MOCAAK KAROLBANACHia
ARTYKUŁY | 28.01.2013

MOCAK: Proszę nie dotykać, to do performensu!

Nie dotykać. Nie fotografować. Teraz fotografować, ale nie nagrywać. Dotykać, kręcić, obracać. Nie jeść. Nie dotykać, teraz znów dotykać. Siadać na ławkach, nie siadać na ławkach. Nie palić, tu wolno palić. Nie wprowadzać zwierząt, ale dotykać. Można przychodzić z dziećmi, ale niech nie dotykają. Albo jednak niech dotykają. Nie patrzeć w oczy obsłudze. Zaczekać na obsługę. Nie oddychać, a teraz już można. Nie dotykać. Dotykać. Absolutnie nie dotykać. Witamy w MOCAK-u.

Nie wszystkie spośród wyżej wymienionych komunikatów i zakazów usłyszeć czy zobaczyć można w krakowskim muzeum MOCAK. Karuzela z zakazami, jaką proponuje widzom ta instytucja, jest jednak jedyna w swoim rodzaju. Na pozór wszystko wygląda typowo: nigdzie nie widzimy tabliczki „Nie dotykać”, nie widzimy też tabliczki, która zachęcałaby do przeciwnego gestu. Tabliczek nie ma, są tylko (nie)sławne podpisy pod obrazkami, które niejednokrotnie w swoim pretensjonalno-grafomańskim kunszcie mają szansę okazać się najbardziej interesującymi obiektami w tym muzeum. Brzmiący dziś już nieco staromodnie komunikat „Nie dotykać” jeszcze do niedawna widniał w większości muzeów w miejscach równie widocznych jak tabliczki „Zakaz fotografowania”, „Zakaz palenia” czy „Zakaz używania telefonów komórkowych”. Muzea, zmieniające swój kształt, wizerunek i sposób komunikowania się z widzem, starają się odsunąć ten – jak się okazuje – bardzo trwały model funkcjonowania.

Worki na buty czy filcowe kapcie stanowią kolejny zestaw gasnących już skojarzeń. Nie oznacza to, że jako wspomnienie poprzednich epok ostatecznie znikają – na mapie polskich muzeów wciąż są obiekty, gdzie serwuje się je odwiedzającym. Ma to miejsce na przykład w Muzeum Stylu Zakopiańskiego „Koliba”. Prośba, aby rzeczone – nieco szpitalne – pokrowce założyć na obuwie, nie okazuje się w tym przypadku szczególnie opresyjna. Wynika to, jak sądzę, z dwóch powodów. Po pierwsze: zwiedzającym ten pomysł może wydać się do pewnego stopnia uzasadniony – podłogi sprawiają wrażenie równie zabytkowych jak pozostałe eksponaty. Czy takie są – trudno orzec; niełatwo uzyskać potwierdzenie, zaprzeczenie też nie pojawia się w jasnych deklaracjach (tu: niejednoznaczne komunikaty na stronie internetowej). Decyzja odbiorcy, aby poddać się obsłudze i założyć na buty worki, wynika więc w dużej mierze z (trudno powiedzieć, czy słusznego) zaufania – odbiorca wierzy, że obsługa wie, jak należy traktować unikalną podłogę muzeum.

Powód drugi, który wyprowadzam w dużej mierze z własnego doświadczenia i obserwacji reakcji innych zwiedzających, to poczucie pewnej egzotyki i anachroniczności tej sytuacji, raczej rozbawiającej niż budzącej irytację czy agresję. W nowych i najnowszych muzeach nikt nie wymaga od widza podobnych przygotowawczych działań. Poczucie nowoczesności w tego rodzaju obiektach zdaje się kompensować konieczność poddania się procedurze swoistego kamuflowania własnej – bardzo dosłownie rozumianej – nieczystości na czas pobytu w muzeum.

Eliminacja filcowych kapci z większości muzeów zdaje się towarzyszyć usuwaniu wspomnianych tabliczek „Nie dotykać”, mających znacznie bardziej skomplikowany status – zarówno gdy chodzi o reakcje zwiedzających, jak i gdy mowa o nowych dyskursach muzealnych, koncepcji muzeum partycypacyjnego, interaktywnego, angażującego i innych. Wysunąć można by tu tezę, jakoby muzea nie tyle rezygnowały z tego mechanizmu, co próbowały go z jednej strony zamaskować, z drugiej zaś tak przeformułować swoją przestrzeń, aby ów zakaz nie był – na pierwszy rzut oka – postrzegany jako opresyjny.

Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy pozornie nieskrępowany widz obserwuje instalacje (nieczęsto – a z tego, co zauważyłam, nie jestem tu odosobniona – mam ochotę dotknąć malarstwa), które nie są od niego oddzielone ani czerwonym sznurem znanym z tradycyjnych muzeów, ani przezroczystą szybą. Powstaje w ten sposób wrażenie, jakoby mógł on zachowywać się swobodnie – dotykając tego, co nieoddzielone, nieoznaczone żadną ostrzegającą tabliczką. Pierwszym i stałym (kolekcja MOCAK-u) przykładem może być instalacja Roberta Kuśmirowskiego – nieosłonięta szybą, nieoznaczona jako „Nie dotykać”, w żaden sposób nieodgrodzona od widza. Wszystko to stanowić może dla zwiedzającego obietnicę, zaryzykujmy, muzealnej transgresji. Transgresja w MOCAK-u właściwie zawsze okazuje się grzechem, za który karę trzeba ponieść natychmiast. Kilka sekund po przekroczeniu niewidzialnej, znanej wyłącznie obsłudze granicy, usłyszymy zza pleców „Proszę nie wchodzić do instalacji”. Widz zmuszony jest do wycofania się, nawet jeżeli nie zdążył zdecydować się na dotknięcie eksponatów. Do dziś nie wiem, do którego miejsca wolno dojść – próba uzyskania odpowiedzi skończyła się dyskusją rodem ze skeczów Monty Pythona.

Okazuje się, że nigdzie niewidniejąca tabliczka, zapowiadająca pewnego rodzaju otwarcie muzeum, jednak nie zniknęła, za to stała się przezroczysta. Pozorny brak opresji ostatecznie tylko ją wzmacnia. Zwiedzający, który otrzymuje prosty komunikat „Nie dotykać”, wie, co robić i jak się zachować. Gra w otwarte karty, którą proponowało tradycyjne muzeum, była może nie najsympatyczniejsza, ale nie konfundowała widza przyłapanego na niewłaściwym zachowaniu. W. słusznie zwrócił uwagę, że obsługa zachowuje się jak ta w sklepach nocnych (moim zdaniem raczej jak w tych z bibelotami). Klientów trzeba pilnować, bo stłuką, a potem nie zapłacą. Obsługa i ochrona chodzą więc za ludźmi krok w krok, patrząc im na ręce, żeby zapobiec rozbojowi w biały dzień. Pilnujący w MOCAK-u za każdym razem, kiedy miałam ograniczoną przyjemność tam być, sprawiali wrażenie, jak gdyby widz był intruzem gotowym do natychmiastowej agresji wobec sztuki. Działanie Mary Richardson (znanej jako Mary „Nożowniczka”), która zaatakowała w 1914 roku Wenus z lustrem Velázqueza, zaczyna domyślnie funkcjonować nie jako eksces, ale stałe ryzyko wprowadzane przez widzów. Przypadków podobnych aktów było więcej, ale mimo wszystko raczej nieliczni widzowie mają temperament Daniela Olbrychskiego i wnoszą do muzeów szable.

Innego rodzaju problemy napotkał zwiedzający, gdy zechciał się bliżej przyjrzeć niedawnej sportowej wystawie w MOCAK-u. Zdaję sprawę z tego, czego miałam okazję doświadczyć podczas Nocy Muzeów. Jedna z instalacji oferowała możliwość (omijam, na ile to możliwe, interpretację tych dzieł) zagrania w piłkę. Instalacja Olafa Nicolaiego to zestaw piłek i pomalowanych w kolorowy kamuflaż (sic!) ścianek, w których wycięto otwory mieszczące piłki. Absurdalna gra, na jaką może zdecydować się widz, w swoim założeniu nie ogranicza w żadnym stopniu jego działania. Inaczej niż instalacja Richarda Faugueta – stół i paletki do ping ponga podziurawione są otworami wielkości piłeczek. Jeżeli widz widział najpierw instalację Nicolaiego, później zaś przeszedł do Faugueta, czeka go dezorientacja (zasada rządząca tymi instalacjami jest bardzo podobna). Dotknięcie paletki skutkuje natychmiastową reakcją obsługi. „Nie dotykać” nie wisi obok instalacji, mimo tego dotykać nie wolno. Z widza robi się idiotę, który nie umie się zachować i nie ma pojęcia ani o muzeach (pal licho), ani o sztuce. W tradycyjnym muzeum raczej nikt nie wpadłby na pomysł, żeby wyciągać rękę w kierunku eksponatu. Pomijam tu przypadki ekstremalne; mam na myśli pewien standard zachowań – jeżeli w tradycyjnym muzeum zdecydujemy się dotykać czegokolwiek, raczej mamy świadomość, że przekraczamy reguły. W tradycyjnych muzeach widz nie musi być nieustannie napominany, że jego dotyk nie jest mile widziany. Także w muzeach najnowszych (nikt na tym nie ucierpi) mógłby być wprost poinformowany o zasadach panujących przy konkretnych dziełach sztuki. Problemem w MOCAK-u jest bowiem nie to, że sztuka wytrąca z pewności, że jest prowokująca, że nie wiadomo, jak ją zinterpretować czy jak poradzić sobie z własnym doświadczeniem sztuki współczesnej. Problemem widza w MOCAK-u jest sam MOCAK – instytucja, która nadzoruje i karze, kiedy trzeba.

Obsługa MOCAK-u wciela się w najgorszy rodzaj nauczyciela bez energii, iskry bożej i autorytetu. Przy Szmacie Jerzego Beresia i stojącej tuż obok rzeźbie dochodzi do charakterystycznej sytuacji: wskutek ich napomnień zastanawiam się nie nad interpretacją sztuki (wszystko raczej odwraca od niej uwagę), ale nad interpretacją instytucji muzeum i reguł nią rządzących. Pożyteczne, inspirujące, poruszające? Wątpię. Przy tej okazji zdobędę się na minirelację – emocje żadne, ale spróbujmy. Podchodzimy do Szmaty Beresia, dotykam drewnianej ręki, ruszam całością. Nic się nie dzieje, panowie z obsługi już nieco nerwowi, bo poniosło mnie chwilę wcześniej i dotknęłam nożyczek zwisających z innego dzieła (to Fluxus; do niego jeszcze wrócę), więc trzeba było mnie skarcić, a teraz pilnować. Ale nic nie mówią, co najwyżej uważnie patrzą, czy aby nie zacznę ciąć Szmaty ukrytą w torebce piłą mechaniczną. Jak każdy, nie umiem się zachować w muzeum, więc podchodzę do stojącej obok – formalnie dość podobnej – rzeźby/instalacji. Zachęcona przyjaznością Beresia, dotykam. I już idą, we dwóch, bo na pewno jeden nie da rady mnie powstrzymać. I już pikają jak bramki w odzieżowym, kiedy ekspedientka nie zdejmie wszystkich zabezpieczeń, i już mówią, że „nie dotykać”, bo „nie dotykać” i koniec. Wdaję się w z gruntu jałowy dialog, bo nadal nie umiem się zachować – pytam, skąd mam wiedzieć, czego mogę dotknąć, a czego nie. Pikający odpowiadają, że dotknąć mogę tylko Szmaty. Z czego to wynika? Z tego, że mogę dotknąć tylko tego. Brnę, bo nikt nie ostrzegł na czas, że pikający nie uzasadni. Pikający informuje mnie, że w całym muzeum mogę dotknąć tylko Szmaty, a w dodatku napisane jest na karteczce (muzeum widocznie z radością eksponuje swoją dumę), że to ode mnie zależy, czy wykonam przyjazny gest wobec drewnianej ręki. Pytam pikającego, czy to znaczy, że zawsze muszę najpierw czytać podpisy pod obrazkami (nie mam takiego zwyczaju), ale pikający nic już nie wie. Wie tylko, że nie dotykać i już, szlus, koniec. Wyciągam rękę (skoro już wyciągnęłam do Beresia, to dlaczego do pikającego nie wyciągnąć) i pytam, dlaczego tu, piętro niżej, nie mogę dotknąć dzieła Fluxusu (nieszczęsne nożyczki, które sprowadziły mnie na złą drogę), skoro wyżej na wystawie tej samej grupy mogę (wszystko sprawdziłam, gwarantuję). Panowie pikający zaczynają się niecierpliwić i przekonują, że wcale nic tam nie mogłam dotknąć, mówią: „Mogła pani dotknąć tylko sznureczków”. Polecam im więc wycieczkę piętro wyżej (gdzie najwidoczniej obsługa nie dostrzegła naszego sztubackiego dotykania) i docieram do końca najbardziej ekscytującej partii tej wycieczki – pytam, czy MOCAK podzielony jest na piętra pod względem tego, czego mogę dotykać, a czego nie. Słyszę więc oficjalne „tak, jesteśmy podzieleni na piętra”. I już wiem, że doszliśmy do ściany.

Mój upór, jak zwykle godny lepszej sprawy, raczej nie towarzyszy wszystkim zwiedzającym. Nie dotykać to nie dotykać – człowiekowi trochę głupio, bo wyszło, że nie dorasta do współczesnej sztuki, do nowoczesnego muzeum, white cube nie dla niego, trzeba się oddalić, pooglądać z daleka, dotknąć, kiedy trzeba, i nie przesadzać z zaangażowaniem. Nie dotykać to nie dotykać, nie mam problemu ani z tym komunikatem (nie czuję palącej potrzeby dotykania wszystkiego, co widzę), ani z tabliczkami tego rodzaju, o ile, mówiąc krótko, wiadomo, o co chodzi. Nie twierdzę tym samym, że zwiedzający powinni mieć możliwość swobodnego i niczym nieograniczonego dotykania obiektów – byłoby to dość karkołomne dowodzenie. Twierdzę natomiast, że kamuflowanie i przeniesienie tekstowego komunikatu „Nie dotykać” na działania pilnujących nie jest osłabieniem przymusowego „odsunięcia” widza od dzieła sztuki, ale jednoczesną grą „w kotka i myszkę” i pozorowaniem swojej postępowości. Chętnie bym tu skończyła, ale kiedy już pojawiają się postępowość, bunt i przełom, muszę powiedzieć o jeszcze jednym nieszczęściu. Idziemy na wystawę Fluxusu.

Najpierw anegdota. M. opowiada mi o wernisażowej przygodzie. Jedna z instrukcji, obok której widoczne są prawdziwe orzeszki i bita śmietana, zachęca do posmarowania powyższymi zgrabnej kobiety. Koleżanka M. sięga po orzeszki (wszyscy wiemy, czym jest metafora, ale lubimy też pożartować), jednak jej facecje przerywa jeden z pikających, mówiąc – uwaga, notujemy – Proszę nie dotykać, to do performensu!

Powstrzymam się od komentarza, mam resztki litości. Zwiedzanie tej wystawy było jednym z najbardziej nużących projektów, jakie przedsięwzięłam w ostatnich latach (nie był to, na szczęście, wernisaż) w przestrzeni muzeów. MOCAK wciąż ma tę niezwykłą zdolność przekuwania witalności i buntu w senność i znużenie – to temat na inną okazję, poruszany zresztą w interesujący sposób przez innych widzów. Najprawdopodobniej nieuwaga pilnujących (chociaż nie mam co do tego pewności) sprawiła, że obejrzeliśmy i dotknęliśmy na wystawie Fluxusu dokładnie wszystkiego. Razem z W. przejrzeliśmy też znaczną część twórczości widzów. Obok tradycyjnych lub dowcipnych wpisów znajdują się też takie, które (co bardzo symptomatyczne) nie mówią o Fluxusie, życiu, świecie i sztuce, ale o MOCAK-u.

Aktywność widza tej wystawy jest pomyślana bardzo dokładnie – jego działanie ma się zamknąć w ramach przewidzianych przez muzeum – żadna dalsza interakcja nie jest dozwolona. Widz ma więc w gruncie rzeczy pokornie wykonywać polecenia – wypełniać formularze tam, gdzie trzeba, iść kilka kroków tam, gdzie trzeba, i dotykać tego, co trzeba. Programowanie zwiedzania jest tu ostentacyjne, mimo że niewyrażone wprost – to paradoks, który determinuje strukturę całego MOCAK-u. Nikt nie komunikuje, w jakich granicach (podkreślam: nie chodzi o niepokojące dzieła artystyczne, chodzi o instytucję muzeum) mam się poruszać, mimo że te granice istnieją. Orientuj się albo nie przychodź. Orientuj się albo idź być niewłaściwym widzem gdzie indziej. W MOCAK-u jedno przedrzeźnia drugie – parter pierwsze piętro, jedna instalacja drugą, instalacja kolaż, a pilnujący sztukę. Wystawa Fluxusu ostatecznie obnaża MOCAK jako jedno z najmniej przyjaznych muzeów (nie tylko polskich, ale i tu jest raczej bezkonkurencyjne), w jakich miałam okazję być. To miejsce, w którym partycypacja ciągnie za sobą ogon kontroli. Nie otwieram ognia do muzeum, muzeum w swoich sterylnych ścianach tego nie potrzebuje.

———————

Za podzielenie się wrażeniami dziękuję Marii Kobielskiej, a Mateuszowi Witkowskiemu za wielokrotne i wytrwałe towarzystwo w zwiedzaniu MOCAK-u i nie tylko.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.