Black Keys
RECENZJE | 19.05.2014

Niebezpieczna Mysz na Czarnych Klawiszach (The Black Keys „Turn Blue”)

Informacje o śmierci i zmartwychwstaniu muzyki rockowej docierają do nas z ogromną częstotliwością. Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad rock umierał tak często, że gdyby był kotem, lada chwila skończyłaby mu się pula dziewięciu żyć. Zespół The Black Keys, przez wielu uważany za mesjaszy gatunku, wydał właśnie nową płytę. Po jej przesłuchaniu bardziej ortodoksyjni fani będą mogli po raz kolejny w kartę choroby rock’n’rolla wpisać słowa: czas zgonu – rok 2014.

Odbiegnijmy na chwilę od tematu i zatrzymajmy się przy innej kapeli. Grupa Kasabian zaprezentowała niedawno najnowszą piosenkę pt. Eez-Eh, która sprawia wrażenie w całości wygenerowanej przez komputer. Nie wiedziałem, że Kasabian nagrywa teraz z zespołem Weekend! – zakrzyknął redaktor Wojciech Mann, kiedy usłyszał ten utwór w radiowej audycji prowadzonej wspólnie z Anną Gacek. Niestety, podobne utyskiwania można było przeczytać w internetowych komentarzach pod nowym singlem The Black Keys o tytule Fever. Gitara – znak rozpoznawczy duetu z Ohio – została zredukowana do minimum na rzecz syntezatorów i producenckich sztuczek. Cała płyta Turn Blue nie jest w tej zmianie aż tak radykalna, jednak po stylu zespołu z połowy poprzedniej dekady nie ma nawet śladu.

Akcenty w twórczości The Black Keys znacząco przesunęły się w chwili podjęcia współpracy z producentem Brianem „Danger Mouse” Burtonem w 2010 roku. Zespół nagrał wtedy album pt. Brothers, który na tle poprzednich dzieł grupy – opartych na gęstych gitarowych riffach – sprawiał wrażenie bardzo wyciszonego. Zaledwie rok później Dan Auerbach i Pat Carney dopuścili Burtona do procesu tworzenia piosenek. Tak powstała rewelacyjna płyta El Camino, dzięki której zespół zdobył nowych słuchaczy, zadowalając również dotychczasowych fanów. The Black Keys stworzyli wręcz nowy gatunek – blues dyskotekowy. Wydawało się, że doszli do ściany i nic bardziej ożywczego nagrać już nie zdołają. Te obawy sprawdzają się niestety w przypadku albumu Turn Blue.

The Black Keys na dobre zrezygnowali z riffu jako filaru swojej muzyki. Jeżeli gitara wysuwa się w którymś momencie na pierwszy plan (a zdarza się to rzadko), słyszymy raczej płaczliwe solówki jak w utworze It’s Up To You Now. Nad całością góruje wszechobecne – choć trzeba przyznać, że bardzo zróżnicowane – brzmienie syntezatorów. Chwilami ma to swój urok, ale zdarzają się również niewypały. Całkiem ładna ballada In Our Prime zaczyna się przygrywką rodem z komputerowych programów do karaoke. Ta płyta doskonale obrazuje zmianę, jaką przeszedł zespół przez ostatnie lata. Wszak przed 2010 rokiem Auerbach i Carney nie korzystali z usług klawiszowca i basisty nawet na koncertach.

Co gorsza, by dostosować się do podkładu, frontman zmienił również sposób śpiewania. Jego głos z każdą płytą osiąga coraz wyższe rejestry, tu chwilami zahaczając o przeraźliwy falset. Przy piosence Waiting On Words zastanawiałem się nawet, czy to aby na pewno Auerbach, czy może zaproszona do studia wokalistka.

Być może zmiana stylistyki nie byłaby tak bolesna, gdyby nie jawnie rzucający się w uszy kryzys twórczy. Większość piosenek brzmi jak odrzuty z płyty z Brothers, zaś co lepsze kompozycje noszą raczej piętno innych artystów aniżeli samych muzyków The Black Keys. Tak jest choćby z rozpoczynającym album utworem Weight of Love, który przypomina psychodeliczne eksperymenty grupy Pink Floyd z płyty Meddle. Bullet in the Brain zaczyna się na modłę zespołu The Moody Blues, by po chwili przerodzić się w piosenkę iście beatlesowską. Album kończy kawałek Gotta Get Away, który zupełnie odbiega klimatem od całości i przypomina dokonania późnych Stonesów (swoją drogą, dziwnie podobną piosenkę pt. My Last Mistake Auerbach nagrał w 2009 roku na jedyny dotychczas solowy krążek).

Tu i ówdzie pojawiają się głosy, że skoro dotychczasowa formuła The Black Keys się wyczerpała, być może Auerbach i Carney powinni zacząć tworzyć pod innym szyldem (na taki odważny krok zdecydował się Jack White, rozwiązując The White Stripes). Wygląda to jednak trochę jak czynienie artystom zarzutu z faktu, że się rozwijają (co z tego, że nie w kierunku, w którym byśmy chcieli?). Duet z Ohio jest już innym zespołem, a jeśli komuś trudno się z tym pogodzić, niech sięgnie choćby po nagrania polskiej grupy Kim Nowak, której członkowie od fascynacji bohaterami tej recenzji się nie odżegnują. Ich rewelacyjna płyta Wilk to gitarowe granie w stylu The Black Keys z najlepszych lat.

Jacek Skałecki

Jacek Skałecki

(ur. 1988) – urodził się i mieszka w Lublinie. Absolwent dziennikarstwa UMCS. Główny obszar zainteresowań to film: jako widz od zawsze, jako twórca od niedawna. Autor bloga www.zawiesina.blox.pl.