idealnej, to w każdym razie wystarczającej, i zabronić sobie nabycia jakiegokolwiek nowego dzieła X, dopóki nie usunie się (przez podarunek, wyrzucenie, sprzedaż czy każdy inny odpowiedni sposób) jakieś starego dzieła Z, tak aby całkowita liczba K dzieł pozostawała stała i równa 361:

K + X > 361 > K – Z

Rozwój tego kuszącego projektu natrafił na możliwe do przewidzenia przeszkody, dla których znalezienie rozwiązania narzucało się samo: należało najpierw rozważyć, że jeden tom – przypuśćmy Plejady – miałby wartość jednej książki (1), nawet jeśli zawiera trzy (3) powieści (lub zbiory wierszy czy esejów etc.). Z tego wnioskujemy, że trzy (3), cztery (4) czy n (n) powieści tego samego autora ma wartość (z natury rzeczy) jednego (1) tomu tego autora, podobnie jak jeszcze niezebrane fragmenty, ale nieuchronnie dające się zebrać w jakieś Dzieła zebrane. Przyjąwszy takie założenia, weźmy pod uwagę, że taka a taka świeżo nabyta powieść takiego a takiego anglojęzycznego powieściopisarza z drugiej połowy XIX wieku nie mogłaby być logicznie zaliczona jako nowe dzieło X, ale jako dzieło Z, będące częścią jednej formowanej serii: zbioru T wszystkich powieści napisanych przez wyżej wymienionego powieściopisarza (Bóg jeden wie, czy taki istnieje!). Nie zmieniło to w niczym projektu początkowego: po prostu, zamiast mówić o 361 dziełach, postanowiliśmy, że dostateczna biblioteka powinna składać się idealnie z 361 autorów, bez względu na to, czy napisali jedno cieniutkie dziełko, czy też tyle dzieł, że można by nimi zapełnić cieżarówkę. Ta modyfikacja okazywała się skuteczna przez kilka lat, ale wkrótce się okazało, że niektóre dzieła – na przykład romanse – nie miały autora albo miały ich wielu, i że niektórzy autorzy – na przykład dadaiści – nie mogli być oddzieleni jeden od drugiego bez automatycznego utracenia osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent tego, co stanowiło ich wartość. Dochodzimy w ten sposób do pojęcia biblioteki ograniczonej do 361 tematów – słowo to jest niejasne, ale grupy, które ono obejmuje, są czasami równie niejasne – i ograniczenie to do tej pory funkcjonowało rygorystycznie.

Tak więc jednym z zasadniczych problemów, z jakim boryka się człowiek gromadzący książki, które przeczytał czy też obiecuje sobie pewnego dnia przeczytać, jest problem powiększania się biblioteki. Nie wszyscy mają okazję być kapitanem Nemo:

„… świat się dla mnie skończył wraz z dniem, kiedy mój Nautilus zanurzył się po raz pierwszy pod wodą. Tamtego dnia kupiłem ostatnie tomy, ostatnie broszury, ostatnie gazety i od tej chwili chcę wierzyć, że ludzkość już nic nie wymyśliła, ani nie napisała”.

12 tysięcy jednakowo oprawionych tomów kapitana Nemo zostało sklasyfikowanych raz na zawsze tym łatwiej, że klasyfikacja ta – zaznaczmy – jest niewyraźna, w każdym razie z punktu widzenia języka (dokładność, która nie dotyczy zupełnie sztuki układania biblioteki, ale która chce po prostu nam przypomnieć, że kapitan Nemo mówi swobodnie wszystkimi językami). Ale dla nas, mających wciąż do czynienia z ludzkością upierającą się przy myśleniu i pisaniu, a przede wszystkim przy publikowaniu, problem powiększania się naszych bibliotek staje się jedynym rzeczywistym problemem. Dobrze wiadomo, że nie jest niczym skomplikowanym trzymać dziesięć czy dwadzieścia książek, powiedzmy nawet: sto, ale kiedy zaczynamy mieć ich 361, tysiąc lub trzy tysiące, a zwłaszcza kiedy ich liczba zaczyna się prawie codziennie powiększać, najpierw powstaje problem z ułożeniem gdzieś tych wszystkich książek, a następnie z posiadaniem ich pod ręką, kiedy – z tego czy innego powodu – ma się pewnego dnia ochotę lub potrzebę w końcu je przeczytać czy nawet przeczytać jeszcze raz.

Tak więc problem bibliotek okazuje się być problemem podwójnym: najpierw problemem przestrzeni, następnie problemem porządku.

1. O przestrzeni

1.1. Ogólniki

Książki nie są rozrzucane, ale zbierane. Podobnie jak wszystkie słoiki z konfiturami kładziemy do szafy na konfitury, tak wszystkie książki kładziemy w to samo miejsce albo do wielu podobnych miejsc. Chcąc je wszystkie zachować, można by swe książki włożyć do kufra, zanieść do piwnicy albo na strych czy też schować w głębi szafy ściennej, ale przeważnie woli się, żeby były na widoku.

W praktyce książki są najczęściej układane jedna obok drugiej, wzdłuż ściany albo przepierzenia, na prostych, równoległych do siebie półkach, ani zbyt głębokich, ani zbyt rozsuniętych. Książki zazwyczaj są układane na stojąco i w taki sposób, aby tytuł wydrukowany na grzbiecie dzieła był widoczny (czasami w witrynach księgarni pokazuje się okładki książek, ale to, co w każdym razie jest niecodzienne, ganione, prawie zawsze postrzegane jako nieodpowiednie, to książka, której widzi się jedynie krawędź).

We współczesnym umeblowaniu, biblioteka jest kącikiem: „kącikiem bibliotecznym”. Najczęściej jest to obszar należący do „pokoju dziennego”, którego część stanowią również:

barek z klapą

sekretarzyk z klapą

dwudrzwiowy kredens

mebel na sprzęt hi-fi

mebel na telewizor

mebel na projektor do slajdów

gablotka

etc.

i który widoczny jest w katalogach, ozdobiony kilkoma sztucznymi oprawami.

Jednak w praktyce książki mogą być gromadzone niemal wszędzie.

1.2. Przestrzenie, w których można trzymać książki

w korytarzu

w salonie

w pokoju lub pokojach

w wychodkach

W kuchni gromadzi się na ogół tylko jeden rodzaj dzieł, a dokładnie ten, który zwie się „książkami kucharskimi”.

Nadzwyczaj rzadko spotyka się książki w łazience, chociaż dla wielu ludzi jest to ulubione miejsce do czytania. Panująca w nich wilgoć zgodnie uważana jest za głównego wroga tekstów drukowanych. Co najwyżej można znaleźć w łazience szafkę na leki a w niej dziełko zatytułowane Co zrobić przed pójściem do lekarza?

1.3. Miejsca w pokoju, gdzie można ułożyć książki

Na murkach kominków lub kaloryferów (trzeba jednakże wziąć pod uwagę ciepło, które może z czasem okazać się nieco szkodliwe),

między oknami,

we wnęce zaślepionych drzwi,

na stopniach bibliotecznej drabinki, co wydaje się mało praktyczne (bardzo eleganckie, por. Renan),

pod oknem,

na stojącym meblu, dzielącym pokój na dwie części (bardzo eleganckie, najlepszy efekt daje z kilkoma zielonymi roślinami).

1.4. Rzeczy, które nie są książkami, a które często spotyka się w bibliotekach

Zdjęcia w mosiężnych pozłacanych ramkach, małe ryciny, rysunki piórkiem, zasuszone kwiaty w dmuchanych szkłach, pirofory zdobione lub nie chemicznymi (niebezpiecznymi) zapałkami, ołowiane żołnierzyki, zdjęcia Ernesta Renana w jego gabinecie w Collège de France, kartki pocztowe, oczy lalki, pudełka, kostki soli, pieprzu i musztardy z kompanii nawigacji lotniczej Lufthansa, wagi na listy, haczyki, kulki, pakuły do pipek, pomniejszone modele starych samochodów, kamienie i różnokolorowy żwirek, wota, sprężyny.

 

2. O porządku

Biblioteka, której się nie sprząta, zagraca się: jest to przykład, który mi dano, abym spróbował zrozumieć czym jest entropia, a którą wiele razy eksperymentalnie potwierdziłem.

Nieporządek w bibliotece nie jest sam w sobie rzeczą istotną; jest to porządek typu „do której szuflady włożyłem moje skarpetki?”. Zawsze się sądzi, że instynktownie będzie wiadomo, gdzie położyło się taką a taką książkę, a jeśli nawet się tego nie wie, nigdy nie będzie kłopotem przejrzeć szybko wszystkie półki.

Tej apologii sympatycznego nieporządku przeciwstawia się małostkowa próba osobistej biurokracji: każda rzecz ma swoje miejsce i vice versa, każde miejsce ma swoją rzecz. Między tymi dwoma napięciami, jedno uprzywilejowuje niedbalstwo, anarchistyczną poczciwość, drugie wychwala zalety tabula rasa, a skuteczna obojętność wobec wielkiego porządkowania kończy się zawsze próbą uporządkowania swoich książek. Jest to operacja dręcząca, deprymująca, ale może dostarczyć miłych niespodzianek, jak choćby znalezienie jakiejś książki, o której się zapomniało wskutek ciągłego jej niewidzenia, a którą – odkładając na jutro to, co ma się zrobić dzisiaj – można w końcu pożreć, leżąc na brzuchu w swoim łóżku.

2.1. Sposoby układania książek

podział alfabetyczny

podział według kontynentów lub krajów

podział według kolorów

podział według daty zakupu

podział według daty wydania

podział według formatu

podział według gatunków

podział według okresów literackich

podział według języków

podział według pierwszeństwa czytania

podział według opraw

podział według serii

Żaden z tych podziałów nie jest całkowicie zadowalający. W praktyce, każdą bibliotekę porządkuje się, zaczynając od kombinacji tych sposobów podziału – ich równowagi, odporności na zmiany, wychodzenia z użycia, przenikania się – nadających każdej bibliotece niepowtarzalną osobowość.

Należy najpierw rozróżnić podziały stałe i podziały tymczasowe. Podziały stałe są z reguły niezmiennie przestrzegane, podziały tymczasowe trwają zaledwie kilka dni i jest to czas, podczas którego książka znajduje lub odnajduje swoje ostateczne miejsce. Może to być dzieło świeżo zakupione i jeszcze nie czytane, albo dzieło dopiero co przeczytane, które nie za bardzo wiadomo, gdzie odłożyć i które obiecujemy sobie zaszeregować przy najbliższej okazji „wielkiego porządkowania”, albo dzieło, którego lektura została przerwana i którego nie chce się zaklasyfikować, zanim się go znów nie zacznie czytać lub nie skończy, bądź też książka, której przez pewien czas stale się używa lub książka, z którą wyszliśmy poszukać objaśnień czy przypisów i której nie odłożyliśmy jeszcze na miejsce; albo książka, której nie umielibyśmy odłożyć na swoje miejsce, bo nie należy do nas, a wiele razy obiecywaliśmy sobie ją zwrócić itd.

Jeśli o mnie chodzi, blisko trzy czwarte moich książek nigdy nie zostało naprawdę posegregowanych. Te, które nie są poukładane w sposób definitywnie tymczasowy, są poukładane w sposób tymczasowo definitywny, jak w OuLiPo. Czekając, przenoszę je z jednego pokoju do drugiego, z jednej półki na drugą, z jednego stosu na inny i zdarza mi się spędzić trzy godziny na szukaniu książki i jej nie znaleźć, ale mając czasami satysfakcję z odkrycia sześciu czy siedmiu innych, które równie dobrze mnie zajmują.

2.2. Książki bardzo łatwe do układania

Wielkie Juliusze Verne’y w czerwonej oprawie (o ile są to prawdziwe hetzele lub reedycje Hachette), bardzo wielkie książki i zupełnie małe, bedekery, książki rzadkie lub uchodzące za takie, książki oprawione, tomy Plejady, Présence du Futur, powieści wydane w Editions de Minuit, kolekcje (Change, Textes, Les Lettres nouvelles, Le Chemin itd.), czasopisma, kiedy ma się ich przynajmniej trzy numery itd.

2.3. Książki niezbyt trudne do układania

Książki o kinie, takie jak eseje o reżyserach, albumy z gwiazdami lub scenariusze filmowe; powieści iberoamerykańskie, etnologia, psychoanaliza, książki kucharskie (patrz wyżej), książki telefoniczne (obok telefonu), niemieccy romantycy, książki z serii „Que sais-je” (problem wiąże się z posegregowaniem zbiorów albo ich ułożeniem według dziedzin, których dotyczą) etc.

2.4. Książki raczej niemożliwe do ułożenia

Pozostałe, na przykład czasopisma, których posiada się tylko po jednym numerze albo Kampania 1812 w Rosji Clausewitza, przełożona z niemieckiego przez M. Bégouëna, kapitana dowodzącego 31 chorągwią dragonów, mianowanego na szefa Sztabu Głównego, Paryż, Księgarnia wojskowa R. Chapelot i S-ka, 1900, czy na przykład zeszyt 6 z tomu 91 (listopad 1976) „Publications of the Modern Language Association of America” (PMLA), zawierający program 666 spotkań roboczych corocznego kongresu wspomnianego towarzystwa.

2.5. Jak Borgesowscy bibliotekarze Babel poszukujący księgi, która dałaby im klucz do wszystkich innych, oscylujemy między iluzją doskonałości i zawrotem głowy, jaki wywołuje jej nieuchwytność. W imię doskonałości chcemy wierzyć, że istnieje jakiś jeden porządek, który pozwoliłby nam natychmiast posiąść wiedzę. W imię nieuchwytności chcemy myśleć, że porządek i nieporządek to dwa te same słowa oznaczające przypadek.

Wydaje się również, że obydwa są swego rodzaju oszustwem i złudzeniem mającymi za zadanie ukrywać zużywanie się książek i systemów.

W każdym razie nie jest między nimi tak źle, skoro nasze biblioteki od czasu do czasu służą również przypomnieniu sobie czegoś, jako kocie legowisko czy graciarnie.

 

przełożył Jacek Olczyk

 


[1] Biblioteką nazywam zbiór książek stworzony przez nieprofesjonalnego czytelnika dla własnej przyjemności i codziennego użytku. Wyklucza to kolekcje bibliofilskie i oprawy na metry, ale również większość specjalistycznych bibliotek (na przykład biblioteki uniwersyteckie), których szczególne problemy wiążą je z bibliotekami publicznymi.

 

——————————————————-

 

Georges Perec „Urodziłem się. Eseje”
Tytuły oryginałów: Penser/Classer, Je suis né, Cantatrix Sopranica L., L’infra-ordinaire, Histoire du lipogramme, La Chose, J’aime, je n’aime pas

Tłumaczenie zbiorowe: Jan Gondowicz, Ewelina Kuniec, Monika Ławniczak,
Michał Paweł Markowski, Anna Olczyk, Jacek Olczyk, Tadeusz Pióro, Agata Rębkowska,
Ewa Wieleżyńska, Adam Zdrodowski
Redakcja: Jacek Olczyk


Dla zapoczątkowania serii….
Lubię: parki, ogrody, papier w kratkę, pióra, świeży makaron, Chardina,
jazz, pociągi, być przed czasem, bazylię, spacerować po Paryżu, Anglię, Szko-
cję, jeziora, wyspy, koty, sałatkę z pomidorami obranymi ze skórki i bez
pestek, puzzle, kino amerykańskie, Klee, Verne’a, maszyny do pisania…

Georges Perec Lubię, nie lubię

„Urodziłem się” to zbiór czterdziestu trzech esejów Georges’a Pereca wprowadzających czytelnika w świat jego twórczości niejako od kuchni. Autor ukazuje w nich, na wzór Prób Montaigne’a, fragment swojej najbliższej, prywatnej rzeczywistości.
 Perec przez całe życie próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego piszę? – robił to, nie tylko tworząc fikcję powieściową, ale również poruszając najróżniejsze, wydawałoby się błahe tematy: wagarów, psychoanalizy, spacerów, okularów, sztuki porządkowania książek i swojego biurka, przepisów kulinarnych, skoków ze spadochronem, biurokracji, pozdrowień z wakacji, snów, free jazzu, historii lipogramu czy biograficznych mistyfikacji. Te wszystkie rozważania spaja ze sobą radość wyliczania i klasyfikowania oraz potrzeba przyjrzenia się miejscom, rzeczom i wydarzeniom codziennym, zwyczajnym, czasem banalnym, czyli temu wszystkiemu, co dzieje się, kiedy nie dzieje się nic.
Zamieszczone w Urodziłem się „dzieła pomniejsze” stanowią niemal całość eseistycznej twórczości Pereca publikowanej przez niego w czasopismach i książkach w latach 1965-1982, a następnie wydanej we Francji po jego śmierci w czterech zbiorach, które polski czytelnik otrzymuje pod jedną okładką.

Czytanie esejów Pereca jest najlepszym sposobem, aby potencjalny czytelnik uchwycił nić teraźniejszości.

Jacques Jouet Georges Perec (1936-1982), francuski pisarz, od 1967 członek OuLiPo. W 1972 roku, po opublikowaniu „Rzeczy”, „Człowieka, który śpi” oraz „La Disparition”, zadał sobie kilka pytań: „Czy aby żyć, naprawdę miałem potrzebę wygładzania słów i zdań? Czy aby być, wystarczyło być autorem kilku książek? (…) Dlaczego właśnie pisanie? (…) Czy miałem coś aż tak szczególnego do powiedzenia? Cóż powiedziałem? Co należy powiedzieć?”. Późniejsze jego książki: „W albo wspomnienie z dzieciństwa”, „Pamiętam”, „Przestrzenie” oraz „Życie instrukcji obsługi” stanowią dalszy ciąg jego obszernego projektu autobiograficznego. „Pisma pomniejsze”, czyli eseje zawarte w tomie „Urodziłem się”, to ich istotne i niezwykle bogate dopełnienie.

Na początku wszystko wydaje się proste: chciałem pisać i pisałem, a pisząc dużo, stałem się pisarzem, najpierw, przez długi czas, tylko dla siebie, dziś – dla innych. W zasadzie nie muszę już tego udowadniać (ani sobie, ani innym): jestem pisarzem, to fakt stwierdzony, stan rzeczy, oczywistość, definicja; mogę pisać albo nie pisać, obyć się przez wiele tygodni lub miesięcy bez pisania, albo pisać „dobrze” lub pisać „źle”, to niczego nie zmienia, nie czyni z mojej działalności pisarskiej działalności dodatkowej czy prowadzonej równolegle. Nie robię nic poza pisaniem (chyba że zyskuję czas na pisanie), niczego innego nie potrafię, nie chciałem nauczyć się czegoś innego… Piszę, aby żyć i żyję, aby pisać, i niemal wyobrażałem sobie, że życie i pisanie mogą się całkowicie przemieszać: zaszyłbym się gdzieś głęboko na wsi, i żyłbym w towarzystwie słowników, rano spacerowałbym po lesie, po południu zaczerniłbym kilka kartek, wieczorem być może czasem bym odpoczywał, słuchając muzyki.
To oczywiste, że kiedy przychodzą do głowy podobne pomysły (nawet jeśli są to tylko karykatury), należy pilnie zadać sobie kilka pytań…
Georges Perec, Jesienne gnocchi

 

WYDAWNICTWO LOKATOR 2012
ilość stron: 320
okładka: miękka foliowana ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-63056-09-4
CENA: 60 zł