dziady
RECENZJE | 01.02.2016

Na zesłaniu w polskiej głowie (P. Goźliński „Dziady”)

W swojej najnowszej powieści, Dziady, Paweł Goźliński po raz kolejny sięga po dwa sprawdzone przez siebie w Julu narzędzia: konwencję kryminału i idee romantyzmu. Przy czym to drugie występuje w Dziadach w wariancie współczesnym, a zatem mocno wypaczonym. I równie mocno determinującym przeżywanie swojej narodowości przez Polaków. Bo choć w Polsce nikt już romantyków nie czyta, to polski mesjanizm jest terminem kluczem, który pozwala usprawiedliwić wszystkie porażki: od utraty pracy, przez słaby kurs złotego, po przegraną piłkarskiej reprezentacji.

Wszystko zaczyna się od zniknięcia z prosektorium trzech trupów. I od ciężko rannego Jana Żebrowskiego, przebrzmiałej sławy literata, potwornego bufona i egocentryka, postrzelonego przez znaną blogerkę modową, prywatnie córkę pani premier, Katarzynę T. A, jak powszechnie wiadomo, kiedy wymiar sprawiedliwości krzyżuje się z polityką, wszystko musi czym prędzej zostać zamiecione pod dywan. No chyba że w sprawę zostanie zaangażowana Sybilla Podhorecka, znana jako Sy, błyskotliwa policjantka obsesyjnie oddana Bogu, nadto obarczona wyjątkowo ciężkim życiem osobistym (nastoletnia córka, cierpiący na zespół Aspergera syn, niedojrzała i nadopiekuńcza matka, a na dokładkę jeszcze eksmąż prokurator).

Nieudolne (na razie) morderstwo Żebrowskiego to jednak tylko początek dziwnego ciągu wydarzeń podczas halloweenowej nocy. Oto Król-Duch rękami wybranych przez siebie Polaków: frustratów, nieudaczników, nawróconych, zawziętych, mściwych, atakuje kolejnych polskich pisarzy. Życie Głowackiego, Tokarczuk, Stasiuka, Karpowicza i kilku innych wybitnych pisarzy jest w niebezpieczeństwie.

Ale koniec końców jest tak, jak zwykle w Polsce: na pół gwizdka. Pisarze nie giną, tylko w najlepszym przypadku ocierają się o śmierć. Albo i na to nie stać zamachowców: (…) do Stasiuka facet doszedł w takim stanie, że zionął na kilometr, i jedyne, co zrobił, zanim zasnął, to się wyspowiadał. Twardoch miał pod ręką pukawkę, więc się wybronił. (…) Karpowicz ma w plecy, bo go nie zastali, więc podpalili mu mieszkanie. Policja sprawców też prawie-że-łapie. Akcja przenosi się z miejsca na miejsce, zgodnie z lokalizacją literackich mieszkań i domów, Podhorecka jest coraz bardziej zdesperowana i sięga po niekonwencjonalne metody pracy, a halloweenowa noc zdaje się nie mieć końca. Służby specjalne, kiedy wreszcie wkraczają na scenę, są karykaturą samych siebie – zachowują się równie udolnie jak w pamiętnej Magdalence. Choć sama akcja jest wartka i nie brak w książce suspensów, scenografia niestety jest mocno zużyta, a o tym, jak wygląda Polska, wiemy, niestety, doskonale.

Goźliński swoją powieścią przekonuje, że romantyzm – w swojej zużytej mocno formie – ciągle jest piętnem wypalonym wprost na duszy Polaków. A Polska musi wyglądać, jak wygląda, bo wciąż wszyscy tutaj są zafiksowani na narodowych mitach, podatni na manipulacje, obsesyjnie poszukujący spisków i wszędzie widzący polską krzywdę. Polskość to w zasadzie niekończący się katalog dewiacji – tak z lewa, jak i z prawa, przy czym sympatie autora nie są tu specjalnie skrywane, więc jednym „dewiacjom” obrywa się bardziej, innym mniej. Ideologiczno-polityczne zaangażowanie książki miejscami jest po prostu niesmaczne, tak jak wplątanie w fabułę postaci rzeczywistych – może kogoś to bawi, mnie wydaje się przede wszystkim pójściem na łatwiznę.

Szkoda, bo bohaterów tworzy Goźliński nad wyraz sprawnie – postaci fikcyjne są jedną z najmocniejszych stron powieści. Tuż obok wciągającego czytelnika wątku kryminalnego, wielopoziomowej intrygi i udanych zwrotów akcji. Słowem: byłby to sprawnie napisany kryminał, ze świetną, intrygującą fabułą, gdyby Goźliński nie postanowił go ideologicznie upiększyć, czego ja niestety nie kupuję.

Zabawy konwencją też wyszły autorowi raczej średnio. Początkowa narracja, wprost z głowy postrzelonego Jana Żebrowskiego, i jego błądząca po internecie dusza 2.0 to najbardziej męczący fragment książki. I, koniec końców, zupełnie zbędny. Zdesperowany pisarz jako detektyw własnej sprawy może nie jest zupełnie nieskuteczny (w porównaniu ze służbami specjalnymi wypada przyzwoicie), ale za to wątku nie da się obronić inaczej jak na płaszczyźnie nadprzyrodzonej, co raczej działa na niekorzyść fabuły. Na literackim biurku zawsze powinna leżeć brzytwa Ockhama, o czym Goźliński chyba zapomniał.

Wyszła jazgotliwa, przesycona babraniem się w polskich wnętrznościach powieść, z której nie do końca wiadomo, jakie płynie przesłanie. Szkoda potencjału świetnego kryminału z intrygą zbudowaną na obsesji grupy sfrustrowanych ludzi. Wszędzie na świecie wyszłaby z tego zgrabna powieść. Ale jak widać, w Polsce wszystko musi być unarodowione. Nawet zbrodnie na kartach kryminału.

 

Paweł Goźliński

Dziady

Wydawnictwo Czarne, Biblioteka „Gazety Wyborczej”, 2015

Liczba stron: 455