2015-ingeborg bachmann-dziennik wojenny
RECENZJE | 20.04.2015

Miłość roku zero (Ingeborg Bachmann „Dziennik wojenny”)

Jest czymś tyleż frapującym, co charakterystycznym dla naszych czasów, że kanonizowanie autorów każe wydawać najmniejsze zapisane przez nich skrawki papieru – i to w sytuacji, gdy do publikacji nie może się przebić wiele innych książek. Podstawowym, choć niekoniecznym warunkiem takiej kanonizacji jest naturalnie śmierć, równoważna z pewnością, że ze strony danej postaci nic znaczącego już nas nie czeka. Część współczesnej kultury oddana jest więc już tylko nieskończonemu przetrawianiu tego, co się stało – zupełnie tak, jak gdyby dano jej na to nieograniczoną ilość czasu. Nie sposób więc nie podchodzić z pewnym sceptycyzmem do tego typu miniaturowych dziełek. Mimo że Dziennik wojenny Ingeborg Bachmann tego sceptycyzmu nie wytrawia, to jednak zaznacza się jako mocny ślad – choć pewnie inaczej, niż chciałby tego autor jego opracowania.

Dziennik wojenny – tytuł dumny i monumentalny. W polskim wydaniu ma on 11 stron, które uzupełniono kilkunastoma listami Jacka Hamesha do Bachmann. Do tego 40 stron edytorskiego opracowania. Dostajemy więc tekst niepokaźny, który jednak – w zamierzeniu edytora Hansa Höllera – jest nie tylko ważnym uzupełnieniem biografii Bachmann, ale również świadectwem dziwnego czasu, w którym zgasła, zanim się jeszcze rozpaliła, miłość dwojga ludzi o zupełnie różnych życiorysach.

 

Kriegstagebuch

W Dzienniku poznajemy młodziutką Bachmann z epoki nie tylko poprzedzającej jej literackie sukcesy, ale nawet sprzed wyjazdu do Wiednia (i, naturalnie, sprzed znajomości z Paulem Celanem). Tekst został napisany u schyłku II wojny światowej i sięga jeszcze czasu niedługo po jej zakończeniu. Przyszła pisarka mieszka wciąż w rodzinnej Karyntii. Ma niewiele ponad osiemnaście lat, chciałaby iść na studia, ale w warunkach kończącej się wojny, bombardowań i utrzymującego się ciągle nazistowskiego ustroju ma na to marne perspektywy. Jej dziennik – pomiędzy powściągliwymi relacjami z rozpadającego się miasta – przemyca ślady niezwykłej duchowej samodzielności, ukształtowanej na przekór umysłowej nędzy nazistowskiej prowincji. Jej sąsiedzi kryją się w bunkrach, ostatni zdeterminowani fanatycy reżimu nawołują do desperackiej obrony miasta, a Bachmann – uwolniona już od obawy śmierci przez jej nieustającą bliskość – czyta w ogrodzie Księgę godzin Rilkego i Kwiaty zła Baudelaire’a. Gdyby nie kontekst, licealna pretensjonalność obrazka budziłaby wątpliwości: tutaj jednak to, co w nastoletnim buncie zwykle najprzykrzejsze, staje się ocaleniem przed otaczającą zewsząd duchową ruiną. Nie znaczy to, byśmy dostawali do rąk poetyckie marzenia przeduchowionej młodej intelektualistki: Dziennik jest zaskakująco trzeźwy i prozaiczny, na wpół zanurzony w dziwnej, późnowojennej formie życia, oddany frenetycznemu zbieraniu przypadkowych fragmentów codzienności. Czasem zdaje się wręcz dziecinny w przytaczaniu zasłyszanych wypowiedzi, relacjonowaniu szerzących się strachów i spisywaniu tego, co zrobili sąsiedzi.

W całej tej ambiwalencji tekst zdradza ślady późniejszego stylu pisarki. Tam właśnie, gdzie przychodzi jej notować wydarzenia zwykłego wojennego dnia – bombardowania, kopanie rowów i kolejne trupy – Bachmann nie pozwala się pochłonąć ani reportażowemu rytmowi dziennika, ani zdystansowanemu poetyckiemu spojrzeniu. Z napięcia między nimi rozwija błyskotliwy i zwarty styl, który u samej swej podstawy wyrywa ginącą i z dawna duchowo martwą krainę w inną przestrzeń:

Nie, jestem pewna, w tym kraju nie będę już studiować, nie w czasie wojny. Co za obłęd, żeby się choć chwilę wahać! Dziś odbyła się pierwsza lekcja. Prawie się cieszyłam, że znów mogę chodzić do szkoły. Ale czy to w ogóle można nazwać szkołą. Myślę, że wszystkie dziewczyny w klasie to fanatyczki. Po pierwszej lekcji był już alarm trzeciego stopnia i tak to się skończyło. Wilma z naszej klasy też tu jest. Zrobiła to samo co ja. Nie poszła ze wszystkimi, tylko pojechała rowerem do Annabichl, do domu, a ja leżę tu na skraju lasu, w naszym miejscu. Issi znów przyniosła z apteki papkę mączną, bierzemy wodę ze strumyka do rozmieszania. Blask słońca. Issi śpi i opala się, alarm trwa już pięć godzin. Bomby na razie nie padają.

Bachmann jest tutaj organiczną intelektualistką, inną jednak niż chciał Gramsci. Zna każdy zaułek tego zatęchłego świata, który ją wydał i obrócił przeciwko sobie; pozostaje gotowa, by go opisać, ale spojrzenie, które ku niemu kieruje, wyławia powidoki skompromitowanej rzeczywistości. Nie jest pewnie przypadkiem, że powojenna Austria w takich intelektualistów była szczególnie bogata.

 

Listy

Finał Dziennika dotyczy krótkiego powojennego okresu, gdy Bachmann poznaje Jacka Hamesha – żydowskiego emigranta z Austrii, który długim szlakiem przez brytyjską Palestynę trafił do Birtish Army, wraz z którą w 1945 roku przyjechał do Karyntii. Sam Dziennik jest bardzo lakoniczny w relacjonowaniu ich związku: To najpiękniejsze lato mego życia, i choćbym dożyła setki – pozostanie najpiękniejszą wiosną i latem. Niczego więcej nie dowiadujemy się o ich miłości, w specyficzny sposób antycypującej inne związki pisarki. Jedno jest pewne: podobnie jak późniejsza relacja z Celanem także ten rozpadł się szybko – czy to pod wpływem życiowych konieczności, czy to wskutek jej zbytniego sceptycyzmu – bądź też zwykłej niemożności utrzymywania relacji innej, niż za pośrednictwem pisma. Do tomu dołączono listy Hamesha, pisane z drogi powrotnej do Erec Israel oraz z samego Tel-Awiwu. Przebija z nich rozpaczliwa samotność, gorsza chyba jeszcze od tej, która towarzyszyła autorowi podczas pierwszej aliji. Dom Bachmann powraca w jego wspomnieniach jako specyficznie przywrócona mu ojczyzna, Austria, w której mógłby się odnaleźć. To bez wątpienia zasługa samej tylko Ingeborg: jej rodzina należała do NSDAP, a matka wyrzucała jej pokazywanie się publicznie z Żydem. Z listów Hamesha przebija nostalgia za wyobrażoną niemieckojęzyczną ojczyzną, właśnie wtedy, gdy zdobywa i broni nowej.

Inaczej niż chciałby tego edytor listów, trudno w nich znaleźć intelektualną precyzję i dobitność obrazów: przemawiają jako prosty i skrajnie bezpośredni język rozpaczy i utraty, która czepia się straconej – niemożliwej, bo jak wspominać inną – miłości. Pamięć o Ingeborg, lub raczej o krótkim czasie, który z nią spędził, jest dla Hamesha w pierwszych miesiącach po powrocie podstawowym oparciem dla jego histerycznej wręcz samotności – tak zresztą odrealnionym, że niemal antycypując Celanowskie pytanie: Wie lebten wir hier?, pyta swoją adresatkę o to, na czym ich życie wtedy polegało. Listów Bachmann do Hamesha nie znamy; pozostaje tylko wrażenie oświetlanej z wielu stron pustki, dziwnej i nieludzkiej jak czas, w którym przyszło się spotkać im obojgu.

Znaczenie tego tomu jest trudne do ocenienia. Dla znawców Bachmann będzie on uzupełnieniem luki w życiorysie, czy raczej otwarciem nowych luk w miejsce dawnych. Czytelnikom korespondencji pisarki i Celana wyda się osobliwą, widmową antecedencją jej późniejszego związku. Z szerszej perspektywy Dziennik wraz listami Hamesha jest jednak tylko śladem dziwnego czasu, którego i trauma, i miłość wyblakły od zbyt młodzieńczej lub zbyt dojrzałej niewczesności przekazujących je pism.

 

Ingeborg Bachmann

Dziennik wojenny. Z listami od Jacka Hamesha

Przekład: Małgorzata Łukasiewicz

Wydawnictwo Czarne, 2015

Liczba stron: 89