popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Mlaskanie (Administratorr „Powierzchnie wspólne”)
administratorr
RECENZJE | 16.12.2013

Mlaskanie (Administratorr „Powierzchnie wspólne”)

Ta notka miała się zacząć entuzjastycznie. Chciałem napisać coś w stylu: Po świetnej płycie „Piosenki o Warszawie”, nagranej wspólnie z Lesławem, nie mogło być lepiej. Lider Partii i Komet doczekał się spadkobiercy swojej wrażliwości. Niestety mój entuzjazm prysł po włożeniu płyty do odtwarzacza.

Myślałem, że niezwykle płodny, choć młody zespół (nazwa jest jednocześnie ksywą lidera) twórczo rozwinie największe osiągnięcie Lesława – wprowadzenie do przaśnej polskiej sceny okołopunkowej wrażliwości i liryzmu. W kraju paździerzowego punk rocka bardzo brakuje takiej muzyki. Ale już w połowie drugiej piosenki z nowej, powstającej równolegle do „warszawskiego albumu” płyty Powierzchnie wspólne wiedziałem, że moje nadzieje są płonne. Poprzednia płyta oraz wydawnictwo – specjalizujące się w punk rocku i okolicach zasłużone Jimmy Jazz Records – wprowadzają w błąd. Okazuje się, że obcujemy z zespołem, który ma ze sceną punkową jeszcze mniej wspólnego niż amerykańscy epigoni Green Day i Offspring. To oczywiście nie zarzut, ale jedna ze składowych mojego rozczarowania. Jakie są zatem główne grzechy twórców tej, skądinąd sprawnie nagranej, płyty?

Mimo że punk w naszym kraju to często siermiężny łomot lub tandetna agitka, to wciąż zdaje się czymś o niebo lepszym niż „alternatywny” (a tak naprawdę do bólu mainstreamowy) rock, który brzmi z kolei zbyt gładko i najczęściej jest o niczym.

Administratorr podąża niestety tą drugą ścieżką, ze wskazaniem na imprezy studenckie, dożynki, festyny gminne, przeglądy domów kultury, juwenalia i muzykę adresowaną do publiczności, która nie zdradza zainteresowania konkretnymi nurtami, zjawiskami lub ideologią, ale słysząc gitary wie, że należy „się bawić”. A to wbrew pozorom bardzo grząski teren. Juwenaliowa popularność sprawiła, że zespół Kult, gigant rodzimego rocka (a wcześniej punka i nowej fali), popadł w infamię „studenckiego zespołu”. Takiego, którego tekstów raczej się nie słucha, a który funkcjonuje za to jako soundtrack do taniego piwa i młodzieńczych wygłupów (też dość tanich).

Czy o taką popularność warto się starać? Zdaje się, że muzykom nic nie burzy dobrego samopoczucia: Muzykę Administratorra można określić jako nowatorską mieszankę punk rockowego brzmienia z odważnymi alternatywnymi aranżacjami, które w przypadku pierwszej płyty zespołu mają dużo wspólnego z muzyką jazzową – piszą sami o sobie. A o debiutanckiej płycie Piosenki w kaftanie: Pomysłem przewodnim przy tworzeniu albumu było połączenie warsztatu muzyków z punk rockowymi utworami Marmola. I chyba ta, nieco nieskromna, deklaracja zdaje się dobrze pokazywać główny kłopot z muzyką na Powierzchniach wspólnych.

Warsztatowa sprawność i intuicja w doborze nośnych, atrakcyjnych patentów na niewiele się zdadzą, jeśli zespół nie może się zdecydować, czy chce grać coś, co pasuje do katalogu Jimmy Jazz, czy rock dla bywalców akademików, czy może lekką nutę na potrzeby telewizji śniadaniowej. Słuchając Administratorra, czuję się, jakbym zamówił pizzę ze wszystkimi możliwymi dodatkami, czego rezultatem jest brak wyrazistego smaku, a często także i zgaga. Do tego rodzaju niedyspozycji przyczyniają się przede wszystkim teksty, których bełkotliwość, tandetność i znaczeniowa pustka nie pozwalają się opisać delikatnymi słowami.

Barykadowałem drzwi / Myślę że to dziś zatrzyma ciebie / Na jak długo, tego, tego nie wiem / Turnus dzisiaj kończy się / Ja nie słyszę nawet mew / W obawie zatkałem WSZYSTKO, NAWET ZLEW / LECZ O CZYMŚ ZAPOMNIAŁEM

Do tego dochodzi maniera wokalna lidera, którą roboczo można opisać jako indie-oazową. To sos czosnkowy w tym muzycznym fastfoodzie. Muzycy zdają się mieć słabość do takiej kuchni. Publikują na YouTubie filmy, w których wraz z „przyjacielem zespołu”, zajadając różne smażone na fryturze przysmaki, pomlaskują z apetytem i snują długie gawędy o swoich muzycznych płodach, przy okazji przybliżając słuchaczom znaczenie tekstów.

Najbardziej siermiężni, prowincjonalni spadkobiercy punko-polo mają więcej do powiedzenia niż grono sprawnie pracujących rockowych rzemieślników. O autentyzmie nie wspominając. O ile Lesław nie weźmie ich na wychowanie, to dalej będą ranić uszy słuchaczy banałem ubranym w pretensjonalną formę. Zalecałbym dietę mniej obfitą w węglowodany, a bardziej w surowe mięso.

Jan Bińczycki

Jan Bińczycki

(ur.1982) – doktorant na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek zespołu Korporacji Ha! Art. Publikuje, gdzie się da. Z zawodu bibliotekarka.