maria_dek_szuflada
ARTYKUŁY, RECENZJE | 15.07.2013

Nasza sympatyczna noblistka (wystawa „Szuflada Szymborskiej”)

Szuflada Szymborskiej otwarta rok po śmierci poetki jest jednym z kluczowych elementów, za pomocą których kreuje się wizerunek noblistki. Instalacja artystyczna, znajdująca się w niedawno otwartej Kamienicy Szołayskich, powstała z inicjatywy MNK i Fundacji Wisławy Szymborskiej. Wstęp jest bezpłatny, obsługa miła, a Szymborska – jak zawsze – sympatyczna. I na tym można by było skończyć. Więcej – na tym dobrze byłoby skończyć, gdybyśmy uznali, że uśmiechy, szczypta humoru i salonik literacki to najlepsze, co może nas w muzeum spotkać.

Popularny wizerunek Szymborskiej, budowany w dużej mierze siłą erudycji i medialnego taktu Michała Rusinka, zdaje się dość stabilny i polskiej kulturze potrzebny. Nie dość, że kobieta, nie dość, że noblistka, to taka normalna i z humorem. I papierosy pali, i pożartuje, i bibeloty z wycieczek przywiezie. Przyłożył się do tego bez wątpienia film Chwilami życie bywa znośne (wyświetlany skądinąd w Szufladzie), ważną rolę odegrała Nowa Prowincja i zaprzyjaźnieni z poetką artyści, postaci mniej lub bardziej istotne dla kultury, i, rzecz jasna, ona sama. Istotnie odróżniająca się od – proszę wybaczyć śmiałość zestawienia – poetów „bruLionu” z jednej strony i nadętego do granic możliwości Adama Zagajewskiego z drugiej. Szymborska jest postacią, która daje się lubić, daje się czytać – czytać ją jest w stanie prawdopodobnie każdy, kto potrafi czytać jakąkolwiek poezję. Niełatwo uznać poetkę za postać irytującą, nadobecną (przede wszystkim za życia; o ironio – jej obecność w przestrzeni medialno-kulturalnej zintensyfikowała się po śmierci) czy narzucającą się publiczności. Urzekająca wielu skromnością i dystansem do siebie poetka znana była – a szersza publiczność poznała ją z tej strony dzięki filmowi Kolendy-Zaleskiej – ze swojej sympatii do kiczu wszelkiej maści, z fascynacji przedmiotami o absurdalnej użyteczności i wycinankami-kolażami, które rozsyłała znajomym przy rozmaitych okazjach. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko to zdaje się kręcić wokół kilku pojęć czy kategorii, w jakich ująć można – bardzo skądinąd spójny – wizerunek Szymborskiej. Rok po śmierci to właśnie on doczekał się instalacji artystycznej. Mogło być gorzej, mogła być izba pamięci.

Przydługi i ogólnikowy wstęp na temat wizerunku Szymborskiej nie ma być standardowym zagajeniem, celem nie jest także przybliżenie postaci noblistki, którą dane nam będzie lepiej poznać po wycieczce do Szołayskich. To bowiem, czym jest i o czym opowiadać chce (a określenia tego używam nieprzypadkowo) ta wystawa, to Wisława Szymborska w swoim najbardziej sympatycznym, mięciutkim (nawet jak na nią) i absolutnie nieproblematycznym wizerunku. Co więc tu mamy? Kolejne szuflady, które widz swobodnie może przesuwać, aby ukazywały mu rozmaite widokówki, kolekcje wycinków z gazet i teczek. Zestaw karnawałowych masek, znów wycinki i kolaże, pocztówki i kolaże, zdjęcia z wakacji i fanty z loteryjek. Zdjęcia z małpą i fragment księgozbioru. Aby nie popaść w szaleństwo wyliczenia, warto jeszcze tylko wspomnieć o rzeczach osobistych (najbardziej adekwatnie byłoby je określić mianem „rzeczy po zmarłej”), a więc okularach, wizytówkach, notesach i innych tego typu. Poza tym zobaczymy medale (włącznie z Noblem) i dziesiątki zapalniczek. Ach, jest jeszcze telefon, w którym słychać czytającą swoje wiersze Szymborską. Na tym kończę katalog i przechodzę już do sedna sprawy.

Zebrane po Szymborskiej rzeczy mają niejednorodny status – część to standardowe eksponaty, grupowane w rozmaitych izbach pamięci, pozostałe można by określić mianem pamiątek z epoki. Najogólniej rzecz ujmując, całość przedstawia się sympatycznie i nostalgicznie zarazem. Nie sposób odmówić muzeum, że wystawa jest bardzo sprawnie i, znów, przyjemnie zaaranżowana – tak że ogląda się ją bez przykrości, z ciekawością (wydaje się, że gdyby zagospodarowano kolejne pomieszczenie, rzecz byłaby już nużąca; co świadczy tylko o „wyczuciu” kuratorów) otwiera kolejne szuflady. Lekko uśmiechnięta Szymborska na zdjęciach z tablicami z nietypowymi nazwami miejscowości pasuje doskonale do sofy i wszystkiego, co znaleźć można pod kolejnymi szybami w tym muzeum. Szuflada sprawia wrażenie koncentratu z wizerunku Szymborskiej, który, gdyby nieco rozcieńczyć czy też rozsunąć poszczególne elementy, kładąc nacisk niekoniecznie na to, co miękkie i sympatyczne dla bardzo szerokiego grona publiczności, mógłby stanowić dużo większe wyzwanie. Wyzwanie przede wszystkim dla muzeum i dla odbiorcy, który, zasadniczo, na nic się Szymborskiej u Szołayskich nie przyda. Jego rola jest jasno wytyczona i, poza wysuwaniem szuflad, nie wymaga właściwie żadnego rodzaju wysiłku – nie ma tu ani dylematów estetycznych, ani intelektualnych. Kłopotów nie ma tu ani z poetką, ani z muzeum, ani ze sztuką, ani z literaturą. A jednak problem jest. W czym więc tkwi? Po pierwsze w łatwości tych artystyczno-kuratorskich rozwiązań, po drugie w organizowaniu wizerunku poetki w taki sposób, że twórczość literacka (nie mam do niej serca, nie w tym rzecz) staje się nie tylko jednowymiarowa, ale, co jeszcze bardziej skomplikowane, staje się jednym z elementów snobistycznej zabawy, jaką chce nam organizować Michał Rusinek w roli pierwszego animatora polskiej kultury.

Pierwszy problem sprowadza się zasadniczo do tego, czego chce od widza muzeum i czego może chcieć w przypadku instalacji takiej jak ta. Może chcieć niewiele, chciałoby się powiedzieć, bo to przecież pamiątki i bibeloty. Tak i nie. Sądzić można, a jest mi bardzo bliska ta perspektywa, że rolą kuratora lub/i artysty jest jednak problematyzowanie kolekcji, statusu przedmiotów i ich wykorzystania w kulturze. Tu wszystko przyjęte jest za miłą oczywistość. Szymborska zbierała rupiecie, więc rupiecie pokazujemy w muzeum. Marka autorska to jedno, sztuka, która powstaje przez akt wskazania – drugie. Nikt w tym przypadku nie zajął się, a może nawet nie zastanowił się nad taką potrzebą, ażeby te zestawy miały w jakimkolwiek stopniu stawiać interpretacyjny opór. Nie mam tu na myśli trącących konserwatyzmem rozważań nad tym, czy to wypada, że tu Wielka Poezja, a tu różne głupoty. Przeciwnie, chętnie zastanowiłabym się chociażby nad tym, dlaczego oglądam te szpargały, dlaczego rok po śmierci urastają do rangi kolekcji sztuki, dlaczego stosowne jest umieszczanie tandetnych kartek pocztowych za szybą, co się tu wydarza na poziomie instytucjonalnym, co dzieje się z literaturą autorki, której rękopisy ogląda się obok kiczowatej rączki z jej toalety. Chętnie bym się zastanowiła, ale muzeum i ta wystawa tego nie wymagają i nie oczekują – wymagają miłego uśmiechu i westchnięcia, że ta pani Wisława to była taka miła kobieta. W Szufladzie nie dzieje się absolutnie nic – przede wszystkim na poziomie doświadczenia sztuki (oglądam w muzeum sztuki rzeczy pisarki – samo to wystarczyłoby za przyczynek dla tęgich rozważań kuratorskich), które staje się nieproblematyczne, mimo nieoczywistości tej sytuacji.

Kwestia druga to status literatury i sposób formowania jej odbioru za pomocą wystawy tego rodzaju. Rzecz podstawowa to sposób wykorzystania poezji w tej sytuacji – przede wszystkim służy ona za, co tu dużo mówić, podpisy pod obrazkami, a właściwie obok obrazków, jeśli chodzi o ścisłość. Mamy więc wiersz z „motywem bokserskim”, a obok Szymborską w rękawicach i kartonową sylwetkę boksera. W wierszach jest szuflada – i tu są szuflady. Jest o zbieraczach? Jest. Nie najtrudniejsza intelektualnie poezja Szymborskiej sprowadzona jest tu niemal do funkcji „chwili z sentencją”, jeśli tak wolno mi to określić, a także roli na poły deskryptywnej (właściwie nie wiem, co gorsze). Nie mam zamiaru oceniać stylu, w jakim czasem czyta się Szymborską, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Szuflada równoległa jest wobec czytelników, którzy pamiętają w porywach pięć popularnych wierszy jej autorstwa, wiedzą, że tego nie robi się kotu i że jak się chce, można napisać poezję dla ludzi. Wodą na ich młyn jest ta przyjemnie „ludzka twarz”, jaka ujawnia się u Szołayskich. Skomplikowanie poezji nowoczesnej zdaje się tu wyeliminowane w podobny sposób jak wyeliminowane są wszelkie komplikacje, jakie napotyka odbiorca nowoczesnych instalacji artystycznych. Nie mam na myśli diabelsko uciążliwych problemów na poziomie odnajdowania się w muzeum (pod tym względem wszystko jest tu zorganizowane jak najlepiej) – dotykania, niedotykania i innych atrakcji – ale sedno, a więc problem ze sztuką, wystawą i tym, co za sobą te nieoczywistości pociągają. Kiedy jest sympatycznie, nie da się tego osiągnąć. Nie da się tego osiągnąć także wtedy, gdy poezja zaczyna funkcjonować w przestrzeni muzeum jako przyjemnostka, którą dobrze czyta się przy kawie w wygodnym fotelu, którą bez trudności można odłożyć w dowolnej chwili.

Przesunięcie, jakie dokonuje się w tej przestrzeni, najprościej określić można nie tyle jako zrównanie (to byłoby zbyt daleko), ile pokazanie pewnej porównywalności twórczości literackiej (co by nie było, Szymborska nie dostała Nobla z sympatii) z doraźnymi przyjemnościami, jakie autorce dawały wycinanki i zbieranie rupieci. Gdyby się uprzeć, można by to postrzegać jako gest przekroczenia pewnych standardów. Tak jednak nie jest, ponieważ w tle słychać (skoro tak dobrze się bawimy kiczem, bawmy się) Jaki tu spokój, na na na, nic się nie dzieje, na na na na.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.