Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Nie ma powodu (Łukasz Najder, „Moja osoba”)

Recenzje /

Powodów, by książek nie czytać, jest wiele. Łukasz Najder nie dostarcza żadnego.

Rynek książki od dawna cierpi na klęskę urodzaju. Może kiedyś dało się śledzić większość nowości zyskujących pewien rozgłos i uznanie krytyków. Dziś jest to absolutnie niemożliwe. A poza tym – choć ten fakt zwykle zbywa się milczeniem – kompletnie niewarte zachodu. Jeden z ciekawszych rozdziałów Mojej osoby, eseistycznej książki Łukasza Najdera, dotyczy sekty Gutenberga. Tak można nazwać społeczność tych, którzy nie tylko czytają namiętnie i nieustannie, ale też usiłują nawracać bliźnich na swoją wiarę. W ostatnich latach narzekanie na fatalny stan czytelnictwa stało się ulubionym sportem inteligencji polskiej, nużącym i bezcelowym. Oczywiście czytanie bywa wspaniałe – choćby dlatego, że pozwala śledzić złożone, wielowątkowe opowieści i przyjmować choć na chwilę obcy nam punkt widzenia. Ale czy seriale i gry wideo nie mają tych samych zalet? To pytanie sekta Gutenberga poczytałaby za herezję, reagując na jeden ze sprawdzonych sposobów. Czytający uciekają więc w snobizm-fetyszyzm, nachalny dydaktyzm, śmiertelnego foszka – celnie wylicza Najder, dodając, że koncerty pouczeń nigdy nie przyniosą oczekiwanych efektów: Bieganie jest pożyteczne i zdrowe, ale czy ruszymy o świcie do parku, bo ktoś nas odpowiednio zelżył, obsztorcował i wyśmiał za brak aktywności i nadwagę? 

Sam Najder, rzecz jasna, nie wstydzi się Gutenberga. Należy do czytających nałogowo i zawodowo, jako autor prasowych recenzji i redaktor w Wydawnictwie Czarne. Mimo to nie szczędzi gorzkich słów koleżankom i kolegom po fachu: Ci zawodowi czytający często nie czytają, tylko udają, że czytają, klasykę znają we fragmentach, nowości śledzą po łebkach albo wcale, za to sprytnie podłączają się ze swoimi komplementami i lajkami pod dominujące trendy, powtarzają za resztą, dublują komunikaty działów PR, biją w dzwony i tarabany, pałają świętym oburzeniem nad Upadkiem i Barbarią, memłają banały, bo brakuje im konkretnych argumentów, osobistych refleksji i wniosków, intelektualnej odwagi. Do tej tyrady należałoby jeszcze dodać, że mało kto spośród zawodowców rzetelnie ostrzega przed literaturą przeciętną, pustą i przegadaną. 

Łukasz Najder, dla odmiany, odzywa się wtedy, gdy ma coś do powiedzenia. Zazwyczaj ogranicza się do krótkich notek, ironicznie komentując bieżące sprawy na Facebooku. Kiedy jednak się rozpisze, to nawet wybredni się pożywią. Moja osoba zawiera wprawdzie kilka szkiców, które swego czasu podbiły social media (jak choćby cacuszko o prokrastynacji), co może wywołać zarzut o drukowanie internetu. Przeważają jednak teksty nowe lub do tej pory ukryte za paywallem, które więcej niż dostatecznie uzasadniają ogłoszenie książki. Całość skrzy się od fraz mocnych i dowcipnych, przy czym nie ma tu mowy o wymuszonych żarcikach czy zasłanianiu braku refleksji listkiem sarkazmu. W zbiorze znajdziemy sporo fragmentów pisanych bardzo serio i zapadających w pamięć. Za każdym razem autor dba jednak o to, by czytelnika nie przytłaczać i nie zanudzać (a przecież i traumy bliźnich bywają nużące, niestety).

Zbiór jest różnorodny, bo mamy tu wnikliwe autoanalizy, ale i lekkie eseje quasi-antropologiczne (na przykład o dziejach ciszy i hałasu w Polsce), a nawet bezlitosny felieton o autobiografii Króla TVN: Jak każdy bogaty i sławny człowiek Kuba uznał, że ma coś istotnego do przekazania społeczeństwu. […] W rezultacie otrzymaliśmy pięćsetstronicowe dzieło przesycone emfazą, wicem i uogólnieniami, dzieło o nieporadnej, improwizowanej strukturze przywodzącej na myśl jedną z tych podmiejskich rezydencji, po której widać, że właściciel nie mógł się zdecydować, czy pragnie zamieszkać w Disneylandzie, czy zamku krzyżackim. Trudno nie czuć prostej satysfakcji, gdy Najder drwi z gościa, którego dowcipy przestały być śmieszne jeszcze za Kwaśniewskiego, a mimo to jeździ bryką wartą kilka razy więcej od mieszkania, w którym piszę te słowa. Moja osoba staje się jednak najbardziej intrygująca w tych miejscach, gdzie opowiada o ludziach najzwyklejszych. Empatia w niezwykły sposób łączy się z dystansem, żalem i ciekawością, gdy Najder opowiada o swoim ojcu i jego pokoleniu: Nie ma Włodków, Gienków, Franków, Jurków i Staszków, którzy mówili „Kapewu?”, nosili pekaesy, jarali sporty w dulawkach, żytnią pili setkami i zakąszali chlebem, najpierw się nim sztachnąwszy, chodzili w Polskę, uwielbiali radzieckie kino batalistyczne oraz zachodnioeuropejski akt kobiecy i nie chcieli wyjawić, co oznacza ten lub ów zblakły tatuaż na przedramieniu – a przeważały kotwice i fauna. Autor szuka wyjaśnień, sięga po prace o historii męskości, rozmyśla nad biografią swojego ojca, rozważa pustkę po starym modelu patriarchalnym, ale nie udaje, że zna odpowiedź. Bo choć pamiętamy jeszcze takich facetów, choć Himilsbach i Maklakiewicz uwiecznili ich w celuloidzie, to czy wiemy, o co im chodziło, tak naprawdę?

Jest w Mojej osobie tylko jeden kawałek, w którym Najder zbyt łatwo rozprawia się z tematem. Chodzi o rozdział Ten człowieczek już więcej nie może – o kinowych bohaterach, którzy pod wpływem nawarstwiających się frustracji gwałtownie eksplodują. Gniew jawi się dziś wielu jako klucz do zrozumienia Amerykanów głosujących na populistyczną prawicę. Zdaniem badaczy i reporterów (Najder przywołuje między innymi Arlie Russell Hochschild) niedawne triumfy Trumpistów wynikają ze sprawnego podsycania i kanalizowania wściekłości niższych warstw społecznych. Ale dzieje gniewu są przecież długie, a mężczyzna, który z hukiem rezygnuje z bycia spokojnym obywatelem, to jedna z ważnych figur amerykańskiej wyobraźni. Przykładów jest mnóstwo – Najder wymienia między innymi Życzenie śmierci, Jokera i Nigdy cię tu nie było (można by dodać do tej litanii Brudnego Harry’ego, pierwszą część Rambo czy Drive). Na ogół, dzięki sprytnym zabiegom twórców, kibicujemy tym facetom, choć sieją wokół śmierć i zniszczenie, zagrażając zarówno tak zwanym szumowinom, jak i przypadkowym przechodniom. To jednak nie jedyna i chyba nie najważniejsza dwuznaczność towarzysząca tym obrazom. Jak przekonuje Najder, wielu rycerzy ruszających na prywatne krucjaty padło wcześniej ofiarą represyjnego modelu męskości i neoliberalizmu. Mimo to lufy swoich bazook kierują nie ku filarom systemu, tylko ku współobywatelom, mierzącym się z identycznymi problemami. Świetnym przykładem jest Upadek Joela Schumachera, gdzie bezrobotny Bill Foster, grany przez Michaela Douglasa, paradoksalnie występuje w obronie kapitalizmu. Kiedy demoluje burgerowy bar i sklepik prowadzony przez Koreańczyka, robi to wszak w imię – jak sam tłumaczy – swoich praw konsumenckich, po scysjach z upartą obsługą. Nie kwestionuje założeń systemu skłaniających do codziennej rywalizacji z rodakami, dąży tylko do korekty wypaczeń. Spostrzeżenia Najdera na temat Upadku są ciekawe i trafne, w innych przypadkach budzą jednak poważne wątpliwości. Dotyczy to zwłaszcza ustępu o Taksówkarzu Martina Scorsesego.

Travis Bickle, kultowa kreacja Roberta DeNiro, to człowiek wyobcowany, zmagający się z traumą wietnamską i innymi zaburzeniami. Najder to dostrzega, ale chcąc odsłonić – jak pisze – prawdziwą naturę taksówkarza, ocenia go nader surowo. Sposób, w jaki Travis flirtuje z Betsy (Cybill Shepherd), określa jako mansplaining, choć te niepokojąco szczere tyrady i dziwne zgadywanki wyraźnie zaintrygowały kobietę (można się spierać, na ile scenariusz jest realistyczny, ale tak sprawa wygląda w obrębie filmowego świata). Najder widzi tu próbę dominacji ze strony mężczyzny, nie biorąc pod uwagę, że dziwna gadanina może wynikać z niskich kompetencji intelektualnych i społecznych. Niewiele wiemy o biografii Travisa, ale jego zachowanie wskazuje, że kontakt z piękną kobietą wywołuje stres i niepewność. Mimo to Najder orzeka: Zaciągnięcie Betsy na seans pornograficzny nie jest wcale gafą, ale czymś na kształt molestowania, przymuszeniem do patrzenia na seks. Owszem, tak zapewne wygląda sytuacja z perspektywy bohaterki, tu autor się nie myli. Natomiast DeNiro gra raczej dezorientację niż złość z powodu negatywnej (i w pełni uzasadnionej) reakcji kobiety. Travis naprawdę nie wie, jak powinna wyglądać pierwsza randka i zapewne nie rozumie, że, wydzwaniając i wysyłając kolejne bukiety kwiatów, tylko pogarsza sytuację. Staje się uciążliwym i przerażającym stalkerem, istotnie, ale sam chyba o tym nie wie. Ze względu na swoje zaburzenia nie jest miarodajnym przykładem szerokiego zjawiska, które Najder, za socjologiem Michaelem Kimmelem, określa mianem angry white men

Największe zdumienie budzą komentarze do końcowej partii filmu, zwieńczonej eskapadą, podczas której Travis demoluje dom publiczny, uwalniając prostytutkę Iris (Jodie Foster). Najder zwraca uwagę, że główny bohater nie zadaje sobie trudu, by zrozumieć, jakim cudem dwunastoletnia dziewczynka została niewolnicą seksualną na ulicach nowoczesnej metropolii. To rzeczywiście frapujące zagadnienie, ale taksówkarz pozostawia dywagacje na później. Przede wszystkim chce pomóc dziewczynie, która ma – powiedzmy to raz jeszcze – tylko dwanaście lat. Lecz usunięcie jednego alfonsa, klienta i ochroniarza burdelu nie zmienia dosłownie niczego na przemocowej mapie Nowego Jorku, Ameryki, świata. Bickle nie widzi, że za tragedię Iris i jej podobnych odpowiada taki a nie inny układ społeczny, źle funkcjonujące prawo, nieudolna policja, indolentni politycy, wreszcie zbiorowa hipokryzja – ciągnie eseista. Niejasne pozostaje, z jakiego powodu żąda od prostego taksówkarza, żeby przeniknął strukturalne przyczyny seksualnego wykorzystywania nastolatek. W tym fragmencie Najder, inspirując się krytyką neomarksistowską i feministyczną, radykalnie spłaszcza dość złożoną rzeczywistość filmową. I w efekcie faceta, który dla przypadkowo spotkanej prostytutki zaryzykował życie, podsumowuje słowami: Bickle to udający troskę o kobiety mizogin.

Chcę jednak podkreślić, że ustępy wątpliwe stanowią margines Mojej osoby – reszta to solidna strawa intelektualna, napisana z talentem i szacunkiem do czytelnika. Niektórym ten zbiór może się wydać osobliwym, bo autor, wbrew tradycji polskiego eseju, nie zabiera nas w odległe kulturowo rejony ani nie gawędzi o wielkich dziełach cywilizacji śródziemnomorskiej. Okazuje się jednak, że ulice Łodzi, nieistniejące ośrodki wczasowe, Ikea i telewizor dostarczają niezgorszych tematów. Oczywiście można nie czytać, ale nie ma powodu.

Łukasz Najder

Moja osoba. Eseje i przygody

Wydawnictwo Czarne, 2020

Liczba stron: 215

____

Tekst jest częścią cyklu „Podróż do wnętrza głowy” przygotowanego razem z Krakowem Miastem Literatury Unesco i Krakowskim Biurem Festiwalowym

Łukasz Łoziński

(ur. 1989) – Z wykształcenia filolog i antropolog, z zawodu copywriter i PR-owiec. Lubi free jazz i rock'n'roll.