popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Mój jedyny plan to pisać”. Wywiad z Janem Krasnowolskim
krasnowolski
ROZMOWY, WYWIADY | 29.09.2014

„Mój jedyny plan to pisać”. Wywiad z Janem Krasnowolskim

W sierpniowe południe spotkaliśmy się z Janem Krasnowolskim, który przyjechał do Krakowa wraz z żoną i synem na krótkie wakacje. Siedząc za kierownicą jeepa (po prawej stronie kabiny!), opowiedział o różnicach pomiędzy Anglią a Polską, emigracyjnym życiu literackim, punk rocku i domykaniu prac nad najnowszą książką. Pokłosiem spotkania są dwie rozmowy. Część regionalna znajdzie się niebawem w serwisie Krowoderska.pl, a literacką można przeczytać poniżej.

Jan Bińczycki: Skoro już tak jeździmy po Krakowie twoim imponującym jeepem, to chciałbym, żebyś – jako znany miłośnik motoryzacji – opowiedział o różnicach w kulturze jazdy w Polsce i Anglii.

Jan Krasnowolski: W Anglii kultura jazdy istnieje (śmiech). W Polsce ludzie za kółkiem niepotrzebnie łapią agresora. Każdy ponad każdym, każdemu się spieszy, inni kierowcy to ciamajdy i zawalidrogi. W Anglii rzadko ktoś się tak spina, bo po co? Za kółkiem często siedzą staruszkowie 80+, co w Polsce trudno spotkać. Kiedyś widziałem ponad dziewięćdziesięcioletnią staruszkę kierującą autem. W Polsce takich staruszków raczej nie stać na samochód, a jeśli nawet, to nie wyjeżdżają na drogę, bo by ich zabito na pierwszym skrzyżowaniu. W Anglii kierowcy są bardziej uprzejmi, ale też i karni. Może dlatego, że kamery są wszędzie. Działa też system rozpoznawania tablic. Policja nawet nie musi cię zatrzymywać. Jadą za tobą i skanują tablicę. Jeśli coś jest „nie halo”, auto nie ma ubezpieczenia albo podatku drogowego, to zapala im się czerwona lampka i dopiero wtedy chcą sobie porozmawiać z kierowcą. To, czego Angole się nie potrafią nauczyć, przynajmniej na południu, gdzie mieszkamy, to jeżdżenie po śniegu. Wystarczy, że spadnie kilka centymetrów i mamy paraliż komunikacyjny.

JB: Co Polacy wnoszą do życia Wielkiej Brytanii? Pierwiastek słowiańskiego chaosu?

JK: Są dwie grupy. Tacy jak my, którzy tam osiedli i postanowili ułożyć sobie życie, płacić podatki, posyłać dzieci do brytyjskich szkół, porządnie nauczyć się języka, zdobyć obywatelstwo i być częścią społeczeństwa. Są też tacy, którzy przyjeżdżają na chwilę, żeby zarobić, nachapać się i wrócić. Oni mają gdzieś, jakie pozostawią po sobie wrażenie. Ta druga grupa zanika. Przestaje się opłacać przyjeżdżać na chwilę. Poznałem jednych i drugich. Kiedyś pracowałem na budowie z krótkoterminowymi. To była ekipa kryminalistów. Wzięli zaliczkę, wszystko przećpali i uciekli (śmiech). Ale to margines. Nie chcę uogólniać. Chaos na Wyspach ma charakter ogólny, nie posiada cech narodowych. Polacy są liczną grupą emigrantów, ale nie jedyną.

fot. Jakub Włodek

fot. Jakub Włodek

Konrad Janczura: A spotkałeś się z wypowiedziami na temat zachowania Anglików w Krakowie, który jest popularnym celem ich alkoholowo-erotycznych peregrynacji?

JK: Owszem. Ale oni zachowują się tak samo u siebie. Kiedy się odbywa stag party, bo kolega się żeni i to ostatni dzwonek, by ostro się zabawić, kumple chcą do cna to wykorzystać. Podobnie jest z hen party, gdzie laski szaleją do upadłego. Każde brytyjskie miasto w piątkowy czy sobotni wieczór wygląda tak samo. Nie warto robić z tego wielkiej historii. Tak po prostu jest. Ale Kraków podobno przestał być modnym celem imprezowych wycieczek. Jego miejsce zajęła Praga i Budapeszt. Wcześniej jeździli do Amsterdamu, który zresztą jest zawsze na topie. Tam też ich mają dość (śmiech).

KJ: A słynni brytyjscy kibice?

JK: Dziś w Anglii jest bardzo grzecznie. Wiem, bo mieszkam obok stadionu. Najdrobniejsza zadyma na meczu to wielkie „halo”. Częściej się słyszy, że brytyjscy kibice zebrali łomot gdzieś na wyjeździe, tak jak niedawno w Rzymie. Strasznie płakali w mediach, że ich spotkało coś takiego. Tymczasem jeszcze dwadzieścia lat temu spakowaliby noże, bejsbole i ruszyli na ekspedycję karną. Teraz, jeśli w pubie spotkają się kibic Manchesteru i, powiedzmy, Arsenalu, to znajdą wspólny język, bo łączy ich miłość do piłki, a akcentowanie różnic klubowych ogranicza się co najwyżej do docinków. Tak samo na forach. Anglicy potrafią być niegrzeczni, zachowując elegancję i konwenanse, choć chamstwo też się oczywiście trafia. Ale futbol od dawna nie jest z nim utożsamiany.

JB: Jedno z opowiadań w twojej niewydanej jeszcze książce traktuje o pewnym epizodzie na studiach dziennikarskich. Z braku czasu napisałeś na zaliczenie reportaż, w którym sporo zmyśliłeś. Czemu nie przyznałeś się wcześniej?! Kiedy robiliśmy numer Ha!artu o gonzo journalism, umieścilibyśmy cię wśród polskich prekursorów nurtu!

JK: Dopiero po przeczytaniu tego numeru dowiedziałem się, co to gonzo. W moim przypadku było tak – trzeba było napisać pracę na zaliczenie, a mieliśmy małe dziecko, budowaliśmy dom i nie miałem czasu na szukanie tematu. A temat sam wpadł mi w ręce. Na mojej budowie pracował facet, którego chwilę potem zamordowano w Nowej Hucie. Za głębokiej komuny był milicjantem i wjechał po pijaku w przystanek, pozabijał ludzi. Tekst nazwałem Tadek święty nie był. Użyłem prawdziwych informacji, wpisując je w nieprawdziwy kontekst. Tekst wyszedł całkiem nieźle, do tego stopnia, że wykładowca stwierdził, że przekaże go „Gazecie Wyborczej”. Miałem straszną jazdę, bałem się, że się totalnie skompromituję, że to będzie śmierć zawodowa. Wtedy umarł Ojciec Święty i cała uwaga skupiła się na tym. Papież mnie uratował.

JB: Poza tobą i Zbigniewem Masternakiem niewielu polskich autorów uchwyciło specyfikę najmłodszej emigracji.

JK: A Przebiegum Życiae Piotra Czerwińskiego? A Klimko-Dobrzaniecki? Grażyna Plebanek? Dobrych książek emigracyjnych jest już co najmniej kilka. W zeszłym roku poznałem Marka Kaźmierskiego, człowieka, który od dzieciństwa mieszka w Londynie. Marek pisze po angielsku, wydał świetny zbiór opowiadań Damn The Source. Wszystkie kawałki są o Polakach, wszystkie dzieją się w Wigilię i w każdym z nich występuje nóż. Bardzo fajna, różnorodna proza, trzeba tę książkę wydać w Polsce.

KJ: Są widoki na publikację na brytyjskim rynku?

JK: Coś się w tej sprawie dzieje, ale nie mam na to wpływu. Świetne tłumaczenie zrobiła mi Ania Błasiak-Hyde. Już we wrześniu jej przekład tytułowego opowiadania z Afrykańskiej elektroniki ukaże się na jednym z angielskich portali literackich – Wasafiri. Tłumaczono mnie już na czeski, serbski i włoski. W Anglii co ma być, to będzie, mnie się nie śpieszy i na wszystko przyjdzie czas. Ostatnio zawiązaliśmy z Markiem Kaźmierskim spółkę i na zmianę przekładamy swoje teksty. On moje na angielski, ja jego na polski. Ten barter się sprawdza. Aktualnie jestem do przodu, bo przetłumaczyłem więcej jego kawałków niż on moich (śmiech).

KJ: To jak oceniasz polskie życie literackie w Anglii?

JK: Właśnie ostatnio dowiedziałem się, że od 1946 roku istnieje Stowarzyszenie Pisarzy na Obczyźnie. Z tego, co widzę, to skupia przede wszystkim piszących wiersze księży, którzy są na różnych placówkach, oraz grafomanów, którzy czują się lepiej, kiedy się stowarzyszą. Podobno w swoim czasie lista Wildsteina nieźle namieszała w tym środowisku (śmiech). Była też inicjatywa pod nazwą Emigrating Landscapes, która miała promować wszelkich pisarzy niebrytyjskich, ale sprowadziła się głównie do promowania polskich autorów płci żeńskiej. Siłą statystyki, zapewne jest w Anglii sporo osób piszących w języku polskim, ale po ciężkich przejściach z pewnym grafomanem świadomie staram się unikać zawierania nowych znajomości na tym polu.

JB: Wróćmy do twoich tekstów. Nie mogę nie zaczepić cię o wątki lad lit – męskiego odpowiednika chick lit. W ojczyźnie Nicka Hornby’ego tworzysz mocną prozę o mężczyznach na różnych życiowych zakrętach…

JK: Nie dzielę literatury na męską i żeńską, tylko na dobrą i złą. Tak się składa, że piszę dla każdego, kto ma chęć czytać Krasnowolskiego, niezależnie od płci. Jestem facetem, więc pewnie opisuję wszystko z męskiego punktu widzenia, bo dlaczegóżby miało być inaczej? Nie widzę w tym nic złego, a już oskarżano mnie o seksizm, co jest sporym nadużyciem.

Jan Bińczycki, Jan Krasnowolski i Janczura Konrad (fot. Jakub Włodek)

Jan Bińczycki, Jan Krasnowolski i Janczura Konrad (fot. Jakub Włodek)

KJ: Pomiędzy Klatką a Afrykańską elektroniką istnieje znaczna rozbieżność formalna. W tej pierwszej styl jest prosty, skondensowany, w drugiej bardziej potoczysty. Czy to wynika ze sposobu pracy?

JK: Klatka to zbiór składający się z tego, co robiłem przez pięć lat, i tego, co nie pasowało do 9 łatwych kawałków. Afrykańską elektronikę pisałem z zamiarem ułożenia tekstów w większą całość. Pewnie też w jakiś sposób rozwijam warsztat, w sumie przecież w pisaniu o to właśnie chodzi…

KJ: A skąd afrykańskie zainteresowania?

JK: Uważam, że to świeży temat. Pracując w różnych miejscach, spotykając najrozmaitsze typy ludzkie, trafiłem na ten wątek i uznałem, że to motyw, który ustawi całą książkę.

JB: W twoich tekstach często pojawiają się nawiązania do punk rocka. Czy dalej jest dla ciebie istotny? Teraz mieszkasz w punkowym eldorado? A może to był tylko bunt przeciwko inteligenckiej rodzinie i szarzyźnie schyłkowego PRL-u?

JK: Po pierwsze: to naprawdę zajebista, energetyczna muzyka. W dawnych czasach punka słuchało sporo ludzi, ale większość ograniczała się do wpinania w kurtkę skromnej plakietki z nazwą ulubionej kapeli, ewentualnie włoski z boczku nieśmiało podgolone. Jakaś tam mała część szła na całość, w wyglądzie i stylu życia, ja też uważałem, że półśrodki są dla cieniasów. I to mi dało nastawienie na całe życie. Żeby, jak coś się robi, to robić to już porządnie i iść na całość. A jak punk w UK wygląda po latach? W zeszłym roku poszliśmy z synem i jednym kumplem na koncert Public Image Limited. Średnia wieku wśród publiczności pięćdziesiąt lat i więcej. W końcu na Wyspach wszystko zaczęło się ładnych kilka lat wcześniej. Ci goście na widowni byli nieźle zjechani przez życie i dragi. Widać było, że niektórym dobrze się powodzi, ale można było spotkać też takiego, który chodził o lasce, i wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że imprezował przez całe życie. I co chwilę różni ludzie padali sobie w ramiona, bo to były spotkania kumpli po latach. W Bournemouth, gdzie mieszkam z rodziną, jest klub Sound Circus, gdzie grają nowoczesnego punk rocka lub kalifornijski pop punk. Też fajnie, ale to już nie ten klimat. W Rock Circus byłem na tribute bandzie Sex Pistols. Nazywają się The Pistols i są bezbłędni. Nie tylko brzmią, ale też wyglądają jak oryginał. Zwłaszcza odpowiednik Lydona, który jest wręcz jego sobowtórem. Tribute bandy to zresztą specyficzna instytucja. Jest ich mnóstwo, są duże i małe zespoły w tej branży. Wszystko zależy od podobieństwa do oryginału. W tym, co dzieje się aktualnie w brytyjskim punk rocku, siedzi mój kumpel Szyszka, który mieszka w Reading pod Londynem. Co weekend zalicza koncerty legend i zna każdy detal ich historii. Ja nie mam na to, niestety, czasu.

KJ: Lem napisał, że jesteś dojrzałym pisarzem już przy okazji debiutu. Tymczasem te teksty ewoluują w bardzo znaczący sposób…

JK: Bo on to napisał na wyrost! Jak zacząłem pisać, rodzice wysłali mnie do Lema. Zadzwoniła jego żona i powiedziała, że pan Stanisław chce mnie widzieć o 16:00 i mam czas do 17:00, bo wtedy udaje się na drzemkę. Więc stawiłem się punktualnie o 16:00 i było miło. Lem powiedział, że dobrze i fajnie, ale żeby mi się nie przewróciło w głowie. Zapytał, czy mam pracę. Odpowiedziałem, że tak, że szyję buty. On na to: świetnie, pisarz powinien mieć zawód. Ja na przykład jestem lekarzem. Nie licz na to, że utrzymasz się z literatury. Pisz dla przyjemności, to może ci coś z tego wyjdzie. Trzymam się tego do dziś. Uważam, że wielu ludzi robi błąd po pierwszych sukcesach, od razu licząc na stypendia i nagrody, zakładając, że mają szansę wyżyć z pisania. Nie ma szans. Dlatego uważam, że trzeba żyć swoim życiem, zbierać doświadczenia, choćby żeby mieć o czym pisać. Bukowski ujął to trochę brutalniej niż Lem. Powiedział, że nie lubi przebywać z innymi pisarzami, bo to jak rój much na jednym gównie (śmiech). Coś w tym jest.

JB: Stąd ta niska częstotliwość wydawania książek?

JK: Ten rytm to historia mojego życia. Wydałem 9 łatwych kawałków. Książka, mimo dobrych recenzji, przeszła jakoś bokiem. Zginął mój brat, urodził mi się syn, miałem długa przerwę. Potem złapałem kontakt z Ha!artem, wyszła Klatka. Wyjechałem do Anglii. Musiałem urządzić się w nowym miejscu, poukładać swoje sprawy. Więc kolejne siedem lat przerwy. Piotr Marecki mnie cisnął, Łukasz Orbitowski poganiał, a mnie się nie śpieszyło, bo z książką nie trzeba się spieszyć. W końcu, po kolejnych siedmiu latach, wydałem Afrykańską elektronikę. Teraz już się ogarnąłem, nie muszę odbijać karty, więc piszę prawie codziennie. Następna książka będzie na początku 2015 roku, a kolejna… Niedługo potem.

JB: Przywołałeś Łukasza Orbitowskiego. Jesteście kolegami, macie podobny styl, sposób pokazywania rzeczywistości, twoja Klatka i jego Horror show wyszły w tym samym momencie. To interesująca zbieżność.

JK: Nawet mieliśmy wspólną trasę promocyjną. Łukasz jest bardzo pracowity, zna swoją wartość, ale robi wszystko na luzie, nie szarżuje. I mimo kolejnych sukcesów, nie wali mu sodówa. Szanuję go za to.

JB: Kogo jeszcze lubisz?

JK: Lubię i szanuję wszystkich twórczych ludzi, którzy trzymają poziom i klasę. Robią po prostu swoje, piszą swoje powieści lub swoje wiersze i nie płaczą wszem i wobec, jak bardzo są niedoceniani, nawet jeśli czasem tak się czują, bo faktycznie pisarstwo to rzemiosło, w którym docenia się nielicznych. Więc nie upatrują skutków braku własnego sukcesu w innych i nie budują na ten temat teorii spiskowych. A także nie rzucają mięchem w social mediach, kiedy tantiemy nie sprostują ich oczekiwaniom. A jak już odniosą sukces… To też zachowują się na poziomie. Widzisz, mój dziadek przyjaźnił się z Szymborską, która czasem nas odwiedzała. Przed Noblem i po Noblu. I widzisz, ten Nobel wcale jej nie zmienił. Miała za to wielki szacun z mojej strony.

KJ: A zdarzyło ci się rozmawiać o literaturze na budowie?

JK: Nie, a wam? (śmiech) Przez pięć lat pracowałem w wielkim magazynie i tam wspomniałem kiedyś angielskim kolegom, że wydałem dwie książki. Nie chcieli uwierzyć. W ich mniemaniu ktoś, kto wydał książkę, powinien być gdzieś daleko, a nie zasuwać na „widlaku”. Uważali, że albo ściemniam, albo jestem totalnie kiepski. Tłumaczyłem, że u nas jest inaczej, że wydanie jednej czy dwóch książek nie ustawia autora w żaden sposób. Wtedy mówili a tak, u was wszystko jest chujowe (śmiech). Kiedy zmieniłem pracę, wydałem kolejną książkę i założyłem stronę na Facebook’u, zaczęli się tym interesować. Na budowach pracowałem głównie z Polakami. Z nimi nie dało się gadać o niczym (śmiech). Jeśli nie dodałeś „kurwa” na końcu zdania, to następował paraliż komunikacyjny. W moim przypadku było tak, że uciekłem z Polski w świat, chciałem zobaczyć coś nowego. Wylądowałem na budowie z ekipą, której ze świecą szukać gdziekolwiek w ojczyźnie. Chłopaki siedzieli tam po siedem–osiem lat i nie potrafili ułożyć po angielsku najprostszego zdania. Wołali mnie do każdej sprawy, która wymagała użycia angielskiej mowy. To było małe miasto, w którym szef budowy miał też sklep spożywczy. Płacił swoim robotnikom tygodniówkę a oni lecieli do jego sklepiku po polską wódkę i piwo. Pieniądze błyskawicznie do niego wracały. Zawsze zalegał im jedną wypłatę, żeby nie chcieli zmienić pracy. Pracowałem też kiedyś z chłopakiem, który trafił do Anglii jako nastolatek. Kiedy go poznałem, miał dwadzieścia parę lat i już był totalnym alkoholikiem. Języka ni w ząb, za to wyrobił sobie akcent – mooshałesh shę wshoochać, by zhrozumech, co on moowi do chiebie (śmiech).

JB: Mógłbyś zajmować się tylko opisywaniem takich sytuacji.

JK: Pewnie to i owo wykorzystam, ale na dłuższą metę nie chcę. To już zostało opisane, Szczuropolaków nie przebiję. Nie chcę zapaść się w tę część emigracji, która udaje, że nie wyjechała z Polski. W moim miasteczku jest mnóstwo rodaków. Powstał taki bąbel, w którym działa polski sklep, fryzjerka, kosmetyczka, polski kościół i restauracja, a nawet polskie biuro, które załatwia za klientów wszelkie sprawy urzędowe. Możesz żyć tygodniami, nie musząc rozmawiać z nikim po angielsku. Rzecz w tym, że to cholernie łatwo opisać, porobić buractwu karykatury. Zbyt łatwo, więc nie bawi mnie to. Szukam nowych tematów. Mój jedyny plan to pisać. Lepiej i więcej.

JB:  W takim razie tytuł następnej książki – Dalej stąd – to nie cytat z refrenu Siekiery, tylko opis doświadczeń emigracyjnych?

JK: Najpierw rzecz miała się nazywać Spowiedź zmywaka… Ale mamy już przesyt zmywaków, Nędzoli, Angoli, Brytoli. Fakt, w założeniu miało być o życiu w Anglii, ale wyszło coś zupełnie innego i tematów emigranckich jest tam może trzydzieści procent. Dalej stąd to historia o sile, która zawsze mnie ciągnęła w świat, odkąd tylko zrozumiałem, że poza Polską jest inny świat. Myślę, że to siła, która napędza mnie w życiu, żeby nie osiadać na laurach, tylko wciąż dążyć do przodu. Byle dalej.