conrad
ARTYKUŁY | 16.10.2017

Nie tylko „Czas Apokalipsy”. Joseph Conrad w anglosaskim kinie

Twórczość Conrada to pierwszorzędny materiał dla filmowców. Mimo to większość adaptacji rozczarowuje – choć są wśród nich i zapomniane perełki. Ale obecność autora Jądra ciemności w kinie i telewizji to więcej niż ekranizacje. Jego sposób myślenia zakorzenił się w anglosaskim filmie bardzo głęboko.

Joseph Conrad – jak mało kto – potrafił uchwycić najbardziej dojmujące doświadczenia przy pomocy atrakcyjnych opowieści. Doceniał zalety literatury przygodowej, szpiegowskiego dreszczowca czy powieści napoleońskiej i korzystał z ich konwencji. Nie pozwalał jednak, by efektowne chwyty stały się ważniejsze niż przemiana protagonistów.

Trudno u Conrada znaleźć bohaterów płaskich lub miało wiarygodnych. Nie brak za to postaci skomplikowanych, kryjących jakąś tajemnicę, która odsłania się przed nami stopniowo – ale nigdy do końca. Pewnie dlatego wciąż wraca się myślami do Kurtza czy Lorda Jima.

Dobra fabuła i interesujący bohaterowie to już wiele, ale trzeba jeszcze dodać, że Conrad był świetny w tworzeniu intensywnie oddziałujących obrazów. Scenerią jego tekstów są składowiska kości słoniowej w Kongu, sklepik z pornografią w londyńskim Soho czy mgliste łąki, na których o świcie pojedynkują się napoleońscy huzarzy. Czy to wszystko razem nie brzmi jak dobry pomysł na scenariusz?

Odpowiedź na to pytanie musiała się wydać oczywista bardzo wielu filmowcom, skoro teksty Conrada ekranizowano co najmniej 77 razy. Taki wynik może zaskakiwać, nawet gdy ma się na uwadze filmowy potencjał tego pisarstwa. Jeśli zaczniemy liczyć adaptacje prozy innych sław epoki Conrada – jak John Galsworthy czy Virginia Woolf – to raczej nie osiągniemy porównywalnego wyniku. Pierwsza z conradowskich ekranizacji, Zwycięstwo, to niemy film z 1919 roku. Do ostatnich należy miniserial Tajny agent, wyprodukowany niedawno przez BBC. Conrad jest zatem obecny w zachodnim kinie nieustannie od prawie stu lat.

Większość adaptacji nie wytrzymała próby czasu – dotyczy to zarówno produkcji przedwojennych, jak i tych z lat dziewięćdziesiątych. Na przykład Tajny agent (1936) w reżyserii Alfreda Hitchcocka jest dobrze oceniany przez znawców kina, którzy widzą w nim jeden z najlepszych thrillerów tamtej epoki. Ale dla większości widzów wczesne dzieło mistrza suspensu będzie po prostu nużące. Podobnie prezentuje się dziś miniserial Nostromo (1996) z Colinem Firthem w roli głównej. Recz ma kilka zalet – do największych należy treściwy scenariusz, wierny powieści będącej wnikliwą analizą mechanizmów gospodarczo-politycznych związanych z walkami toczącymi się w Ameryce Łacińskiej. Uderza jednak, jak bardzo telewizja lat dziewięćdziesiątych zdążyła się zestarzeć. Serial w swoim czasie uchodził pewnie za przykład dobrego rzemiosła, dziś natomiast razi dialogami jak z oper mydlanych, nieznośnie stereotypowym przedstawianiem ludzi z niższych klas społecznych, a nawet fatalną jakością zdjęć. Dziś, gdy normą jest obraz fascynująco głęboki – tak pełen detali, że niemal trójwymiarowy – nagrania z taniej taśmy filmowej są nie do zniesienia.

Mimo wszystko Nostromo nie jest katastrofą równie spektakularną jak Lord Jim (1964) z Peterem O’Toole’em w roli tytułowej. Wieloznaczną historię marynarza, który stara się odzyskać szacunek do samego siebie, przedstawiono w sposób niewiarygodnie infantylny. Film Richarda Brooksa, od czasu do czasu wyświetlany jeszcze w polskiej telewizji, sprowadza powieść Conrada do banalnego moralitetu.

Warto za to sięgnąć po doskonały Pojedynek z 1977 roku. To pełnometrażowy debiut Ridleya Scotta, który zresztą nawiązywał do Conrada i w późniejszych filmach (nazwa statku kosmicznego z Obcego to nie przypadek). Opowieść jest kameralna, choć efektowna. Na przestrzeni kilkunastu lat dwaj napoleońscy oficerowie raz po raz pojedynkują się ze sobą, choć nie ma ku temu wyraźnego powodu – może oprócz kawaleryjskiego fasonu. W malarskich ujęciach, nawiązujących do flamandzkich mistrzów, pokazano zarówno urodę, jak i pustotę żołnierskiego życia. Warto przypominać tę historię, Conrad uchodzi bowiem za piewcę honoru i walki bez względu na przeciwności. Niewątpliwie zajmował i takie stanowisko, ale przy pomocy Pojedynku wyszydzał też absurd skrajnie archaicznego pojmowania męskich obowiązków. Scott, używając oszczędnych środków, unaocznił myśl Conrada z całą mocą.

Kolejną nieco zapomnianą ekranizacją jest Tajny agent z 1996 roku. Telewizyjny film w reżyserii Christophera Hamptona sprawnie eksponuje najważniejsze spostrzeżenia, jakie Conrad zawarł w wizjonerskiej powieści pod tym samym tytułem. A podejmuje ona tematy tak aktualne jak ekonomiczne wykluczenie, uchodźstwo, terroryzm czy rosyjskie ingerencje w politykę państw zachodnich. Tę adaptację warto obejrzeć ze względu na interesującą grę Boba Hoskinsa, Gerarda Depardieu, Christiana Bale’a, a nade wszystko Robina Williamsa. Ten ostatni kreuje postać konstruktora bomb, który współpracuje z rewolucjonistyczną organizacją. Ale to nie społeczne przemiany są dla niego najważniejsze, tylko sama władza destrukcji. Williams w tej niewielkiej roli robi piorunujące wrażenie.

Również z powodu gry aktorskiej – Tima Rotha i Johna Malkovicha – warto wspomnieć o Jądrze ciemności z 1993 roku. Film Nicolasa Roega ma swoje momenty, gdy przy pomocy symbolicznych obrazów unaocznia obcość i dziwność obszaru, nad którym niepewną władzę sprawuje Kurtz. Rzecz nie może się jednak równać z Czasem apokalipsy z 1979 roku.

Adaptacja Francisa Forda Coppoli, który przeniósł opowiadanie Conrada w realia wietnamskiej wojny, to najbardziej brawurowe dzieło reżysera. Czas apokalipsy nadzwyczajnie łączy kontemplacyjny film drogi z kinem rozrywkowym. Coppola mistrzowsko skomponował ze sobą szczeniackie surfowanie pod ostrzałem i recytację Baudelaire’a, dziki taniec w rytm Satisfaction i rytualną rzeź. To wszystko razem daje hipnotyzujący efekt.

Niezwykłe jest i to, że Czas apokalipsy, choć pełen drwiny z Ameryki lat sześćdziesiątych, nie utracił przez to uniwersalności. Coppola nadał opowieści takie ramy, w których nawet fragmenty wyraźnie publicystyczne – jak sceny demonstrujące kult króliczków Playboya – mogą być z łatwością odczytywane na szerszym planie symbolicznym. Ale siłą Czasu apokalipsy jest chyba przede wszystkim oddziaływanie pozaintelektualne. Objaśnienia nie są tu konieczne – po prostu płynie się w górę rzeki i stopniowo, ale nieubłaganie, oddala od wszystkiego, co oswojone.

Przykład Coppoli (który pomysł Conrada zrealizował może lepiej niż on sam) pokazuje, że śladów polsko-brytyjskiego pisarza warto szukać poza dosłownymi ekranizacjami. Most na rzece Kwai (1957) – rzecz o brytyjskich żołnierzach, którzy w trakcie II wojny światowej znaleźli się w japońskim obozie jenieckim – wydaje się zainspirowany zarówno Jądrem ciemności, jak i Lordem Jimem. Film Davida Leana jest o tyle istotny, że w dużej mierze ustalił wyobrażenia o wojowaniu na Dalekim Wschodzie, a to przecież jeden z ważniejszych tematów anglosaskiego kina. W Moście… kluczowe okazują się charakterystyczne dla prozy Conrada zagadnienia – wierność zobowiązaniu, godność osobista, wyobcowanie czy wreszcie granice cywilizacji. W głębi dżungli, w górze rzeki, wszystko wygląda inaczej niż w uporządkowanym obozie szkoleniowym, a żołnierze raz po raz zmuszeni są kwestionować to, co wcześniej uważali za oczywiste. Kiedy w końcowej sekwencji konfrontują się z grozą i groteską, jeden z bohaterów, niczym Kurtz, powtarza w kółko: madness, madness.

Duch prozy Conrada na różne sposoby powraca w anglosaskim kinie, zwłaszcza wtedy, gdy filmowcy podejmują tematy związane z kolonializmem i dominacją świata Zachodu nad Innymi. Być może, chcąc głębiej zrozumieć takie obrazy jak Bunt na Bounty, Łowca jeleni czy Tabu, warto odwołać się właśnie do dzieł polsko-brytyjskiego pisarza. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że choć Conrad silnie oddziałał na anglosaskich filmowców, to jego potencjał wciąż nie został zadowalająco wykorzystany. Warto byłoby wrócić choćby do świetnej powieści W oczach Zachodu, która wobec aktualnej sytuacji politycznej w Europie Wschodniej staje się jeszcze bardziej interesująca. Z całą pewnością tekstem godnym pełnowymiarowego serialu jest natomiast Nostromo. To powieść gęsta, niezwykle barwna i, co ciekawe, w dużej mierze dotycząca tematu, który nie kojarzy się raczej z Conradem – pieniędzy.

Można przypuszczać, że w najbliższych latach zainteresowanie autorem Jądra ciemności powróci jeszcze nieraz, bo jego teksty wydają się stworzone dla jakościowej telewizji. Conrad bowiem – podobnie jak twórcy najgłośniejszych seriali ostatnich lat – wyrażał ważkie treści za pomocą klarownych, dynamicznych fabuł. Oczywiście nie stronił od narracji rozwijających się niespiesznie, przetykanych obszerniejszymi opisami. Ale to nie wycyzelowane impresje i nie uroda słowa są kluczowe dla tego pisarstwa. Conrad to przede wszystkim autor mocnych opowieści o fascynujących ludziach. I kilka z nich chętnie bym obejrzał w nowych odsłonach.

 

Korzystałem między innymi z następujących publikacji:

Aliens, Madmen & Bob Dylan: How Conrad Sailed his Way into Popular Culture

Always a Folly? The Problem with Adapting Joseph Conrad

The Joseph Conrad’s Filmography

Łukasz Łoziński

Łukasz Łoziński

(ur. 1989) – literaturoznawca, antropolog, copywriter. Przygotowuje doktorat o społeczności współczesnych elegantów i dandysów. Interesuje się free jazzem i rock'n'rollem. Pisze blog Niewesołe humoreski.