niebylozadnejrewolucjipolemika
ARTYKUŁY | 11.06.2012

Nie było żadnej rewolucji. Polemika

Słabym ogniwem opublikowanego przed trzema tygodniami tekstu Nie było żadnej rewolucji Agnieszki Staszczak jest niejasność stosowanego pojęcia rzeczywistości. Zerwanie łańcucha refleksji autorki jest tym łatwiejsze, że to termin kluczowy: w rzeczywistości bowiem zachodzi lub nie zachodzi najogólniej rozumiane dzianie się, stanowiące bezpośrednio o atrakcyjności życia naszego pokolenia.

Trywializując, Staszczak przemawia z pozycji skrajnie oderwanej od potocznie rozumianej rzeczywistości. Protekcjonalny sarkazm zostawmy jednak dla stanowisk mniej ordynarnych i postarajmy się sprecyzować, jak rzeczywistość pokolenia jest tu rozumiana. Kluczem do zrozumienia subtelności różnic definicyjnych niech będzie stwierdzenie, że Dzieje się dużo i nie dzieje się zupełnie nic. Domyślamy się tu kryterium ilościowego w pierwszym przypadku i jakościowego w drugim. Widziałabym tu jednak coś jeszcze, mianowicie pęknięcie między rzeczywistością zewnętrzną życia a obrazem tejże rzeczywistości w umyśle autorki (nazwijmy ją umownie rzeczywistością wewnętrzną). Takie rozróżnienie uprawomocnia dwukrotna wzmianka o nieidentyfikowaniu się z kulturą (zarówno współczesną – Funkcjonujemy w szeroko rozumianej kulturze ze świadomością znikomego wpływu, jaki możemy na nią wywrzeć, dlatego też coraz ciężej jest się nam z nią identyfikować – jak i rozumianą historycznie, poprzez przywołanie postaci Nietzschego, Skłodowskiej-Curie itd.) jako rzeczywistością poza nami. O ile autorka nie polemizuje z faktem, że współczesny świat stwarza nieskończoną ilość możliwości (postaw, zajęć, rozrywek, etc.), co wskazywałoby na (przynajmniej ilościowe) bogactwo rzeczywistości zewnętrznej, o tyle nie ma już pewności, czy jest w czym wybierać i w efekcie izoluje się w pustej, wewnętrznej rzeczywistości bocznego toru prowadzącego donikąd. Samo oderwanie, w takim rozumieniu, nie jest jeszcze czymś jednoznacznie złym. Zakładając, że introwertyczna ruchliwość myśli w niczym nie ustępuje działalności społecznej, jeśli chodzi o aktywną jakość życia, i że zmiany w strukturze psychicznej (ukształtowanej w całości doświadczenia) każdego z nas jawią się zmianami świata lub naszej wiedzy na jego temat, wycofanie na pozycje pozornie bezczynnego myśliciela-outsidera nie jest wyborem skandalicznym. Gorzej, że wraz z rezygnacją z aktywnego udziału w rzeczywistości zewnętrznej, Staszczak sugeruje inercyjne osunięcie gruntu aktywności w rzeczywistości wewnętrznej, de facto umysłowej. Nie jest tak, że pozostając w związku z rzeczywistością zewnętrzną wybiera ona i reorganizuje pewne elementy, konstruując rzeczywistość własną, wewnętrzną – po pierwsze, ponieważ neguje możliwość istnienia w rzeczywistości zewnętrznej bogactwa innego niż czysto ilościowe (czyli sprowadza świat we wszystkich przejawach do homogenicznego syfu, z którego nie można zaczerpnąć niczego – umówmy się, że próba obrony podobnego stanowiska byłaby cokolwiek ciekawa), po drugie zaś, bowiem w jej rzeczywistości wewnętrznej żadna konstrukcja w ogóle nie ma prawa przetrwać, grunt dla niej bowiem przygotowuje cynicznie asymilująca wszystko postawa zblazowanego debila. Stąd, podczas gdy na zewnątrz dzieje się dużo, w rzeczywistości wewnętrznej Staszczak nie dzieje się nic. Działa tu upośledzona logika maskarady, według której tak, jak remedium na kryzys ekonomiczny byłby druk banknotów z jednym zerem więcej, tak remedium na kryzys tożsamości byłoby trwanie przy modelu zapewniającym jako taką spójność obrazu własnego ja. Banknot z jednym zerem więcej ma być teoretycznie wart więcej od banknotu bez tego zera; w praktyce wart jest mniej. Nim jednak ludzie się w tym zorientują, muszą pójść na zakupy. Brnięcie (nawet jeśli z założenia subwersywne) w pozę bezwładnej ofiary losu teoretycznie zapewnia stabilizację podmiotu; w praktyce redukuje podmiotowość w ogóle. Nim się jednak ludzie w tym zorientują, zdążą wysmarować artykuł.

Wykazując odpowiednio słuszną dawkę złej lub dobrej woli, nakreślony stan rzeczy można przypisać lenistwu i niechlujstwu intelektualnemu albo rysowi światopoglądowemu, charakterystycznemu dla momentu historycznego. Aby uniknąć personalnych wycieczek i trzymać się pokoleniowej perspektywy, spróbujmy rozważyć drugą opcję.

Staszczak twierdzi, że nie mieliśmy nawet, tak naprawdę, okazji bycia tłamszonymi przez raczkujący polski kapitalizm. Pozwolę sobie się nie zgodzić i uznać powyższe za krótkowzroczną diagnozę posłusznego członka pokolenia wychowanego po transformacji. Jak zauważają badacze, tacy jak np. Peter Sloterdijk, kapitalistyczna rzeczywistość kupuje podobne przekonania gwarancją życiowego komfortu, równoznacznego z minimalizacją aktywności fizycznej i umysłowej. Jak z kolei wskazują członkowie kolektywu Edu-factory, kapitalizm jest kategorią, którą z powodzeniem można przyłożyć, analizując współczesny model szkolnictwa wyższego. Efektem wdrożenia kapitalistycznych zasad w organizacji uniwersytetów jest częstokroć redukcja studentów do roli siły roboczej, kształtowanej zgodnie z potrzebami kapitału. Ich alienację potęgują m. in. narzucona konkurencja na uczelni i przyszłym rynku pracy, program zajęć zawierający przestarzałe, nieinteresujące i niepotrzebne w dużej mierze treści oraz kolekcjonowanie abstrakcyjnych punktów, co ostatecznie prowadzi do stanu, w którym nie potrafią oni autonomicznie stworzyć z siebie samookreślonego bytu społecznego. Biorąc pod uwagę, jaki procent dwudziestokilkulatków studiuje, bez wielkiej przesady można tę diagnozę rozciągnąć na całość pokolenia.

Tak zarysowany background zdejmuje znaczny ciężar odpowiedzialności za niejasność pojęć, bierność, zblazowanie i nihilizm postawy ze Staszczak, ukazując ją jako mimowolną ofiarę okrutnych reguł rynku, docierających nawet na uniwersytety, a jej światopogląd jako funkcję wysiłków kapitalistów, by ukształtować pokorne pokolenie młodych, którzy bez słowa protestu zajmą prekarne stanowiska w korporacjach. Nie mam nic przeciwko wejściu autorki i kilku jej znajomych w tak rozpisaną rolę. Parafrazując słowa Jana Gondowicza: mądrzy, wykształceni, umyci i dowcipni też mają prawo do chwili radości. Bez ich dobrego samopoczucia demokracja niepewna jest dnia i godziny, a na ich kretyńskim haha trzyma się świat. Nadto, nie jest moim celem wywołanie tragicznego rozpoznania – podskórnie wyczuwa się, że mogło już mieć miejsce, i wszystko zmierza ku ostatecznej katastrofie. Tylko współczuć. Jednak sugestia, że podobny stan określać ma całe pokolenie, do którego należę, osobiście mnie obraża. Nie podejmuję próby wskazania remedium na problemy Staszczak i podzielających jej zdanie rówieśników – oni tego nie potrzebują – lecz chodzi mi raczej o dalsze zniuansowanie pojęcia rzeczywistości i wyłuskanie z niego obszaru, w którym możliwe jest twórcze działanie i metarefleksja (dwie osie piękna i radości życia, o które przecież musi chodzić ostatecznie nawet Staszczak), tak, by samej pozostać wśród tego bezwładu umysłowego o zdrowych zmysłach. Być może znajdą się osoby myślące podobnie, nie chodzi bowiem o jednostkowy eskapizm – zasadnie lub nie (sens używania pojęcia generacji i zastanawiania się nad jej ewentualnym obrazem to temat na osobny tekst, zawieśmy teraz potencjalne wątpliwości co do tej kwestii), cały czas mówimy o pokoleniu. Stanisław Brzozowski pisze o antynomii kultura i życie, co w jego wydaniu oznacza – upraszczając półżartem w oparciu o jego biografię – iż świat historycznie rozumianej kultury rekompensować by miał marność życia, a głosy wielkich pisarzy mogą skutecznie zastąpić głupotę współczesnych. Rozróżnienie to zatem, nie mogąc wraz z jego konsekwencjami stać się pokoleniowym celem samym w sobie, może być skutecznym środkiem do celu, jakim jest osiągnięcie stanu, w którym członkowie naszej generacji będą aktywnymi twórcami własnych życiorysów, zarówno w swoich rzeczywistościach wewnętrznych, jak i we wspólnej przestrzeni rzeczywistości zewnętrznej. Koresponduje ono bowiem z zarysowanym powyżej podziałem na rzeczywistość wewnętrzną i zewnętrzną: dziś stwierdzenie, że kultura – wyzwolone i wykorzenione przedłużenie rzeczywistości wewnętrznych (u Staszczak, przypomnijmy – nieaktywnych, stąd bez możliwości przedłużenia), bazując na materiale życia (tj. rzeczywistości zewnętrznej) oddziałuje nań zwrotnie, jest truizmem. I ten nieatrakcyjny truizm wskazuje ścieżkę, która najwyraźniej żenuje cyniczną Staszczak. Wspomina ona wszak o znajomych, którzy podejmują jakieś działania, które jednak celują w grono znajomych i zwykle mają charakter czysto zabawowy, co rozumie jako działanie hobbystyczne, domyślnie bez specjalnej mocy autodefinicyjnej. Co więcej, nie idą za tym prestiż i pieniądze. A skoro nie idą, nie warto się angażować; nie traktując świata jako przedmiotu naszej twórczości, zachowujemy wschodnią pogodę ducha, przecież o tym pisał Wandachowicz już 10 lat temu. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że tu współczesny cyniczny umysł wchłania i trawi bunt i twórczość w zarodku, poklepując się z zadowoleniem po brzuchu. Taki obraz pokolenia.

Są miejsca na świecie, w których obraz społeczności wyłania się z zakładów przyjmowanych podczas walk kogutów. Może wydawać się to śmieszne, stawka jest jednak wysoka. Potrzeba definicji samego siebie w rzeczywistości, w której naturalna metarefleksja jawi się szczytem sztuczności i konfidenctwa, nie przestaje dawać o sobie znać, przynajmniej w mojej świadomości, choć wiem, że nie tylko. Z pewnością są tacy, którzy przyjmą przygotowany dla nich w historycznym kontekście obraz pokolenia składającego się z absolwentów wyższych uczelni, obsadzających stanowiska poniżej ich kwalifikacji, dokładnie takie, jakich chcieli uniknąć, podejmując studia. Są nawet dwie wersje do wyboru: oburzeni lub zblazowani. Trudno jednak powiedzieć o takim obrazie, by był piękny. Obawiam się, że by takim się stał, należałoby jednak potraktować rzeczywistość zewnętrzną życia jako przedmiot własnego działania i przestrzeń twórczej autodefinicji, a nie gotową, płaską scenografię.