• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 19.02.2018
Niech moc będzie z nami („Czas mroku”)
Recenzje | 19.02.2018

Niech moc będzie z nami („Czas mroku”)

Czas mroku to typowy przykład kina pseudohistorycznego. To taki nurt w najnowszej kinematografii, który poświęca prawdę historyczną dla krzepiącego przesłania i redukuje złożony obraz przeszłości do mitopodobnego schematu. Kręcić nosem na liczne przeinaczenia i zmyślenia właściwie nie wypada, bo dzieło sytuuje się po jasnej stronie mocy – dlatego malkontentów jest stosunkowo niewielu. Zresztą ich ciche marudzenie zagłuszają okrzyki zachwytu – i nic dziwnego, bo film zrobiono starannie, kadry są wysmakowane, scenografia oddaje klimat epoki, a aktorzy grają brawurowo. Tak, w pewnym sensie obraz Joe Wrighta to prawdziwy majstersztyk; doskonałość wykonania odwraca uwagę od treściowego ubóstwa, schematyzmu, naiwności i narodowej tromtadracji.

Jak łatwo zgadnąć po tym wprowadzeniu, zaliczam się do grona malkontentów. Być może powinienem pierwszą część tekstu poświęcić na pochwały – raz jeszcze podkreślić, że reżyser wykonał dobrą robotę, scenograf też się postarał, a aktorzy stanęli na wysokości zadania – a potem dopiero przejść do krytyki (czyli zaserwować coś z firmy „cukiernia ciastek trujących”). Ale nie zrobię tego. Nie będę się rozpisywał o świetnej kreacji Gary’ego Oldmana (za którą dostał już Złoty Glob, a niebawem powalczy o Oscara). O kulisach przygotowania do roli przeczytacie w innych recenzjach – o tym, jak aktor cierpliwie znosił dolepianie policzków i drapowanie zmarszczek, pracując na planie dwadzieścia godzin na dobę, a następnie stworzył wiekopomną rolę. O tym, że łatwo nie miał, gdyż w Churchilla wcielali się najwięksi (od Orsona Wellesa po Alberta Finneya i Boba Hoskinsa), a mimo to „wykreował najlepszego Winstona Churchilla w historii kina, mało powiedziane – on „po prostu stał się Winstonem Churchillem”! Faktycznie, Oldman sprawnie przechodzi od wizerunku charyzmatycznego przywódcy do obrazu domowego choleryka i safanduły, umiejętnie balansuje między patosem a humorem i zmienia film w dwugodzinny one man show. Jeśli ktoś gustuje w takich atrakcjach, może być Czasem mroku zachwycony. Ja mam jednak ten kłopot, że oczekuję od kina czegoś więcej aniżeli popisu (aktorskiego i reżyserskiego) kunsztu.

Czas mroku ma zatem swoje dobre strony – co stwierdziwszy, mogę nareszcie przejść do narzekania. Joe Wright (znany jako reżyser m.in. Dumy i uprzedzenia, Pokuty i Anny Kareniny) ukazuje nam jedynie skrawek bogatej biografii politycznej Churchilla. Fabuła obejmuje okres od nominacji na stanowisko premiera 10 maja 1940 roku do 4 czerwca tego samego roku, kiedy zakończono ewakuację wojsk Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego z plaż Dunkierki. Inne filmowe biografie Churchilla albo przedstawiały całą jego karierę polityczną (filmy Wzbierająca burza i W czasie burzy) albo koncentrowały się na pojedynczym epizodzie (jak w przypadku tegorocznego Churchilla, który opowiada o jednej dobie z życia premiera, tuż przed D-Day). Wybór tego miesiąca wydaje się znamienny – idzie wszak o czas, w którym rządzący premier zmienia się w męża stanu, cieszącego się niemal jednogłośnym poparciem swoich rodaków.

Oto główny temat opowieści: przemiana wewnętrzna bohatera, który pokonuje własne słabości i odrzuca wahania, a także przemiana polityka w zbawcę narodu i cywilizowanego świata. Ujawnia to też drugi, często przywoływany kontekst; otóż Czas mroku zamyka nieformalną trylogię najnowszych filmów o Dunkierce. Różnica polega na tym, że film Christophera Nolana przedstawiał doświadczenie frontowe szeregowych żołnierzy, podobnie komedia Lone Scherfig pt. Zwyczajna dziewczyna, w której tytułowa bohaterka, pracująca dla ekipy filmowej, szuka wyrazu dla codziennego heroizmu wojennego Anglików. W Czasie mroku front jest daleko, a my obserwujemy niekończące się narady sztabowe i kłótnie parlamentarne. Zamiast anonimowego dzielnego tłumu (żołnierzy lub cywili) otrzymujemy portret wybitnej jednostki, od której zależą losy świata.

Problem z kinem historycznym jest zwykle taki, że widzowie od początku znają zakończenie (no, przynajmniej większość widzów). W maju 1940 roku, gdy upadał gabinet Neville’a Chamberlaina, oskarżanego o nieudolność na arenie międzynarodowej i o politykę ustępstw wobec Hitlera, wszystko mogło się wydarzyć. Film stara się oddać panującą podówczas atmosferę niepokoju. To moment, gdy Europa pod nazistowsko-sowiecką okupacją wydaje się stracona. Nowy premier spiera się bez końca ze starym oraz z ministrem spraw zagranicznym Lordem Halifaxem, czy zawrzeć pakt z Hitlerem. Znikąd nadziei i znikąd pomocy, co obrazuje scena rozmowy telefonicznej Churchilla z Rooseveltem, w której ten ostatni odmawia bezpośredniej pomocy militarnej. Ale przecież widz od początku wie, że wszystko skończy się zwycięstwem aliantów! Czas mroku zresztą buduje atmosferę zagrożenia dość nieudolnie, za dużo w filmie tzw. „ciepłego humoru”, a przeciwstawienie niemieckiego krzykacza wiecowego oraz starego i mądrego Premiera jest tak wyostrzone, że doprawdy trudno brać na serio tego pierwszego. Co zatem ostaje się, jeżeli chodzi o materię fabularną? Niewiele… Zwłaszcza że w filmie brak jakichś równoległych historii. Opowieść o żonie Churchilla została ledwie naszkicowana, podobnie historia jego asystentki oraz jej brata, a szkoda, bo te wątki mogły ożywić akcję filmu, tymczasem niosły ze sobą też zagrożenie łzawym sentymentalizmem.

A zatem cały film opowiada o wychodzeniu z niemocy – wielkiego człowieka i nie mniej wielkiego narodu. Nie jest to ani wojenna saga, ani rzetelna biografia, ani wierne przedstawienie momentu historycznego. To rekreacja narodowego mitu. Na czym polegają filmowe przekłamania względem rzeczywistego biegu wydarzeń? Przede wszystkim na tym, że pominięte zostają skomplikowane mechanizmy politycznej reprezentacji, zmagań parlamentarnych i walki wewnątrzpartyjnych frakcji. Nie ma tu realnego teatru politycznego, o którym piszą historycy – jest samotny performance wybitnej jednostki. Nieobecni są choćby działacze Partii Konserwatywnej, którzy rzucili wyzwanie defetystycznej strategii Chamberlaina, tacy jak Harold Macmillan, Leo Amery czy Ronald Cartland. Jak pisze Lynne Olson, autorka znakomitej książki Buntownicy: Gdyby nie ci członkowie parlamentu (…) Churchill nie miałby szansy tak wspaniale odpowiedzieć na wezwanie historii, Wielka Brytania mogłaby się zgodzić na negocjacje pokojowe z Hitlerem, a nawet przegrać wojnę. W filmie Wrighta mamy samotnego wilka, który na własną rękę zdobywa władzę, wyrywając ją cynicznemu poprzednikowi, a następnie w pojedynkę decyduje o losie swojej ojczyzny. Zamiast polityki otrzymujemy wyjałowiony mityczny schemat: starcie bohatera z antagonistą, konfrontacja dobra ze złem, walka światła i ciemności.

darkest-hour_de5745f86cac1e5c466d8d21ac667752

Jasne, zdążyliśmy przywyknąć do takiej redukcji i do takiego ideolo. Ale kulminacyjna scena filmu – SPOILER ALERT! – przeważa szalę, przechylając ją na stronę historycznego fałszu i okrutnego kiczu patriotycznego. Oto Churchill zmierza swoją limuzyną do parlamentu, gdzie ma podpisać propozycję rozejmu z Hitlerem. Nagle, ku zdziwieniu szofera (idąc za radą króla, z którym rozmawiał poprzedniego dnia!), wysiada z samochodu, kieruje się do stacji metra i wsiada do pierwszego lepszego wagonu. Pasażerowie są tyleż zaskoczeni, co skrępowani i mnożą wyrazy bałwochwalczej czci. Churchill gawędzi z nimi niezobowiązująco, dla rozluźnienia atmosfery, aż wreszcie pyta, czy Wielka Brytania powinna paktować z III Rzeszą. Odpowiedź zwykłych obywateli – która pada z ust przypadkowych „szaraczków”, w tym czarnoskórego mężczyzny i dziesięcioletniej dziewczynki – brzmi oczywiście „NEVER!”. Decyzja zapadła; Churchill dociera do Pałacu Westminsterskiego i zrywa porozumienie, powołując się w swojej przemowie imiennie na pasażerów londyńskiego metra (tego samego metra, które niebawem, podczas nalotów bombowych, zmieni się w miejski schron). Trudno uniknąć skojarzeń z kinem propagandowym, w którym za działaniem umiłowanego Przywódcy stoi niezłomna wola ludu.

Ale warto spojrzeć na tę scenę jak na symptom, który odsyła nas do problemów ze współczesną demokracją. To obraz odnawiania demokracji przedstawicielskiej przez element demokracji bezpośredniej, z tym że ta ostatnia zostaje sfingowana pod postacią vox populi. Zmyślona historia z londyńskiego metra obnaża główny mechanizm filmowego hurapatriotyzmu: idzie o sprowadzenie polityki do mitu, zniesienie demokracji w narodowej jedności, która zaciera różnice i znosi podziały (nikt w metrze nie zgłasza zdania odrębnego). Można się spierać, czy jest to odpowiedź na brexit, czy trwały fantazmat mieszkańców Zachodu, znużonych demokracją przedstawicielską, czyli permanentnym skandalem i niecichnącym sporem. Nie próbuję tego rozstrzygać, bo brak mi niezbędnych danych (w jaki sposób kultura reaguje na brexit?). Poza tym – przyznaję – wszystkie wizje spontanicznej jednomyślności, która scala naród, budzą moją nieufność i niepokój. A kino pseudohistoryczne, które redukuje przeszłość do czarno-białego obrazu, uważam za szkodliwe i niewarte obrony – choćby Gary Oldman spędzał na planie czterdzieści godzin na dobę i zagrał Churchilla bardziej przekonująco, niż zrobił to sam Churchill.