popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Nie sypiam w trumnie”. Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
lorbitowski-5 (1)
ROZMOWY, WYWIADY | 07.07.2014

„Nie sypiam w trumnie”. Wywiad z Łukaszem Orbitowskim

Łukasz Orbitowski: Pierwszy raz udzielam wywiadu, siedząc na ławce.

Jan Bińczycki: Warunki są faktycznie trudne. Tworzysz mroczną prozę. A jest słoneczne południe, siedzimy w środku parku, obok placu zabaw.

ŁO: Może zaraz nadciągnie gradowa chmura. O, tamten ptak. Może to czarny kruk. Panowie! To, że człowiek pisze tak jak pisze, to rewers osobowości. Uwielbiam słońce, lato, place zabaw; lubię, kiedy ludzie wokół mnie się śmieją. Nie sypiam w trumnie. (śmiech)

Konrad Janczura: Z której dzielnicy pochodzisz?

ŁO: To skomplikowane. Moja wybrana tożsamość jest inna od faktycznej. Urodziłem się w szpitalu na Kronikarza Galla i pierwsze trzy lata spędziłem w bloku przy Wyższej Szkole Pedagogicznej (dziś Uniwersytecie Pedagogicznym). Mieliśmy dziwne mieszkanie na dziesiątym piętrze. To była kawalerka; mój tata, który jest malarzem, miał powyżej pracownię. Wedle metryki jestem z Krowodrzy, ale jak miałem trzy lata, przenieśliśmy się na Kazimierz. Tam dorastałem i spędziłem większą część młodości. Z całym szacunkiem dla zielonej Krowodrzy – bycie chłopakiem z Kazimierza jest nieco bardziej efektowne, lepiej buduje image. Urodzony na Krowodrzy, wychowany na Kazimierzu, sercem świata obywatel.

KJ: Studiowałeś filozofię.

ŁO: Wybrałem te studia, bo nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Idąc na prawo, medycynę lub polonistykę, podjąłbym fundamentalną życiową decyzję. Wybrałem takie, które są pewnego rodzaju igraszką, zabawą. Stwierdziłem, że w czasie studiów dowiem się, co chcę robić. Mam delikatne wyrzuty sumienia wobec tego człowieka, który był pod kreską na liście przyjętych. Na moim miejscu może lepiej wykorzystałby te studia. Ja je w jakiś sposób zmarnowałem. Po latach zrozumiałem, że nie mam w sobie materiału na myśliciela.

KJ: Studia to, wedle plotek, miał być dla ciebie okres rozwoju fizycznego i zarazem alkoholowego.

ŁO: Jedna dyscyplina przeczy drugiej. To był raczej rozwój używkowy. Uczyłem się korzystać z życia. Miałem wielki apetyt. Chciałem się dowiedzieć, jak się nim nasycić, a jednocześnie nie zabić. Szczerze mówiąc, wypośrodkowanie tego zajęło mi trochę czasu. Ale cieszy mnie, że zaczynają krążyć takie legendy – że leżałem w żywopłocie, ze strzykawką w przedramieniu. (gromki wybuch śmiechu)

KJ: Pracowałeś też na bramce.

ŁO: Miałem taki epizod. Mocno wkręciłem się w krakowskie środowisko metalowe. Miałem mnóstwo kumpli, którzy mieli multum zespołów, ale brakowało im zaplecza. Kogoś, kto będzie stał na bramce i sprawdzał, czy nie wchodzą nieletni, pijani, jakieś bandy szukające rozpierduchy. Staliśmy z kumplami na bramce w różnych, już dawno zapomnianych klubach. Jeden z nich był w podziemiach pod arkadami na Grodzkiej. Mogłem wyjść z budynku Wydziału Filozofii, przejść trzydzieści metrów i z myśliciela przemienić się w ochroniarza (śmiech). Inne miejsca to okolice pierwszego Lokatora przy Miodowej, jakiś klub studencki na Miasteczku Studenckim. Nie pamiętam wiele: głównie tanie piwo, ludzi poubieranych na czarno i próby wypatrzenia ładnej twarzy i jędrnego cyca, o co w środowisku metalowym było raczej trudno przed erą Nergala. Dziękuję, panie Adamie, za ten napływ jędrnych cyców (śmiech).

JB: Wróćmy na Krowodrzę. Moja gigantyczna satysfakcja z lektury Horror show polega na tym, że sięgając po nią po raz pierwszy, nie spodziewając się wiele po powieści grozy, znalazłem tam barwne opisy giełdy elektronicznej na Balicach, Prądnika Białego, ulicę Wrocławską, Grottgera. To było coś, co odnowiło sposób myślenia i opowiadania o Krakowie. Udało ci się przełamać stereotyp miasta uroczych kawiarenek i barwnych dekoracji dla turystów. Ile w tej powieści własnych doświadczeń? Skoro jesteś z Kazimierza, to pewnie dotykały cię podziały klubowe?

ŁO: Nie czuję zbyt głębokich związków z piłką nożną, ale oczywiście miałem potrzebę przynależności kibicowskiej. I trafiłem kulą w płot, jako chłopak z Kazimierza zawsze byłem wiślakiem [w dzielnicy Kazimierz nieporównywalnie popularniejszym klubem jest Cracovia – przyp. red.]. Chodziliśmy jeździć na łyżwach na lodowisko Wisły. Miałem też od zawsze kumpli wiślaków. Chodziłem do VII LO obok Kościoła Misjonarzy. Stąd moja naskórkowa „wiślackość”. Wybrałem klub, któremu kibicowali kumple, a nie ten, który przypadł mi w rozdaniu geograficznym.

A opis Krakowa? Nigdy nie próbowałem demitologizować miasta, mówić nowym głosem o Krakowie. Ledwie przeczuwałem istnienie mocnej zewnętrznej formy „krakowskości”. Zawsze tutaj żyłem, więc miałem zupełnie neutralny stosunek do Sukiennic, Wawelu. To było coś tak oczywistego jak drzewo, które od zawsze rośnie przed moim domem, tak zużytego, że nie warto o tym pisać. Postanowiłem zająć się tym, co było treścią mojego życia. Miejscami, w których miałem przyjemność i nieprzyjemność bywać. Intensywnie kręciłem się w okolicach giełdy pod Elbudem, która była moją ulubioną, a potem na Balicach, gdzie moim zdaniem było już trochę „schyłkowo”. Tam już się nie czułem tak dobrze. Lokacja była inna, giełda przestawała być potrzebna, bo ludzie zaczynali pozyskiwać nielegalne treści bezpośrednio do domowych komputerów. To wykruszyło ekipę, z którą się trzymałem. Zaczęło się sprzedawanie ludzi policji, fruwające stoliki, kiedy ktoś się z kimś pokłócił itd.

Ale ten obraz miasta nie był zamierzony. Trudno oczekiwać od dwudziestoparoletniego człowieka, by był artystą świadomym.

JB: Wymieniałeś muzykę, filmy czy gry?

ŁO: W podstawówce co tydzień chodziłem na Elbud. Brałem dziesięć kaset wideo i wymieniałem, dbając o proporcje – siedem z horrorami i trzy z pornolami (śmiech). Miałem 14 lat, cóż innego mogło mnie wtedy interesować? Potem te proporcje się zaburzyły na rzecz innych filmów. Tylko pornole zachowały parytet. Zdobywałem też muzykę i gry. Były bardzo ważne. Nagranie kosztowało pod koniec lat dziewięćdziesiątych 15 zł. Szybko pokonałem barierę stolika. Wiedziałem, do kogo pójść, miałem tam kolegów.

Byli goście, którzy sprzedawali bułgarską wódkę w kartonie. Mówiliśmy na to mleko. Zawsze piliśmy na giełdzie herbatę z mlekiem. Tę wódkę piło się jak wodę. Czułeś się po tym świetnie, do momentu, w którym albo padałeś na glebę, albo trzeba było cię usadzić, pogłaskać po główce. Po jakimś czasie nauczyliśmy się to pić. Wpadłem na pomysł biznesowy – brałem torbę tego mleka, płaciłem w gotówce i heja po akademikach! Potem wszedłem w pośrednictwo – koleś brał ode mnie torbę i sam rozprowadzał. W ten sposób dało się nieźle zarobić. Potem mleczarze podnieśli ceny, interes się skończył. Później to wszystko przeniosło się do domów. Przegrywało się u kumpli. A na giełdzie przestało być przyjemnie. Widziałem, jak kajdankowali mojego kumpla, drugiemu stolik „wyleciał w powietrze” razem z towarem. Pisząc Horror show, nie wiedziałem, że zajmuję się światem w zaniku. Giełda elektroniczna nie jest miejscem, które doczeka się historycznego opracowania. Nie sądzę też, by giełdziarze napisali kiedykolwiek wspomnienia. Mówiąc nieskromnie – udało mi się zrobić coś pożytecznego i fajnego.

KJ: A jak wszedłeś w środowisko literackie?

ŁO: O kurwa! Mój tata dowiedział się, że piszę i zaciągnął mnie do Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Poszedłem na Krupniczą do ich kanciapy. A tam siedzą i walą wódę ludzie absolutnie zaprzeszli, którym się nie udało. Co człowiek, to klęska zapisana w worach pod oczami. Drukowałem w almanachach, różnych pierdolnikach, nawet po latach sam prowadziłem to Koło Młodych, ale zrezygnowano ze mnie, kiedy podjąłem decyzję, by wynieść się z domu kultury do knajpy. Przez jakiś czas wierzyłem, że to jest literatura, że nic lepszego mnie w życiu nie spotka. Następnym etapem było zmiksowanie z Ha!artem. Te środowiska trochę się wtedy przenikały w osobach Agnieszki Sobol czy Mateusza Wabika. Nigdy nie byłem „człowiekiem Ha!artu”, bo nie jestem w żaden sposób zaangażowany politycznie. Idee lewicowe i prawicowe tak samo mnie mierżą. Nie uważam, by były mi do czegoś potrzebne. Gdybym został ideowcem, to stałbym się potworem, czerwonym lub czarnym inkwizytorem. Byłbym Terlikowskim albo Jasiem Kapelą, człowiekiem bez dystansu i wyrozumiałości. Nie chcę takiego losu.

W Ha!arcie wypuściłem dwie książeczki. Kolejnym etapem awansu było Wydawnictwo Literackie, gdzie wepchnął mnie Jacek Dukaj. Znaliśmy się ze środowiska fantastycznego, do którego wchodziłem bocznymi kanałami. Uważałem, że to środowisko, skupione wokół „Nowej Fantastyki” i „Science Fiction” będzie dla mnie właściwe. Nie było. Nie potrzebuję środowiska. Lubię być sam dla siebie.

JB: Uważasz się za obywatela świata. Mieszkałeś w Warszawie, później Kopenhadze, teraz szukasz nowego miejsca. Jak z tej perspektywy oceniasz Kraków? Zmienia się na lepsze czy gorsze? To wciąż twoje miasto, czy może wracasz tu tylko z sentymentu?

ŁO: Czuję się tu coraz mniej niedobrze. Bywając tutaj co jakiś czas, utraciłem Kraków, o którym pisałem 15 lat temu. Już nie bywam w „osiedlankach”. Jak idę z kolegami na piwo, to szukamy dobrych browarów. Jak idę z synem na spacer, to odwiedzamy miejsce takie jak ten park, w którym teraz siedzimy. Krakowski brud zniknął mi sprzed oczu. Chodząc po mieście, widzę, że dużo się zmieniło – więcej odnowionych domów poza centrum, kawiarenek, ładniejsze tramwaje. Ale to pierdoły, które zauważy każdy. Mój życzliwszy stosunek do Krakowa wynika też z tego, że wydeptałem sobie w nim ścieżki. Chodzę nimi, nie zapuszczam się w las.

JB: A napiszesz znów o Krakowie?

ŁO: Coś musiałoby się wydarzyć. To nie wina miasta ani moja, że na przecięciu naszych dróg nic nie iskrzy. Jak zacznie, to napiszę. W mojej najnowszej książce Szczęśliwa ziemia jest krakowski epizod.

fot. Jakub Włodek

fot. Jakub Włodek

KJ: Co poza literaturą grozy czytałeś w czasach, gdy pisałeś Horror show?

ŁO: Żeby napisać tekst, który będzie miał funkcję straszącą, musisz znać historię gatunku i jego aktualność. Ale jeśli chcesz, by to było świeże i nowatorskie, musisz znać coś jeszcze, inspirować się czymś innym niż proza gatunkowa. Gdybym czytał tylko Kinga, Mastertona i Barkera, to byłbym wypadkową ich trzech, kimś odtwórczym. Czytałem wtedy Tomasza Manna, Iwaszkiewicza, Marka Twaina, Romana Gary’ego, Roberta Nye’a, Piotra Siemiona, Kowalewskiego, Redlińskiego, którego bardzo lubię, zwłaszcza za wczesne rzeczy. To całkiem spora liczba lektur.

KJ: W późniejszych książkach pożytkowałeś te lekturowe doświadczenia. Napisałeś powiastkę filozoficzną, eksperymentowałeś z kryminałem, w Widmach czuć inspirację romantyzmem, wyobraźnią apokaliptyczną. Skąd wynika ta pisarska spontaniczność? Wciąż szukasz swego własnego toru, „konwencji Orbitowskiego”?

ŁO: Robiłem wszystko, by uniknąć tego toru, lubię szukać nowych rzeczy. Mógłbym do końca życia pisać „Horror showy”, „Tracę ciepła” czy „Święte Wrocławie”. Ale ja to już zrobiłem. W zawodzie artysty kryje się fajna potencja żeglugi ku nowym lądom. Ta moja literacka szarpanina, która narażała mnie na robienie błędów i niemożność przywiązania do siebie czytelników, wynika, na zasadzie kontry, z lektury książek fantastycznych i obserwacji pisarzy z tego środowiska. Jak ktoś zacznie pisać militarne fantasy, to będzie je rypał do śmierci. Nigdy mi się to nie podobało. Chciałem robić różne rzeczy. Z kolei kontakt ze środowiskiem tzw. awangardowym uczył mnie, by nie iść zbyt daleko w eksperymentach i zachować komunikatywność dla odbiorców, których można nazwać wrażliwymi czytelnikami masowymi.

KJ: Czy po premierze Widm otrzymywałeś wyrazy sympatii ze strony środowisk prawicowych?

ŁO: Zakochał się w nich Piotr Skwieciński z „Rzeczpospolitej”. Ale promocja nie była tak szeroka, by dotrzeć do większej grupy prawicowych komentatorów. Mam pewną grupę czytelników na prawicy. To dla mnie żaden problem. Wręcz przeciwnie! Jako współpracownik „Gazety Wyborczej” cieszę się, że mogę być gościem Telewizji Republika, że ludzie z różnych obozów mogą usiąść i porozmawiać. To dowód, że nie każdy Polak trzyma nóż za plecami.

KJ: Na spotkaniu promującym nowe wydanie Horror show mówiłeś, że Piotr Marecki pierwotnie chciał przekazać wydanie Pawłowi Dunin-Wąsowiczowi. Gdyby historia potoczyła się inaczej i twoja książka wyszłaby przed Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, to mógłbyś zrobić podobną do niej karierę. Polska proza poszłaby w zupełnie innym kierunku. Dziś jej wyróżnikiem jest eksperyment językowy. W wypadku, gdyby Horror show zyskał większą popularność niż Wojna polsko-ruska, Patrycja Pustkowiak czy Marta Syrwid nie miałyby tak dobrego startu. Mielibyśmy mniej innowacji językowych, więcej opowieści.

ŁO: Ale co by wtedy robiły te biedne dziewczyny? (ogólny wybuch śmiechu) Może to dobrze, że Horror show jest książka niszową. Moja kariera pisarska zupełnie mnie satysfakcjonuje. Mam oczywiście głód gigantycznego sukcesu na miarę Masłowskiej czy Szczepana Twardocha, ale to tak jak iść ulicą i mieć ochotę na tabliczkę czekolady. Jak ją zjesz, to przez chwilę będzie ci lepiej, ale jak bez niej wrócisz do domu, to też nie będzie krzywdy.

JB: Pomówmy o pracy nad Szczęśliwą ziemią. Używałeś osobliwej techniki gimnastyczno-literackiej.

ŁO: Laptop stał na krześle, krzesło na stole. Ja krążyłem wokół niego. Leciał mocny metal. Chodziłem, machałem rękami. I tak dzień w dzień. Nie miałem firanek, więc sąsiedzi mogli o mnie pomyśleć różne rzeczy. Ale Duńczycy widzieli już chyba nie takich wariatów. Pisząc tę książkę, nie wiedziałem, gdzie jadę. Jak już się dowiedziałem, to trzeba było to przepisać. Potem jeszcze raz. Każde zdanie poza dwoma pierwszymi zostało przerobione od A do Z. Pisałem to cztery razy. Potwornie się namęczyłem, ale spełniłem jedno ze swoich marzeń. Zawsze podziwiałem pisarzy takich jak John Grisham, którzy tworzą bardzo skomplikowane fabuły, z dużą ilością bohaterów, a wszystko razem dobrze się trzyma. Chciałem napisać precyzyjną książkę i to się udało, nieco przez przypadek. A myślałem, że to mi się nie uda.

JB: Dużo się mówi o pracy pisarza w kontekście rynku, czytelnictwa, dyscypliny życiowej. Czy po opublikowaniu tuzina książek, niezliczonych opowiadań i felietonów, traktujesz to jak rzemiosło?

ŁO: Nie. Gdybym tak pracował, byłbym tylko publicystą. To dla mnie wciąż pasja i potrzeba. Zmieniło się tylko to, że mam coraz trudniej. Próbuję pisać nie tylko książki różne od siebie, ale i coraz lepsze. A przecież nie staję się zdolniejszy ani mądrzejszy. Nadrabiam to doświadczeniem i większymi nakładami pracy. Nie wpadłem w rutynę.

KJ: Szczęśliwa ziemia kontrastuje z Widmami. Nie jest tak estetycznie rozbuchana. Za to wydaje się bardziej dojrzała.

ŁO: Widma pisał młodzieniec, a Szczęśliwą ziemię dorosły facet. To nie jest opinia wartościująca, bo młodzieńcy też piszą dobre książki. Ale co poradzę na to, że już przestałem nim być? (śmiech)

KJ: Kolejna książka też będzie w tym stylu?

ŁO: Trzy dni temu usiadłem do pisania powieści, która znów będzie inna. Na dobre i na złe została ogołocona ze wszelkich elementów fantastycznych. To będzie oparta na faktach historia chłopaka z Bydgoszczy, który zabił dwie osoby, właściwie nie wiadomo dlaczego.

KJ: Bydgoszcz wkroczy na mapę literatury. (śmiech)

ŁO: Nie mam złego zdania o tym mieście, choć nigdy nie przyszłoby mi do głowy „hej, a teraz napiszę coś o Bydgoszczy!” (ogólny wybuch śmiechu) Ta historia mnie zaciekawiła. Spędziłem w tym mieście dwa tygodnie. Posiedziałem w archiwach sądowych i w bibliotece, a każdą wolną chwilę spędzałem na łażeniu po osiedlach, zapuszczaniu się w zaułki, słuchaniu ludzi i odwiedzaniu „osiedlanek”, bo tam jeszcze dobrze się trzymają.

Pisarz to z definicji stworzenie odklejone od świata. Nie mam pojęcia o pracy w pełnym wymiarze godzin, mam małą rodzinę. Okazja do podpatrywania życia była dla mnie cennym elementem pobytu w Bydgoszczy.

KJ: Stajesz się też powoli teoretykiem fantastyki i horroru.

ŁO: Odpuściłem sobie literaturę fantastyczną. Chętnie obejrzę horror, pogram w grę, ale proza gatunkowa już mi się znudziła. Zresztą wolałbym nosić miano eksperta niż teoretyka, znawcy bez skłonności do uogólnień. Absolutnie nie mam natury myśliciela. Moje opinie są nietrwałe. Łatwo mnie do czegoś przekonać lub zrazić. Gdybym wielkim wysiłkiem woli sprokurował „małą teorię horroru”, to prawdziwy teoretyk mógłby ją przekreślić trzema zdaniami. Trzeba być świadomym własnych ograniczeń. Mogę żyć z tym, że nie jestem teoretykiem.

JB: A gdybyś przyjął na nauki jakieś grono czeladników, co byś im doradzał: długo ćwiczyć i ostrzyć pióro czy pisać spontanicznie, z otwartym nerwem?

ŁO: To kolejna rola, w której nie chciałbym się znaleźć. Nie czuję się nauczycielem. Gdyby jednak tak się stało i miałbym przekazać coś ludziom młodszym ode mnie o 15-20 lat, to radziłbym nie pisać albo robić to w bardzo ograniczonym zakresie, a przede wszystkim – nie publikować. Zaleciłbym zbieranie doświadczeń, życie w jego wszystkich wymiarach: spotkania z ludźmi, podróże, praca społeczna, religijny odlot, narkotyki, ruchanie, co tylko chcecie (śmiech). Trzeba poznać świat, by mieć o czym pisać. Śmiało mogę polecić macierzyństwo lub ojcostwo. Uważam, że sam zadebiutowałem zbyt wcześnie. Pisarzem jest się po trzydziestce. Chyba że się jest geniuszem, ale im nie trzeba radzić. Nie warto się spieszyć z publikowaniem. Wiem, że to trudne i nikt z takiej rady nie skorzysta, bo każdy chce publikować. Ale jak już musi, to przynajmniej nie w sieci! (śmiech)