Print
ARTYKUŁY | 19.11.2012

Nasza mała Helvetica

Jeżeli ktoś otarł się kiedyś o studenckie życie w Krakowie, prawdopodobnie kojarzy sieć piekarń Awiteks. Ich logo:

Z identyfikacją wizualną piekarń jest o tyle ciekawa sprawa, że w przypadku większych sieci (a przynajmniej krakowskich) projektanci starają się zazwyczaj podkreślić szlachetność piekarstwa, pokazać – zarówno doborem barw, jak i krojem pisma – zdrową fundamentalność pieca chlebowego. Awiteks tymczasem poszedł w zupełnie innym kierunku – kontrast ciemnej, intensywnej żółci i zieleni, do tego gruby font blokowy. Prostymi środkami uzyskano nachalny przekaz: „kupisz tanie, ale suche pączki”. Stara zagrywka niedoświadczonych grafików, odkąd pojawił się w Polsce Corel.

Mimo że logo zawsze mnie odstręczało, moją uwagę przykuł użyty w nim krój. Jest ohydny aż do przesady, a jednak stał się wizytówką Awiteksu. Dziwacznie wygięte brzuszki liter, kreski pionowe wchodzące w przestrzeń wydłużeń dolnych – razi to zwłaszcza w „A” i dam sobie rękę uciąć, że właśnie ta litera przesądziła o doborze kroju do logotypu. Został zaprojektowany zdecydowanie jako „charakterystyczny” i „wyróżniający się”, choć nie ma w nim żadnej spajającej myśli przewodniej – są tylko tanie bułki i postpeerelowska bylejakość. Stąd zacząłem się zastanawiać: po co? Jedyne konkretne dla niego przeznaczenie, jakie mogłem sobie wyobrazić, to właśnie logotyp Awiteksu. Aż pewnego razu, czekając na autobus, z nudów zacząłem czytać okoliczne reklamy:

Postanowiłem być bardziej czujny. Co jakiś czas moje oko wyłapywało „awiteksowego fonta” z szyldów i reklam miejskich oraz podmiejskich ulic, a niedługo „co jakiś czas” zmieniło się w „podejrzanie często”. Stwierdziłem, iż muszę nieco pogrzebać w sieci i poznać przeciwnika.

Font zdigitalizowała nieistniejąca już niemiecka firma B&P Graphics Ltd. w 1991 roku. Jest dostępny do ściągnięcia za darmo, ale, co ciekawe, istnieje również jego wersja komercyjna. Najwyraźniej został zaprojektowany w ramach cyklu w stylu „10 000 Free Fonts”. Nie wchodzę w to, komu opłaca się tworzenie takiego zestawu, ale intryguje mnie już, po co robić taki brzydki krój, zwłaszcza że czasem można spotkać ich całą rodzinę.

By jednak w pełni zrozumieć, skąd bierze się jego brzydota, należy nieco bliżej mu się przyjrzeć. Proces analizy kroju przypomina degustację wina (choć w tym wypadku nie będzie to Pinot Noir). Chodzi o wyłapanie subtelności, rozkoszowanie się gatunkiem i unikalnym charakterem, docenienie pracy, znawstwa i smaku wytwórcy. W zasadzie jedyną znaczącą różnicą jest to, że na takie delektowanie się fontem nie zaciągniesz nikogo do łóżka.

Znaczna część ludzi rozpoczyna tego typu degustację od solidnej analizy technicznej: koncentrują uwagę na rodzaju szeryfów, wysokości x, elementach historycznych itd. Jednak cały ten proces sprowadza się do jednej podstawowej kwestii: co odczuwa odbiorca? Gdy Jonathan Hoefler wraz z Tobiasem Frere-Jonesem projektowali dla Esquiera, mieli w zwyczaju wymieniać uwagi na temat poprawek, odnosząc się do ciągów skojarzeń wywoływanych przez dane elementy pisma: Powinno tu być trochę espresso z Rzymskich wakacji, więcej tego nastroju pomarańczowej maszyny do pisania Olivetti.

Idąc tym tropem, w analizowanym foncie jest przede wszystkim dużo polskich lat 90., szybko zakładanych małych przedsiębiorstw, nagłego paraliżu spowodowanego możliwością wyboru oraz projektowania nieco po omacku. Ale gdyby tak wyjść poza granice kraju? Trochę podrzędnego, słabego science-fiction w stylu Pluto Nash, spalin samochodowych i, niech będzie, przedwojennego jazzu. Gdyby jeszcze użyć minuskuły, być może obroniłoby się to w jakimś campowym filmie:

Być może.

Prawdziwy clue stanowi jednak imię kroju. Nazywa się Ragtime (rzadziej Revue). Jeżeli ktoś nie wie, jak brzmi ragtime, służę. Prawdopodobnie projektant chciał stworzyć krój lekko jazzowy, wpisujący się w stylistykę Żądła. Jak wyszło, każdy widzi. Warto jednak mieć w pamięci zakres pracy, jaki trzeba włożyć w zaprojektowanie jakiegokolwiek fontu. Rozrysowywanie liter, opracowywanie tablic kerningowych – to kupa żmudnej, wymagającej precyzji roboty. Myślę, że obraz siedzącego od nie wiadomo ilu godzin, nad nie wiadomo którym z kolei darmowym fontem grafika, mającego w głowie The Entertainer Scotta Joplina, nakreśla stopień szaleństwa tego przedsięwzięcia.

Trudno wyjaśnić do końca, jak to się stało, ale to szaleństwo przeniosło się na polskie ulice. Bary mleczne, serwisy samochodowe, zakłady ślusarskie i inne drobne przedsiębiorstwa z chęcią i nad wyraz często sięgają po ten krój. Co najbardziej mnie boli, wydaje się, że nie są to decyzje bezrefleksyjne i automatyczne, jak na przykład wrzucenie na tekst Ariala. Żaden z producentów nie załącza Ragtime’a do sytemu czy programu graficznego – trzeba ściągnąć go z sieci, co poprzedza również selekcja spośród darmowych fontów. Na dodatek, nie wiedzieć czemu, graficy praktycznie zawsze używają jedynie liter wersalikowych, mimo że krój prezentuje się lepiej w połączeniu majuskuły z minuskułą. Ludzie wkładają w to trochę myśli. Sytuacja „szwagier, zrób jakieś fajne logo” osiąga stopień krytyczny.

Przez ostatnie dwadzieścia lat za sprawą tej dziwnej miłości drobnego przedsiębiorcy do Ragtime’a krój wpisał się głęboko w pejzaż polskiego ulicznego syfu. Tak głęboko, że w tym momencie stanowi jego integralną część i nie zapowiada się, by sytuacja miała ulec szybkiej zmianie. Tkwi w nim porządna dawka polskiego charakteru – wyciąga z odmętów prowizorkę PRL-u, uświadcza odbiorcę w przekonaniu, że „dobre jest”, „może być” i „grunt, by się wyróżniało”. Gdyby całkowicie go wymazać z polskiej ulicy, odniosłoby się wrażenie, iż coś tu nie do końca gra. Ukuliśmy naszą własną Helveticę.

Nie wiem, czy to fenomen ograniczający się do Polski, czy również do innych krajów słowiańskich. Im bardziej na wschód, tym zdecydowanie częściej można się na niego natknąć. Za granicą od strony zachodniej nie widziałem go nigdy, z sieci kojarzę tylko z plakatem kultowego The Room, co zresztą mówi samo za siebie. Długo próbowałem zgłębić, o co właściwie chodzi. Dlaczego akurat w Polsce jest go tak dużo? Moja chora fascynacja Ragtime’em zaczęła powoli przyjmować postać czegoś na kształt typopolo. Notowałem w umyśle dostrzeżone coraz to nowe sposoby wykorzystania przeklętego kroju, robiłem zdjęcia, w jakiś perwersyjny sposób cieszyłem się tym wszystkim. Wszystko do momentu, gdy przeglądając YouTube’a, kliknąłem z ciekawości w to:

Przeszły mi ciarki po plecach. Zahipnotyzowany wpatrywałem się przez dłuższą chwilę w całe to szaleństwo, spojrzałem odrętwiały na komentarz: I didn’t know The Room font existed back in 1979 i wyłączyłem komputer, czując, że dotykam jądra ciemności.