pngggg
RECENZJE | 22.01.2018

Nielegalne duchy (M. Thien „Nie mówcie, że nie mamy niczego”)

Główna bohaterka powieści Madeleine Thien nosi dwa równorzędne imiona – Li-ling i Marie. Podobnie jak one, pomiędzy dwoma krajami rozpięte są jej tożsamość i rodzinna historia. Kanada wydaje się jednak raczej miejscem, w którym rozpoczyna się wędrówkę. Zasadniczym tematem książki są natomiast dwudziestowieczne Chiny i historia znacznie przekraczająca ramy rodzinnej opowieści.

Nastolatka mieszkająca z matką w Vancouver powraca do Chin nie tylko myślami. Podobnie jak matka, rezygnuje z jedzenia przy stole, który pełni funkcję centrum badań archiwalnych i poszukiwań krewnych ojca, przebywającego prawdopodobnie w Hong Kongu. Poszukiwania są żmudne i właściwie beznadziejne. Relacje obu kobiet są w dużym stopniu zdeterminowane doświadczeniem straty i – przede wszystkim – poczucia zagubienia, niewiedzy i niepewności. Sytuacja nieco zmienia się, gdy przyjeżdża do nich krewna – Ai Ming, zmuszona do ucieczki po krwawo stłumionych protestach na placu Tiananmen. Pojawienie się kuzynki zmienia perspektywę Marie/Li-ling – nie tylko na historię rodzinną i losy ich ojców, ale także na historię Chin.

Ważnym tekstem, który nieustannie powraca w powieści, jest Księga rejestrów, przepisywana i kopiowana na różne sposoby przez kolejnych czytelników. Powstanie i dokładna zawartość Księgi są tajemnicze, podobnie jak sposoby jej przekazywania i powielania. Nawiązanie do Zapisków historyka (Shiji), napisanych przez Sima Qian (145-86 r. p.n.e.), wydaje się oczywiste. Księga zawiera najdawniejszą historię Chin, opisaną do czasów współczesnych historiografowi w jej – wówczas – nieoficjalnej wersji. To nawiązanie wydaje się jednak nie wyczerpywać znaczenia, jakie Thien nadaje Księdze rejestrów. Poza wspólnoto- i historiotwórczym wymiarem jej istnienia, równie ważna wydaje się jej inherentna niekompletność. Poszukiwanie kolejnych tomów czy rozpoczynanie lektury bez ustalonego porządku to warunki, w jakich bohaterowie poznają historię swojego kraju. Metafora, jaką przynosi Księga rejestrów, wydaje się bardzo pojemna i niebanalna. Historia Chin jest tu stale obecna, nie może być jednak uporządkowana ani ostatecznie zapamiętana. Lektura utrwala pamięć, ale pozwala też zapominać o utraconych czy niedostępnych aktualnie fragmentach. To tylko wzmacnia wrażenie, że wiedza na temat historii Chin jest nie tylko nieoczywista, ale przede wszystkim pożąda się jej znajomości. Skupienie na przedmiocie odbiera pamięć o tym, o czym opowiada historia. Historia z kolei gubi ludzi, bohaterów wielkich przemian. Ale to wielkie, mityczne dzieło jest również dyskutowane w XX wieku, w cieniu wielkich i zarazem dramatycznych wydarzeń, które aktualizują jego doniosłość.

– Pamiętasz tę książkę, o której ci kiedyś opowiadałam? – zapytała Obłok. – Tę spisaną w trzydziestu jeden notatnikach. Księgę rejestrów. – Jej cichy głos ledwie docierał do uszu Wielkiej Matki, mimo że leżały skulone na wąskim kangu.

– Mam nadzieję, że ją spaliłaś. Coś, co budzi w człowieku taką pasję, z całą pewnością jest zakazane.

Mimo – nierzadko bardzo drastycznych – konkretów powieść pełna jest także bardziej subtelnych myśli i metafor. Część z nich zdaje się pisana niemalże jako gotowe cytaty do przekazywania dalej, co skądinąd współgra z ideą, która przyświeca przekazywaniu Księgi. Może to sprawiać wrażenie pewnego upozowania narracji, jednak z tekstu wyłowić można fragmenty, które oddają ostateczną rezygnację bohaterów.

– Ostrożnie. W tym kraju nawet duchy są nielegalne – powiedziała Wielka Matka.

Ale są też kwestie wyrażone dobitniej. Doświadczeniem czytelnika tej powieści będą nie tylko opisy pobytu w karnych obozach, ale także historie o ludziach, którzy zostali złamani i przeżuci przez historię i rewolucję. Trudno znaleźć w powieści Thien wyważone sądy na temat przemian następujących w trakcie samej rewolucji i już po niej czy  spojrzenie na te wydarzenia z różnych perspektyw. Głosy popierające jej prowadzenie są zawsze pisane w nieco fałszywym tonie. Te krytyczne natomiast zyskiwać mają zrozumienie i przychylność czytelnika. Nie jestem przekonana, czy zdołałam poddać się temu mechanizmowi. Mocniej oddziałują te fragmenty, w których autorka odtwarza pojedyncze wydarzenia, na przykład analizuje emocjonalny stan postaci, która dokonuje aktu publicznej zemsty:

Z początku zadawała ciosy słabo i bez przekonania, jakby to smutek, a nie gniew kierował jej ruchami. Jednakże okrzyki tłumu dodały jej animuszu, ruchy łopaty nabrały rytmicznej determinacji. Kobieta biła raz po raz nawet wtedy, gdy nie miało to już żadnego znaczenia.

To temu ostatecznie jest poświęcona powieść. Przeżywaniu i rozumieniu historii dwudziestowiecznych Chin – masakry na Tiananmen, rewolucji kulturalnej i tego, co ją poprzedzało, polityki i idei Mao Zedonga, wydarzeń po jego śmierci w 1976 roku, a także codziennego życia w okresie rewolucji. Wszystko to czytelnik poznaje przez pryzmat historii trojga przyjaciół: Zhuli, Wróbla i Kaia. To ich losom przyglądamy się przez kolejne lata. To w ich rozmowach, zmaganiach i poszukiwaniach własnego miejsca odbijają się dramatyczne wydarzenia. Wszyscy troje są muzykami i nie pozostaje to bez wpływu na tematy rozmów i perspektywę, jaką przyjmują w postrzeganiu rzeczywistości. Wiele spośród ich rozważań, eksponujących wrażliwość czy niepewność, można postrzegać jako rozpisany na głosy esej o ideologii ówczesnych Chin. W jednej z rozmów pojawia się taki fragment:

W głębi duszy za boga uważam Partię, kraj i rodzinę i dlatego odpowiadam, że tak, jestem mu wierny. Kiedy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym zapanował głód, okazało się, że koniec końców kapłani byli tylko ludźmi i nie posiadali mocy rozmnażania chleba ani ryb. Tamtej zimy zmarła moja mama, a później tato i dwie siostry. Nawet ojciec Ignatius zagłodził się na śmierć.

Istotnym walorem tych części jest niewątpliwie zmienność perspektywy narracyjnej, nieco mniej entuzjazmu może budzić brak cięć. Narracja tej powieści jest bowiem bardzo precyzyjnie skonstruowana. Cofamy się do przeszłości, by powrócić do Kanady, by ponownie skierować się do Chin wraz z główną bohaterką. Zmienna perspektywa czasowa idzie w parze ze zmienną perspektywą, wrażliwością, a nawet językiem powieści, który – mimo że bardzo subtelnie – wyraźnie zaznacza odmienność poszczególnych partii. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że napięcie nieco słabnie w częściach, których autorka nie zdecydowała się w pewnym momencie przeciąć. Innymi słowy, mimo że strategia narracyjna jest uzasadniona i przekonująca, formie brakuje większej radykalności. Zdarzały mi się chwile, w których oczekiwałam już zmiany wątku. Szczególnie żałowałam, że Thien nie zdecydowała się na rozwinięcie współczesnej historii Marie/Li-ling. Do pewnego stopnia rozumiem tę decyzję i z pewnością wielu czytelników uzna ją za atut powieści, mnie jednak od pewnego momentu uniemożliwiła utratę dystansu.

Główna bohaterka współczesnych części Nie mówcie, że nie mamy niczego jest matematyczką, pozbawioną bezpośredniego kontaktu z kulturą i językiem rodziców. Jej stosunek do tego stanu rzeczy wydaje się ambiwalentny, jednak podczas podróży do Chin, która daleka jest od typowych wypraw do kraju przodków, jest o wiele wyraźniej stematyzowany. Co istotne, jej doświadczenia z matematyką zdają się współbrzmieć z tym, w jaki sposób Wróbel myśli o muzyce. Mimo że kobieta żyje w innym świecie, ma zupełnie inne doświadczenia i oczekiwania, muzyka i matematyka znajdują pozajęzykowe porozumienie.

Liczby, prawdziwe i zmyślone, stały się moim wewnętrznym językiem, a równania stanowiły odgałęzienia substancji i cieni, związków i wzajemnych relacji, przypadkowości i porządku, pokawałkowanego i niekompletnego, a mimo to logicznie zorganizowanego świata, w którym żyjemy. […] Mój umysł był pełen liczb; nie czułam się samotna.

Powieść Thien jest pod wieloma względami bezkompromisowa, tak jak bezkompromisowe jest pisanie wbrew głównemu nurtowi historii. Inaczej można jednak oceniać ten wymiar powieści, który ma nas wciągnąć i przybliżyć do bohaterów. Zmienne losy i zmienność perspektywy są przekonujące jako decyzja literacka, wprowadzane konsekwentnie i płynnie. To one jednak przyczyniły się chyba do tego, że Nie mówcie, że nie mamy niczego doceniam z oddali.

 

Madeleine Thien

Nie mówcie, że nie mamy niczego

Tłum. Łukasz Małecki

Wydawnictwo Literackie, 2017

Liczba stron: 600

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Ostatnio wydała autorski notes z fotografiami i wyborem literatury „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.