sosnowski
RECENZJE | 10.03.2014

„Może na jawie wszystko będzie prostsze” (A. Sosnowski „Stare śpiewki”)

Strategia, jaką przyjmuje w swoich wykładach o poezji Andrzej Sosnowski, jest najbliższa temu, co zwykle napotyka się w wierszach, które za temat obierają głucho brzmiące pytanie „czym jest poezja?”. Jesteśmy już duzi, poczytaliśmy trochę Eliotów, Poundów, a nawet Szymborskich i Świetlickich, więc wiemy, że to tylko taka gra, że może coś i poeta powie, ale nie powie nic na pewno. A już na pewno nie powie, czym jest poezja. Jesteśmy już duzi – dawno przestało nam to przeszkadzać.

Dobór tematów wykładów zdaje się wiele mówić i zachęcać do sięgnięcia po Stare śpiewki wierszowi towarzyszą kolejno taniec, seks, sen, jawa, śmiech i płacz. Już sam ten szereg sugeruje logikę, którą przyjmie poeta-wykładowca. Spisane wykłady (rzeczywiście wygłoszone we Wrocławiu jakiś czas temu) zachowują bardzo wyraźnie swój oralny charakter – nie są to wypowiedzi przepisane na artykuły czy eseje. Wygłoszone przez Sosnowskiego interpretacje (chwilami sprawiające wrażenie wręcz improwizowanych) zadanych sobie tematów kierowane są do bardzo konkretnego audytorium. Słowem, nie mamy do czynienia z projektowanymi wykładami, ale z takimi, które zyskały już swoich rzeczywistych, zebranych we wrocławskiej Mediatece, odbiorców. Czytelnik tego zbioru zaistnieje o wiele później niż słuchacz – nie mając szansy na wpłynięcie na kształt czy choćby ton wywodów Sosnowskiego. Strata jest z pewnością znaczna – każdy, kto słyszał albo widział poetę kiedykolwiek na żywo, wie, co mam na myśli. Łzę otrzeć można licznymi nagraniami dostępnymi w serwisie-do-oglądania-filmików, sięgając po nienajgorszy substytut w postaci Starych śpiewek.

Jeszcze dwa słowa o pierwotnym kontekście tych krótkich wykładów. Oto mamy słuchaczy, których obecność wydaje się istotna. Nawet jeżeli nie włączają się wprost do wywodu (nie ma tu mowy o dyskusji czy seminarium), ich wpływ na kształtowanie interpretacji jest zauważalny. Oczywiście najbardziej wtedy, kiedy Sosnowski wprost zwraca się do odbiorców, odpowiadając na ich reakcje: Mamy czas, więc chwilę poczekam na śmiech: powinniśmy robić tu jakiś sitcom, Arturze [Artur Burszta – właściciel i redaktor naczelny Biura Literackiego – przyp. O.Sz.], słyszeć salwy śmiechu zza sceny, skoro Państwo wcale się nie kwapią. Państwo jednak się kwapią? Dziękuję. Poeta wielokrotnie kieruje się też do publiczności, szukając potwierdzenia swoich wniosków. Nie sprawia to jednak wrażenia, jakbyśmy mieli do czynienia z pogadankami o poezji (pogadanka o poezji? brzmi jak koszmar). Wykłady mają wyraźnie – choć nie nachalnie – dydaktyczny charakter, a mimo to… No właśnie. Sytuacja ma się podobnie jak z poezją Sosnowskiego – trudno przyłapać go na fałszywym ruchu, trudno ostatecznie oprzeć się rytmowi i retoryce tekstu, trudno krzyknąć „sprawdzam!” i liczyć na to, że żądanie to może być zrealizowane.

Sosnowski nie ma temperamentu Świetlickiego – nie narzuca się i nie domaga się apodyktycznie przyjęcia swojego stanowiska (inna rzecz, że nie zawsze umiałabym powiedzieć, jakie dokładnie ono jest w przypadku autora Po tęczy). Także w wypadku interpretacji wierszy, które przywołuje podczas wykładów (Amerykanie trzymają się na liście jego zainteresowań tak  mocno jak zwykle) nie zawsze potrafię jednoznacznie rozpoznać jego ścieżkę interpretacyjną. Tego przed lekturą Starych śpiewek mogłam obawiać się najbardziej – że dydaktyka, mimo że swoista w tych wystąpieniach, przymusi mówcę do zatrzymania się w jednym miejscu i powiedzenia „jak jest” i „jak nigdy być nie może”. Sosnowski kluczy i nie pyta o drogę, zamiast tego stawiając innego rodzaju problemy, jak wtedy, gdy interpretuje wiersz Aleksandra Wata: Masakra? Jak Państwo widzą, jest to taki całkiem odczarowany wiersz – a może on jednak nie jest tak zupełnie na wskroś odczarowany? W końcu przecież zaistniał i możemy go tu i teraz przeczytać. Co prawda już go przeczytaliśmy. Czy to znaczy, że on już – dla nas czy faktycznie w ogóle – nie istnieje? Że nie możemy do niego powrócić? W jakimś mocno zradykalizowanym sensie chyba tak właśnie musi być […].

Podobnie jak w przypadku Najryzykowniej, czyli wydanego kilka lat temu tomu esejów warszawskiego poety, nie ma mowy o przewidywalności tekstu. Interpretacje wierszy autorstwa Sosnowskiego stanowią swego rodzaju podszewkę jego własnej twórczości – skromną, ale też wyraźniej chwilową niż poezja, która bardzo często jest zawieszona pomiędzy licznymi lekturami, uporczywie ponawianymi i wznawianymi mimo wielu niepowodzeń. Stare śpiewki, mimo że wieloznaczne i warte wzmożonego skupienia, mogą być przygodą raczej jednorazową (ileż razy można słuchać tych samych wykładów), co nie znaczy, że mało istotną. Wykłady mają absolutnie inną niż pozostałe teksty poety funkcję, związaną z ich pojawieniem się we Wrocławiu – w stosunkowo niewielkim stopniu mogą „być gdzie indziej”, poza sytuacją, która im towarzyszy. Sosnowski zdaje się zresztą przede wszystkim organizować sytuację lektury poezji – pozbawionej przesądów i gotowych wyobrażeń na temat tego, jak przystoi i jak daleko można ją poprowadzić. Analizy jego autorstwa mają jeszcze jedną (jeszcze niejedną! diabeł zawsze tkwi w języku) wielką zaletę – nie stronią od wrażeń i emocji, do których czytelnicy literatury związani z uniwersytetem dopiero zaczynają się przyznawać. Na Sosnowskiego szczęśliwie nie trzeba czekać – poeta nie tylko uczy, ale i bawi się świetnie – chyba najbardziej polecam uwadze Wiersz i śmiech. Nie tylko ze względu na temat, przede wszystkim na nieczęsto spotykaną lekkość i bezpretensjonalność mówienia o poezji.

O erudycji nie trzeba pisać… O rozpoznawalnej stylistyce tekstów też nie… Że dobór wierszy świetny i z rozmachem, nie wspominam… A, no tak. W efekcie tego, że Sosnowski porusza rozmaite rejestry swojego odbioru, teksty oddane czytelnikowi mają niejednorodny charakter. Raz siłą słów przebudowuje obrazy pierwotnie oferowane przez wiersze, raz sam wiersz zaczyna widzieć jako obraz (i bynajmniej nie chodzi o liberackie projekty), a raz doprowadza do tego, że można poczuć cierpkość tekstu, który wspólnie czytamy (ja i Andrzej Sosnowski, oczywiście). Niejednokrotnie jednak można mieć poczucie, że w ostateczności zostaje się z niczym. Że była to wspaniała przygoda, ale wiersz, jak był nieuchwytny, tak nieuchwytny zostaje do końca, do zamknięcia wykładu. Zostajemy więc z wierszami i ich – wyliczonymi wcześniej – parami, które obiecywały prześwietlić oraz spacyfikować słowa i ostatecznie przeciągnąć je na swoją stronę. Końca świata szczęśliwie tym razem nie będzie. Don’t cry for me Argentina gra w tle i tylko kapryśni czytelnicy, którzy swoje serce oddali poezji z puentą (to dopiero brzmi jak koszmar), mogą być rozczarowani. A przecież było powiedziane, jaka jest sytuacja. Oczywiście jestem w sporym kłopocie, za sprawą nieszczęsnego tytułu dzisiejszego wystąpienia [Wiersz i seks – przyp. O.Sz.]. Tytuł z całą pewnością został wymyślony pod publiczkę, ma też w sobie coś z tak zwanych obiecanek cacanek. To są puste obietnice, mili Państwo, bo dzisiaj nie ośmielę się nawet udawać, że mam pojęcie o wierszach, tym bardziej o seksie, więc w jaki sposób mógłbym cokolwiek powiedzieć o jednym lub o drugim, na dodatek za jednym zamachem. Słyszeliśmy to już tysiące razy? Wzruszam ramionami i idę czytać Konwój.

 

Andrzej Sosnowski

Stare śpiewki (sześć godzin lekcyjnych o poezji)

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 105

Zobacz także: Wywiad: Andrzej Sosnowski

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Ostatnio wydała autorski notes z fotografiami i wyborem literatury „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.