laurieanderson
RECENZJE | 02.07.2012

Na końcu języka

Laurie Anderson jest artystką. Laurie Anderson jest artystką, która lubi nazywać siebie szpiegiem. Laurie Anderson jest artystką, która w jednym z opowiadań obiecała, że do końca życia będzie dobra.

W zapowiedziach 17. Portu Literackiego we Wrocławiu informowano, że do portu zawinie żona Lou Reeda – Laurie Anderson. Z każdym temu podobnym nagłówkiem mój poziom zdenerwowania wzrastał, ponieważ Laurie Anderson jest jednostką wybitną, której zasługi są zdecydowanie większe niż sławetne zamążpójście. Poziom zdenerwowania wynika z tego, że spektrum jej zainteresowań i dokonań wykracza daleko poza relacje damsko-męskie. Spektrum jej zainteresowań jest ogromne – od śpiewu, przez działania teatralne po sztuki plastyczne. Filozofia i poczynania artystki z całą pewnością nie oznaczają jedynie bycia żoną lidera zespołu The Velvet Underground.

Język przyszłości to pierwsza książka artystki, która ukazała się w języku polskim. Pod względem gatunkowym jest to zbiór bardzo różnorodny, bowiem znajdziemy tu teksty piosenek, wiersze, opowiadania, felietony, opowiastki filozoficzne, z drugiej jednak strony jest to zbiór niezwykle przemyślany, dopracowany z chirurgiczną precyzją, o czym świadczą nie tylko dobrane teksty, tworzące pewną całość, ale także sekwencje rysunków, które po szybkim kartkowaniu tworzą animacje, kojarzące się z tymi w rogach szkolnych zeszytów do, a niech tam!, fizyki. Jak pisze w posłowiu Julia Fiedorczuk – tłumaczka tomu, każdy krok powstawania tej książki był negocjowany i uzgadniany z autorką, ona stworzyła projekt okładki, która przedstawia kompozycję wykreśloną kredą na czarnej tablicy. Język przeszłości wydaje się kolejnym, dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach, performancem Anderson. Tym razem bez efektów specjalnych – czarno na białym albo biało na czarnym. Książka potraktowana jako działanie artystyczne daleko odbiega od poprzednich sposobów wyrażania się artystki. Słowo zastąpiło wykorzystywane wcześniej instrumenty: gwizdki, struny, skrzypce, etc.

Zbiór tekstów w tym tomie może być traktowany jako próba czasu i języka. Autorka stara się nadać czasowi cechy przestrzeni, pyta, czy czas jest długi, czy raczej szeroki, chce znaleźć miejsce i czas dla języka. Język stanowi oś całego zbioru – Anderson bada jego granice, szuka w nim potknięć i pęknięć, by właśnie na nich budować swój tekst. Prócz bycia szpiegiem, poetka zamienia się tu w fizyka (może to efekt artystycznej pracy dla NASA?), badającego zależności pomiędzy głosem i czasem, językiem i przestrzenią.

Umiejętnościami szpiegowskimi Anderson chwali się przed czytelnikiem, prezentując kolekcję głosów, zebranych podczas licznych podróży, wypadów i wypadków, wyciągniętych prosto ze snów, które wykorzystuje jako składową języka przyszłości. Nagrała głos pilota, który wystraszony katastrofą lotniczą prosi o zgaszenie papierosów, głosy nieznajomych spotykanych w samolotach, rozmowy o związkach digitalnych, rozdrażnione głosy stewardess, krzyk i wrzask trzylatka Aquillona, z którego rodziną przez przypadek zamieszkała na farmie. Język przyszłości, jak sama pisze, jest językiem dźwięków, które rozchodzą się w przestrzeni w długim, a może szerokim czasie. Jednocześnie jest to bardzo dojrzały zbiór pokazujący sposoby komunikacji z rzeczywistością, próby odnalezienia się w sytuacji, w której język mówiony to za mało albo, jak w przypadku Opowieści o opowiadaniu, zdecydowanie za dużo.

Prócz niezwykle misternej pracy z/nad językiem artystka w tym tomie zabiera czytelnika na przykład na biegun północny, dokąd wyrusza z upalnego Nowego Jorku autostopem. Pisze: Lato 1974 roku było okrutnie gorące w Nowym Jorku, więc wciąż sobie wyobrażałam, jak miło i chłodno musi być na biegunie północnym, i w pewnym momencie pomyślałam: chwileczkę, czemu by tam nie pojechać? I pojechała. Co prawda na sam biegun nie dotarła, nie zmienia to jednak faktu, że opis podróży jest niezwykle zabawny, a powód, dla którego postanowiła wrócić na bliższe południe – zaskakujący. Trzeba wiedzieć, jak na biegunie bawić się siekierą!

Prócz wszystkich odwołań muzycznych czy filozoficznych, widać ogromne zainteresowanie autorki filmem, zwłaszcza tradycją francuskiej nowej fali. Kilkakrotnie w zbiorze wspomniany jest Jean-Luc Godard i zainspirowany jego twórczością Reiner Fassbinder. Anderson dedykując tekst Jaś i Małgosia Walterowi Benjaminowi, wprowadza postaci baśniowe do filmów Fassbindera, opowiada dalszą część historii rodzeństwa. Taka mieszanka nie pozwala myśleć, że Jaś i Małgosia żyli długo i szczęśliwie.

Wszystkie opowieści o snach, wypadkach, katastrofach, przypadkowych, dorywczych pracach podszyte są głęboko filozofią buddyjską – tu nic nie jest przypadkowe, przeszłość ma swoje konsekwencje w przyszłości. Z jednej strony są to teksty przepełnione harmonią i spokojem (nie mylić z hippisowskim uduchowieniem), z drugiej – piosenki-eksperymenty przygotowywane wcześniej na potrzeby sceny, odrębne konstrukcje, aranżacje, których znajomość zabiera możliwość skupienia się jedynie na słowie (dla przykładu tekst Superman i nagranie pod tym samym tytułem).

Język przyszłości można czytać od początku do końca jak zamkniętą całość, przemyślaną konstrukcję narracyjną, jednak autorka pozostawia możliwość wyboru poszczególnych elementów, słuchania wyraźniejszych, pojedynczych dźwięków, ciekawszych historii, zabawniejszych opowiastek. Nie zmienia to jednak faktu, że z całego prezentowanego w tomie kolażu głosów, zebranych szpiegowską metodą, jeden przebija się najsilniej. Głos oddaję Laurie Anderson: Na końcu każdego zdania zamiast kropki powinien znajdować się mały zegar, który pokazywałby, ile czasu zajęło człowiekowi napisanie tego zdania.

 

Tyk tak, tyk tak, tyk tak.

 

_

Laurie Anderson, Język przyszłości

Biuro Literackie, 2012

Liczba stron: 76

Urszula Pieczek

Urszula Pieczek

(ur. 1986) - lubaczowianka z pochodzenia, krakowianka z wyboru. Absolwentka ukrainistyki i polonistyki UJ, obecnie doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Redaktorka trójjęzycznego czasopisma "Radar" i miesięcznika "Znak". Tłumaczy z języka ukraińskiego, zajmuje się dyskursem tożsamościowym i udaje, że nie czyta poezji.