hannibal
ARTYKUŁY | 10.06.2013

Mój psychiatra Lecter („Hannibal”)

Każdy, kto choć trochę poznał sposób działania Hannibala Lectera, wie, że ten koneser ludzkiej natury ma okresy wzmożonej aktywności i utajenia. Kiedy usłyszałem o jego powrocie do publicznego życia, obawiałem się trochę, że Bryan Fuller, reżyser i scenarzysta nowego serialu o doktorze, skupi się na powiązaniu dotychczasowych granic mitu, które – jeśli chodzi o filmy – wyznacza z jednej strony wyśmienita, choć nierówna, trylogia z Anthonym Hopkinsem, a z drugiej – Hannibal. Po drugiej stronie maski (Hannibal Rising), o którym raczej chciałbym zapomnieć. Istniejąca luka wydawała się na tyle atrakcyjna, że nawet wypełniając ją tanim kosztem, można było się spodziewać całkiem niezłej popularności.

Niemniej pod koniec pierwszego sezonu zdaje się, że serial ma o wiele głębsze aspiracje i nie tylko prowadzi w rejony całkiem bliskie Milczeniu owiec, lecz także pod niektórymi względami wyraźnie współzawodniczy ze wzorcem. Oczywiście wiele jeszcze może się zdarzyć, trzeba zresztą przełknąć kilka słabszych momentów, jednak taki apéritif zachęca i sprawia, że można poczuć się jak Clarice Starling czytająca w liście od Lectera: I’m sure we’ll have a lot of fun.

Dla Hannibala, któremu twarzy tym razem użycza Mads Mikkelsen, opowieść zaczyna się dość typowo. Znów przygoda sama zapuka do jego drzwi – tym razem gabinetu psychoterapii, nie celi dla psychopatów. Doktor Lecter, który jeszcze nie został zidentyfikowany jako kanibal, na prośbę samego Jacka Crawforda z FBI (Laurence Fishburne, notabene mocno przytył od czasów Morfeusza) bierze pod psychiatryczną opiekę Willa Grahama (Hugh Dancy) – stopniowo zrywającego więź z realnym życiem agenta. Przyczyną są umiejętności Willa, który dzięki nadnaturalnie rozwiniętej empatii (objawiającej się m.in. przygarnianiem wszystkich bezpańskich psów) wczuwa się w rolę morderców i rekonstruuje ich sposób myślenia i działania. Z czasem doświadczenia te coraz mocniej wnikają w jego własną tożsamość, zamazując granicę między rzeczywistością a patologiczną wyobraźnią, co prowadzi Willa w jeszcze mroczniejsze rejony.

Dzięki prowadzonej terapii Lecter pozostaje blisko kierowanych przez agentów spraw, mając możliwość wpływania na przebieg zdarzeń (udzielając pomocy obu stronom, zależnie od okazji), zdobywania nowych doświadczeń i poszerzania swojego ludzkiego bestiariusza (odpowiednik katalogu Don Juana?). Dyskretnie znęca się nad bohaterami, manipulując łączącymi ich relacjami. Doktorowi z czasem udaje się wzbudzić w Willu, do którego zdaje się żywić jakiś rodzaj sympatii, podejrzenia wobec Crawforda – podobne do tych, które zasiewał w duszy agentki Starling w Milczeniu owiec. Równolegle z rozwiązywaniem problemów psychologicznych agenta prowadzi grę, w której zaspokaja swoją ciekawość, żądzę reżyserowania zdarzeń i kanibalistyczne upodobania. Lodówka Hannibala nie zieje pustkami, a „Żniwiarz z Chesapeake” wciąż pozostaje nieuchwytny dla FBI.

Na tle innych postaci to Hannibal wydaje się najbardziej opanowany i zadowolony, w swoim jawnym wcieleniu występując jako lekarz dusz i ciał. Szybko okazuje się, że nie tylko zagubionemu w uniwersum psychopatii Willowi, ale właściwie każdemu przydałaby się porada doktora, który chętnie służy uwagą i rozmową, nawet jeśli tematami są problemy rodzinne Crawforda czy sprawy sercowe. Trzeba przyznać, że osadzenie emocjonalnego centrum serialu w gabinecie, w którym z kozetki spływają na przemian wyznania i krew ofiar, to dosyć oryginalna droga skupienia uwagi widza na uczuciach bohaterów. Podobny efekt dają zresztą sceny serdecznych posiłków u Lectera, które przykuwałyby uwagę głównie wirtuozerią (gorąco polecam blog z przepisami z serialu), gdyby nie wiedza, że w przygotowaniach kurczaka nie ucierpiał żaden drób. Tego rodzaju gry na wielu scenach należą do najciekawszych i najlepiej rozwiązanych chwytów, a postawienie Hannibala w tak dwuznacznej pozycji pozostawia ciągłą niepewność, jak daleko mogą sięgać jego otwartość i wrażliwość.

Fuller zapewnił sobie dużą swobodę rozgrywania fabuły, tym bardziej że nie ogranicza jej tym razem żaden książkowy oryginał. W odróżnieniu od Po drugiej stronie maski serial nie próbuje na siłę powracać do źródeł historii o Lecterze. Co więcej, najwyraźniej ogranicza on wpływy pozostałych części, stawiając raczej na stworzenie pewnej narracyjnej autonomii. Względna znajomość przyszłości Hannibala wprowadza ożywcze napięcie do intrygi (w końcu „wiemy”, że to Will Graham odkryje w Czerwonym smoku, kim naprawdę jest psychiatra), ale nie wydaje się do końca zobowiązywać twórców. Największe znaczenie od początku mają wątki średniego i dalekiego zasięgu, takie jak kryzys Willa po zastrzeleniu jednego z psychopatów, które uwypuklają głębsze rysy bohaterów. Trzeba jednak przyznać, że odbywa się to kosztem bieżących wątków kryminalnych, potraktowanych niekiedy zbyt przypadłościowo, z wyraźnie mniejszym nakładem kreatywności. Pozostaje mieć nadzieję, że ta strategia, służąca wyeksponowaniu głównych linii fabularnych, zostanie zrównoważona w nadchodzących częściach. Serial mógłby na tej różnorodności skorzystać tym bardziej, że – oprócz wspomnianych wcześniej postaci – ekipa aktorska została stworzona raczej z drugoobiegowych gwiazd. Na uwagę zasługuje wśród nich Caroline Dhavernas, grająca rolę Alany Bloom – psychiatry i być może kogoś, kogo Lecter obdarzy „bardziej ludzkim” uczuciem (co doprowadziłoby do konfliktu z Willem). Intrygująco prezentuje się Gillian Anderson w roli nieco eterycznej psychoterapeutki Hannibala. Miło znów zobaczyć ją na małym ekranie – szkoda tylko, że na razie nie pojawia się w serialu zbyt często.

Inni aktorzy – póki co – nie są w stanie zrównoważyć roli Mikkelsena, który najwyraźniej czuje się w skórze Lectera o wiele lepiej niż np. w roli Le Chiffre’a w Casino Royale (choć tam może po prostu występował nadmiar aktorów z wygaszoną mimiką). Jest uosobieniem pewności, opanowania i spokoju, a na jego twarzy najczęściej pojawia się zaledwie sugestia ukrytego okrucieństwa. Nie próbuje niewolniczo imitować Hopkinsa i jego niepowtarzalnego sybaryckiego rysu, choć czasami nieco brakuje złośliwej (zgorzkniałej?) ironii sir Anthony’ego. Mikkelsenowi bliżej do wytwornego i energicznego dandysa, estetyzującego otaczającą go rzeczywistość, co również doskonale współgra z postacią Hannibala i jego subtelnym gustem. Muzyka klasyczna, renesans, Włochy, nawet über-węch doktora – wszystko jest na swoim miejscu. Serial umiejętnie wykorzystuje i uwypukla tę kulturową charakterystykę (świetnie rozwiniętą w ekranizacji Hannibala z 2001 r.), wyraźnie stawiając na doświadczenia estetyczne – tutaj polecam zwłaszcza odcinek Sorbet, rozpoczynający się od sceny koncertu. Wykwintnie-krwista konwencja zapewne się utrzyma, choć mimo wszystko pozostaje ryzykowna – i tak jak w przypadku innych obrazów o Lecterze, już dziś dzieli recenzentów. Być może jednak okaże się tym, co uchroni serial przed utratą wyrazistości na tle innych produkcji wykorzystujących podobne chwyty, takich jak Dexter czy nawet CSI.

Nie można też zapominać, że właśnie z kanibalistyczną stroną postaci nieodmiennie pozostaje największy problem – a przede wszystkim z sensem ponownego jej przedstawiania. Gdyby okazało się, że w Hannibalu nie kryje się nic więcej poza nieokiełznanym apetytem na człowieka i wysoką sztukę, niewiele wniosłoby to do opowieści, którą rozpoczął Czerwony smok, a w popkulturową wyobraźnię trwale wpisało Milczenie owiec. Od strony rynku Lecterowi z pewnością sprzyja nie tylko rozkwit programów typu MasterChef, ale przede wszystkim wciąż powracające zapotrzebowanie na mocnych i metafizycznie powikłanych villainów, takich jak Joker, Bane, Silva czy Khan – a to tylko wybrani z całej gromady, którą zresztą można, w tym przypadku nie bez podstaw, rozszerzać aż do Raju utraconego Miltona. Mam nadzieję, że mimo wszystkich potencjalnych zagrożeń Hannibal Fullera okaże się drogą do pogłębienia postaci i lepszego zrozumienia, dlaczego dla patrzącego z wyżyn humanizmu doktora (współczesnego wcielenia Doktora Faustusa?) reszta ludzkości okazuje się materiałem na posiłek. Warto śledzić jego dalsze losy – polecam głównie (choć nie tylko) tym, których w jakikolwiek sposób przejęły wcześniejsze opowieści.

But, before we begin, you must all be warned: nothing here is vegetarian.

Michał Koza

Michał Koza

(ur. 1987) – redaktor internetowego czasopisma naukowego „Polisemia”. Doktorant polonistyki na UJ, gdzie im dalej w teorię, tym jest mu lepiej. Lubi oglądać to, co niepokoi albo nie jest zbyt poważne, słucha rzeczy przewiercających, często dryfuje w nerdowe strony. Najczęściej i tak czyta. Siewcoentuzjasta memów, batmanów i Twin Peaks.