• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 05.03.2018
Nie chodź po trawie („Lady Bird”)
Recenzje | 05.03.2018

Nie chodź po trawie („Lady Bird”)

Obywatel Kane, Deszczowa piosenka, 12 gniewnych ludzi i Toy Story 2 – co łączy te tytuły z reżyserskim debiutem Grety Gerwig? Rzecz z pozoru błaha, jednak zarówno dla amerykańskiego widza, jak i twórcy, niepozbawiona znaczenia: najwyższa nota uzyskana w serwisie Rotten Tomatoes. Opinie krytyków są, oczywiście, ważne, ale opinie przeciętnych – niemniej wymagających – widzów to prawdziwy papierek lakmusowy. W Stanach Zjednoczonych Lady Bird entuzjastycznie przyjęły obydwie grupy.

Dzieło Gerwig wpisuje się w nurt, który określiłabym mianem inicjacyjnego kina indie. Charlie (2012), Wyznania nastolatki (2015), Carrie Pilby (2016), Kobiety i XX wiek (2016) czy The Florida Project (2017) to tylko kilka produkcji podobnego rodzaju. Pierwsze skrzypce grają w nich nastolatkowie, przedstawiane są ich troski i fantazje. To młodzi bohaterowie znajdują się w samym centrum fikcyjnego uniwersum. To ich punkt widzenia mają oddać opowiadane historie. Chociaż Lady Bird powiela ten schemat, to za sprawą świetnych dialogów, niewymuszonego humoru i charyzmatycznych postaci kobiecych znacząco wykracza ponad przeciętną. Podejmując próbę interpretacji – zarówno filmu, jak i jego fenomenu – warto podkreślić znaczenie wątków autobiograficznych (dorastanie w Sacramento, nauka w żeńskiej szkole katolickiej) oraz burzliwej relacji rodzic-dziecko. Kluczową rolę przypisuje jej sama twórczyni: To coś jakby historia miłosna Lady Bird i jej mamy. [Historia] o tym, jak trudno się pożegnać, jak jedna osoba dorasta, a druga odpuszcza. To naprawdę zabawne, ale doprowadzi cię do płaczu i sprawi, że zadzwonisz do własnej mamy.

Tytułowa „Lady Bird” to Christine McPherson (nagrodzona Złotym Globem i nominowana do Oscara Saoirse Ronan) – nastolatka, jakich wiele. Mieszka w kalifornijskim Sacramento, uczęszcza do katolickiego liceum, przyjaźni się z korpulentną Julie (Beanie Feldstein), przywiązuje wielką wagę do pseudonimu, który nadała sobie sama i marzy, by studiować na uczelni w Nowym Jorku albo chociaż w Connecticut czy New Hampshire – byle bliżej kultury i dalej od rodzinnego miasta. Tymczasem okoliczności bynajmniej nie sprzyjają podobnym fantazjom: troskliwy, poczciwy ojciec traci pracę, matka – równie opiekuńcza, choć o wiele bardziej surowa – haruje na dwie zmiany w szpitalu psychiatrycznym. Z kolei dobrze wykształcony brat oraz jego dziewczyna zarabiają na życie jako sprzedawcy w lokalnym supermarkecie.

Nic więc dziwnego, że prócz zdyscyplinowania, ogłady czy odpowiedniej długości spódnicy (tzw. skirt-check ma miejsce w jednej ze scen; w kontekście szkolnych doświadczeń wspomina o nim także Gerwig), dorośli wymagają od głównej bohaterki także zdroworozsądkowego spojrzenia na świat. Ostatni wymóg jest dla dziewczyny szczególnie opresyjny – zwłaszcza, gdy skonfrontować go z jej marzeniami i aspiracjami. Nie bez powodu na przesłuchaniu do szkolnego przedstawienia Lady Bird z pełnym przekonaniem wykonuje utwór Barbry Streisand Everybody Says Don’t. Eksponując rozdźwięk między jednostką i społeczeństwem, światem dorastających i światem dorosłych, wizją świetlanej przyszłości i szarą rzeczywistością, Gerwig oszczędza widzowi topornego moralizatorstwa czy banału. Pokazuje natomiast, że nastoletnie ambicje przekraczające finansowe możliwości rodziców nie muszą być przejawem niewdzięczności, pazerności bądź egoizmu latorośli. Podkreśla jednocześnie, że bezwzględny niekiedy rodzic może kierować się szlachetnymi pobudkami. Próbuje przybliżyć racje obu stron, niedające się tak łatwo zwerbalizować w przepełnionych emocjami konfrontacjach twarzą w twarz (już otwierająca film sekwencja z udziałem Ronan i Laurie Metcalf – także nominowanej do Oscara – oddaje niesłabnącą ani na moment dynamikę ich relacji; zachwyty reżyserki nad aktorkami są w pełni uzasadnione: obydwie grają świetnie, tak w duecie, jak i w scenach indywidualnych).

Pisząc o „miłosnym liście do rodziców” i kronice dorastania zarazem, nie sposób przemilczeć trzech kolejnych wątków: mężczyzn, religii i pochodzenia. Prócz opiekuńczego ojca i ekscentrycznego brata w życiu Christine istotną rolę odgrywają dwaj rówieśnicy. Pierwszy z nich to Danny (Lucas Hedges – zdobywca Critics’ Choice Awards w kategorii Najlepszy młody aktor za rolę w Manchester by the Sea), tyleż uroczy, co nieporadny, którego niechęć do przekraczania cielesnych granic okazuje się mieć zgoła inne źródło niż irlandzka religijność. Drugim jest Kyle (gwiazda Tamtych dni, tamtych nocy – Timothée Chalamet) – zblazowany muzyk z pseudointelektualnymi zapędami, ale też poważnymi problemami rodzinnymi. Każdy z tych związków ma odmienny charakter, składa się na osobne doświadczenie – jeden jest czysty, dziewiczy, drugi intensywniejszy cieleśnie, jednakże emocjonalnie uboższy. Obydwa pozostawiają po sobie trwały ślad i, trywializując, wpływają na to, jaką kobietą bohaterka stanie się w przyszłości.

Nie jestem katoliczką, ale uwielbiałam katolicką szkołę i wszystko w niej, bo… Szczerze mówiąc, bo byłam bardzo teatralnym dzieciakiem – przyznała reżyserka w The Late Show with Stephen ColbertWydawało mi się, że mają świetne stroje i naprawdę dobre numery muzyczne. W filmie Gerwig nie skupia się wyłącznie na obrzędowym charakterze religii; to ani nie narzędzie opresji, ani życiowa determinanta. To coś, co można celebrować i kontestować; co można ignorować i do czego można powracać. Sceny zabarwione humorem – pogaduchy o masturbacji połączone z przegryzaniem niekonsekrowanych hostii niczym chipsów bądź odsuwanie od siebie tańczącej na dyskotece pary (w myśl zasady sześć cali dla Ducha Świętego) – przeplatają się z płynącymi z ekranu zachętami do krytycznego myślenia (wykład antyaborcyjny i powątpiewanie głównej bohaterki, czy to, co nieestetyczne jest jednocześnie niemoralne).

Choć napięcie na linii centrum-peryferie zdaniem niektórych recenzentów osłabia „zastosowanie niedostatecznych środków ekspozycyjnych”, nie wydaje mi się, by wyeksponowanie tej dychotomii było głównym celem przyświecającym reżyserce. Jej sposób operowania przestrzenią cechuje specyficzny rodzaj wrażliwości – jak wynika ze sceny w gabinecie siostry-dyrektorki, z podobną uważnością, czułością i nostalgią Lady Bird opisuje w swoim eseju Sacramento. Nawet jeśli szóste pod względem wielkości miasto w Kalifornii jest pozbawione perspektyw, koniec końców trudno odmówić mu uroku. Tyle tylko, że o wiele łatwiej dostrzec go z dystansu, czyli po przeprowadzce do tętniącej życiem metropolii. Zdrowy dystans to – w perspektywie całości – słowo klucz: Gerwig przejawia go względem religii, relacji międzyludzkich, procesu inicjacji, wyobrażeń o dorosłości, seksualnych doświadczeń i wielkomiejskiego życia.

lady bird

O czym zatem jest ten film? Nie tylko o międzypokoleniowym impasie komunikacyjnym czy walce o własną podmiotowość i jednoczesnych próbach wpisania się w określony schemat. U źródeł młodzieńczego buntu protagonistki leży nie tyle niedająca się pogodzić różnica charakterów, co raczej ich podobieństwo. Prócz palącej potrzeby akceptacji odczuwa ona równie silne pragnienie zachowania indywidualności. Pierwszy związek pociąga za sobą pierwszy – wcale nie ostatni – miłosny zawód. Utrata dziewictwa znacznie odbiega od uromantycznionych wizji. Próba wkupienia się w łaski zamożniejszej, bardziej wyniosłej grupy rówieśników skutkuje pełnym skruchy powrotem do lojalnej przyjaciółki. Niektórym Lady Bird może się wydać historią o niczym – sęk w tym, że „o niczym też trzeba umieć opowiadać”. Jak ujął to Stephen Colbert: w trakcie seansu widz ciągle czeka, aż coś się wydarzy, podczas gdy coś nieustannie się wydarza. O ile aktorskie dokonania Gerwig budziły we mnie ambiwalentne uczucia (przekonująca w Kobietach i XX wieku, nieznośna w Planie Maggie), o tyle jako reżyserka i scenarzystka z imponującą lekkością unika fałszywych nut. Nawet jeśli bazuje na dobrze znanej linii melodycznej, uzyskuje oryginalne brzmienie.

Podczas jednej z wielu niełatwych rozmów, toczącej się w przymierzalni second-handu (o markowej kreacji na uroczysty obiad nastolatka nie ma co marzyć), matka zapewnia córkę, że pragnie tylko, by była najlepszą wersją siebie. A co, pada pytanie, jeśli „dziwna” dziewczyna z trądzikiem, w spłowiało-różowych włosach i jaskraworóżowej, tiulowej sukience to owa najlepsza wersja? Lady Bird jest nie tylko opowieścią „o dziewczyńskim dojrzewaniu bez kompleksów” – jest również opowieścią o wyrastaniu z nich. O długotrwałym, złożonym procesie, nie o konkretnym, przełomowym epizodzie. Kiedy dorastasz, kiedy budujesz swoją samoocenę i kształtujesz tożsamość, równie ważne, co wyznanie miłości, okazuje się wyznanie: lubię cię, jesteś w porządku. Scena nowojorskiej domówki, podczas której Christine przedstawia się przy użyciu swojego imienia, nie pseudonimu, to czytelny sygnał, że nie musi już silić się na wyjątkowość i podkreślać własnej odrębności w dotychczasowy sposób. Zamiast jednak powtarzać w rozmowie z nowopoznanym znajomym nazwę rodzinnego miasta, mówi, że pochodzi z San Francisco – w przeszłości również wypierała się mieszkania po złej stronie torów. Nieumiejętność uczenia się na błędach? Nie sądzę. Raczej oczywista oczywistość: akceptacja, tak swojego pochodzenia, jak i samej siebie (BANAŁ ALERT), wymaga czasu. I dojrzałości. A przecież z bohaterką rozstajemy się dopiero na początku drogi ku dojrzałości prowadzącej.