three_billboards_2
RECENZJE | 22.01.2018

Na szlaku sprawiedliwości („Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”)

Jedną z rzeczy, która odróżnia mądrych ludzi od tych tylko inteligentnych, jest poczucie humoru. Bo mądry człowiek jest świadomy tego, że dowcip i wyczucie ironii to ostatnia linia oporu przed ponurością i złem tego świata. Prawdopodobnie na tym polega fenomen twórczości Martina McDonagha, który w swojej czwartym komediodramacie porusza najpoważniejszy jak dotąd temat i trafia nim w idealny moment.

McDonagh jest przede wszystkim uznanym irlandzko-brytyjskim dramaturgiem, który wystawia swoje sztuki na West Endzie i Broadwayu. Przygodę z filmem zaczął dopiero w 2004 roku, ale od razu z rozmachem. Za swój dwudziestosiedmiominutowy debiut Sześciostrzałowiec (Six Shooter) dostał Oscara w kategorii najlepszy aktorski film krótkometrażowy. Historia kilku osób, które właśnie dowiedziały się o śmierci najbliższych i wracają razem kolejką podmiejską, stanowi przykład wybitnie napisanej czarnej komedii. Bohaterom nie dane będą spokój i zrozumienie w czasie żałoby. Na ich drodze staje bowiem agresywny, zdemoralizowany i niezdrowy na umyśle nastolatek, którego oracje, pełne przekleństw i absolutnego braku szacunku dla czegokolwiek, przekonają bohaterów, że najgorsze być może dopiero przed nimi. Mimo krótkiego metrażu film kodyfikował rozwiązania, którym reżyser pozostaje wierny w swoich kolejnych produkcjach.

Cztery lata później powstaje jego pełnometrażowy debiut In Bruges (w Polsce oficjalnie funkcjonujący pod żałosnym tytułem Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, który był tłumaczeniem hasła reklamowego z angielskiego plakatu). Akcja tej sensacyjnej komedii toczy się w belgijskim turystycznym miasteczku, do którego trafia dwóch płatnych morderców (Colin Farrell i Brendan Gleeson). Mają tam czekać na decyzje swojego szefa (Ralph Fiennes), który zdecyduje, co dalej po spapranej przez nich akcji. Przymusowe wakacje wyprowadzają z równowagi młodszego z morderców, którym targają wyrzuty sumienia po przypadkowym zabiciu ministranta. McDonagh udowodnia tym filmem, że nie tylko umie bezbłędnie łączyć gatunki, ale także jest znakomitym dialogistą, potrafiącym w niekonwencjonalny sposób prezentować skrajne emocje. Za scenariusz In Bruges dostał swoją pierwszą nominację do Oscara w tej kategorii.

W 2012 roku powstaje Siedmiu psychopatów, jego pierwszy film zignorowany przez Amerykańską Akademię Filmową. Dość skomplikowana historia irlandzkiego scenarzysty (Colin Farrell), który cierpiąc na niemoc pisarską, zostaje wplątany przez swojego przyjaciela (Sam Rockwell) w przekręt z porywaniem psów, jest porównywalna do fabuł Quentina Tarantino. Zamiłowanie do makabreski, czarnego humoru i długich monologów jest ewidentne, ale jednak McDonagh jest w tym swoim szaleństwie bardziej skupiony na bohaterach i ich rozterkach niż na samej formie dla formy. Szczególnie poruszająca jest postać Hansa Kieslowskiego (!) grana przez Christophera Walkena, który świadomie (lub nie) parodiuje samego siebie, tylko po to, żeby dać pod koniec niezwykle prawdziwy i niesztampowy monolog (stanowiący feedback po przeczytaniu scenariusza głównego bohatera). Pada w nim znamienne: Wszyscy mamy marzenia, prawda?. McDonagh w postmodernistycznej kawalkadzie, jaką jest Siedmiu psychopatów, posługuje się gatunkami wywiedzionymi z fabryki snów po to właśnie, żeby powiedzieć coś prawdziwego o nas wszystkich.

To kredo przyświecało zapewne najnowszemu filmowi McDonagha pod nietuzinkowym tytułem Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017). Nie ma tu gatunkowej jasności, jak w przypadku pozostałych filmów Irlandczyka. Najbliżej jest tu do westernu o ostatnich sprawiedliwych, takiego jak Czarny dzień w Black Rock (1955) czy kanoniczne W samo południe (1952). Główna bohaterka, pięćdziesięcioparoletnia Mildred Haynes (Frances McDormand) pewnego dnia wpada na pomysł, żeby wykorzystać trzy stare billboardy przy mało uczęszczanej drodze do wysłania wiadomości lokalnemu szeryfowi. Upomina się w niej o sprawiedliwość po gwałcie i brutalnej śmierci jej nastoletniej córki, których sprawca pozostaje nieznany. Jak można się było spodziewać, gest zdeterminowanej kobiety prowokuje burzę w małej społeczności oraz odsłania ukryte pokłady zawiści i brutalności.

Nieprzypadkowo w tytule filmu bilboardy są trzy. Odpowiadają one trzem głównym osobom komediodramatu, na co dzień noszącym maski, które w toku fabuły zostają zdarte. Szeryf Willoughby (Woody Harrelson), który rządzi w miasteczku twardą ręką, mimo maczystowskiej pozy okazuje się czułym ojcem, kochającym mężem i spokojnym człowiekiem. Jego podwładny, oficer Dixon (Sam Rockwell), zapijaczony white trash mieszkający z matką, objawi bardziej wrażliwe i wielce ujmujące wnętrze. Natomiast sama Mildred, przyjmując rolę zdeterminowanej twardej kobiety walczącej o sprawiedliwość po śmierci córki, będzie musiała zmierzyć się z własnym poczuciem winy za to, co się stało. McDonagh, mimo że pochodzi z Europy, tworzy dzięki temu celny portret Amerykanów, którzy nie potrafią funkcjonować bez mitów, szczególnie tych, które sami sobie tworzą.

Bohaterowie, niosąc piętno swoich póz, uczą się starego, banalnego, a jednak prawdziwego dogmatu o tym, że zemsta nie prowadzi do niczego dobrego. Prawdziwą satysfakcję czuje się wtedy, gdy stać nas na przezwyciężenie mściwości i po prostu odpuszczenie sobie. Prawda szczególnie odkrywcza w Ameryce, kraju, w którym ten, kto odpuszcza (quitter), jest tym, kto przegrywa (loser). Mimo tak antyamerykańskiej myśli Trzy billboardy za Ebbing, Missouri zostały bardzo dobrze przyjęte w USA. Z czterema Złotymi Globami na koncie są faworytem w wyścigu po Oscary. Źródła tak dobrej passy należy zapewne poszukiwać w tym, że główną bohaterką jest kobieta walcząca o sprawiedliwość po zbrodni dokonanej na innej kobiecie. Motyw szczególnie ważny w bieżącym dyskursie, który skupiony jest na przemocy wobec kobiet.

Trzem billboardom za Ebbing, Missouri, trzeciemu pełnometrażowemu filmowi Martina McDonagha najbliżej tematycznie jest do Sześciostrzałowca. Ponownie mamy główną postać w żałobie, który zamiast w spokoju radzić sobie ze stratą, musi stawić czoła irracjonalnej i brutalnej rzeczywistości. McDonagh, poruszając tak poważny temat, znowu sięga po język komedii. Brawurowo kreśli bohaterów i intrygę, nawet na moment nie tracąc z pola widzenia tego, co najciekawsze – człowieka z jego skomplikowaną emocjonalnością. Wychodząc od prostej struktury, jaką jest western o zemście, tworzy głęboki traktat o tym, jak skomplikowana jest ludzka droga do prawdy, dobra i spokoju.