leksykonmiastintymnych
RECENZJE | 05.05.2014

Miejsca i nie-miejsca (J. Andruchowycz „Leksykon miast intymnych”)

Obok najnowszej książki Andruchowycza nie można przejść obojętnie – dosłownie. Przyciąga już sama minimalistyczna, designerska okładka. Nie mniej atrakcyjny jest tytuł – przewrotnie łączący naukowość z intymnością i urbanistykę z seksualnością. Apetyt wzrasta jeszcze bardziej, gdy wzrok zatrzymuje się na podtytule. Mamy tu modną i pociągającą intelektualnie „geopoetykę”, dziwnie brzmiącą, ale jakże intrygującą w kontekście ostatnich wydarzeń w ojczyźnie autora, „kosmopolitykę” (nie kosmopolityzm), a przy tym, żeby nie zrobiło się zbyt poważnie, „swobodny podręcznik”. Gdy zaczynamy przeglądać bogato ilustrowaną zawartość i wczytywać się w znane i nieznane nazwy miast widniejące w spisie treści, nasze kroki mimowolnie kierują się w stronę kasy w księgarni. W poczuciu słuszności wyboru utwierdza nas rozpoznawalne nazwisko pisarza, czuwające nad całością niczym znak firmowy nad dobrze skrojonym produktem.

Atrakcyjna jest także koncepcja utworu, którą Andruchowycz wykłada w instruktażowym wstępie do książki. Zasadza się ona na próbie połączenia z pozoru nieprzystających do siebie trybów opowieści – subiektywnej narracji autobiograficznej i obiektywnej narracji podróżniczej. Życie zostaje tu opowiedziane w sposób niemal całkowicie ignorujący czasowość. W Leksykonie… głównymi punktami orientacyjnymi dla opowieści o sobie samym nie są punkty na osi czasu, lecz konkretne miejsca w przestrzeni. Miasta odgrywają tu rolę zarówno katalizatora pamięci, jak i istotnej przestrzeni osobistego doświadczenia, jednocześnie je zawierającego i kształtującego. Można powiedzieć, że utwór Andruchowycza jest próbą rozpisania (rozrysowania?) tego doświadczenia w sposób kartograficzny. Dlatego też lektura, gdy zignorować linearną sekwencję rozdziałów, może przyjąć formę podobną do swobodnego przesuwania wzroku po mapie.

Niestety, oprócz fascynacji kartografią Andruchowycz posiada parę innych fiksacji, które sprawiają, że świetny wstępny pomysł traci na wyrazistości, zamazuje się. Z nieodgadnionych powodów autor postanowił, że w Leksykonie… znajdzie się dokładnie 111 miast, na dodatek zaczynających się na wszystkie litery ukraińskiego alfabetu. W konsekwencji w skład książki wszedł zupełnie nijaki rozdział poświęcony szwedzkiemu Ystad („Y” odhaczone) oraz cały szereg innych opowieści niewiele wnoszących do książki – zarówno z autobiograficznego, jak i z „geopoetyckiego” punktu widzenia. Ten nadmiar materiału (cały Leksykon… to przedsięwzięcie na prawie 500 stron) sprawia, że poszczególne miejskie (auto)portrety znacząco różnią się poziomem, a duża część z nich niestety nie spełnia obietnic złożonych w ambitnym tytule i przedmowie.

Najsłabszą część książki stanowią według mnie z reguły krótkie teksty poświęcone równie krótkim i najczęściej niedawnym turystycznym i zawodowym wyjazdom pisarza. Składają się na nie przede wszystkim anegdotki, żarciki, językowe i kulturowe śmiesznostki, a ich tematem często bywają stereotypowe przygody: o tym, jak w Wiedniu „złapały mnie kanary”, o tym, jak „zjarałem się” w Holandii, a jak „nawaliłem” w Stuttgarcie, czy o tym, jak w Izmirze znajomy tłumacz nie zdążył na prom i musiał jechać autobusem… Jednym zdaniem – znajdujemy tu wszystko to, co zazwyczaj opowiadają ludzie po powrocie z podróży. A to, jak wiadomo, jest zawsze zajmujące dla nich samych, ale niekoniecznie dla ich otoczenia. Jednak, jak na leksykon i podręcznik przystało, w książce Andruchowycza te ludyczne historyjki zawsze przedstawiane są w sposób – nazwijmy to – intelektualny. Niestety zbyt często oznacza to dzielenie się z czytelnikiem mało porywającymi kulturowymi skojarzeniami, etymologicznymi i antropologicznymi analizami z przymrużeniem oka czy autocytatami, które w Leksykonie… występują w natężeniu przekraczającym granice zabawnej autoironiczności. Ten styl narracji sprawia, że, gdy Andruchowycz stara się o zwykły, rzeczowy opis jakiegoś miejsca czy budowli, nad książką zaczyna unosić się duch bedekera. Przyznam, że nie tak wyobrażałem sobie obecność tytułowej „geopoetyki” w utworze. Miałem też nadzieję na inny rodzaj swobody tekstu.

Opisane powyżej fragmenty Leksykonu… rozczarowują nie tylko „geopoetycko”, ale także autobiograficzne. Trudno powiedzieć, że spełniają one kolejną tytułową obietnicę – intymności. Chyba że uznamy za taki opis narkotykowej fazy w Nijmegen czy parę wzmianek – zawsze inteligentnie i eufemistycznie zakamuflowanych – o erotycznych przygodach na obczyźnie. Z tych fragmentów dowiadujemy się o Andruchowyczu przede wszystkim tego, że w pewnym momencie życia zaczął mieć dużo okazji do jeżdżenia po świecie na odczyty, spotkania autorskie itp., a w czasie tych podróży miał jeszcze czas na inne „fajne” rzeczy. Oczywiście można bronić autora, stwierdzając, iż banalna egzystencja turysty także domaga się (auto)ironicznego literackiego komentarza. Zgoda, jednak przy 200–300 stronach opisu takiej egzystencji ironia staje się coraz słabiej wyczuwalna, a lektura zwyczajnie nużąca. Może nie byłoby tak, gdyby wydawcy odważyli się na odważny gest redaktorskiego cięcia…

Na szczęście, oprócz relacji z podróżniczych przygód w czasie wolnym między jednym a drugim spotkaniem z czytelnikami – w skład Leksykonu… weszło też kilka esejów, w których i intelektualizm nie jest wyłącznie nieznośną formą, lecz wiąże się z gruntowną znajomością tematu, i intymność wynika z osobistego związku pisarza z opisywanymi miejscami. Dotyczą one miast, które autor zdążył poznać, których specyfikę rozumiał i z którymi czuł się wyjątkowo związany. Można wśród nich wymienić Moskwę, Berlin, Nowy Jork, niektóre miasta polskie i przede wszystkim odwiedzane przy różnych okazjach i w różnych momentach życia miasta ukraińskie (cokolwiek by nie powiedzieć o kosmopolityzmie bohatera Leksykonu…, jego świat ma wyraźne epicentrum, które pulsuje gdzieś na zachodniej Ukrainie.) Poświęcone tym miastom teksty na tle pozostałych wyróżniają się nie tylko lepszą znajomością przedstawianych miejsc, ale także większą wrażliwością na szczegół i kreatywnością języka opisu oraz osobistością tonu. To właśnie na ich przykładzie w pełni widać, jak bardzo biografia splata się z topografią. Zupełnie wyjątkowy jest tu np. piękny tekst o Nowym Jorku, będący nie tylko poetyckim przedstawieniem miasta, ale także pożegnaniem z tragicznie zmarłym przyjacielem – „Długim” – malarzem prowadzącym życie na marginesach ukraińskiej diaspory i nowojorskiej bohemy. Tych kilka pozostających w pamięci utworów sprawia, że Leksykon… jest książką, po którą, mimo wszystko, warto sięgnąć.

 

Jurij Andruchowycz

Leksykon miast intymnych. Swobodny podręcznik do geopoetyki i kosmopolityki

Wydawnictwo Czarne, 2014

Liczba stron: 496

Paweł Pijanowski

Paweł Pijanowski

(ur. 1987) – absolwent filologii polskiej i europeistyki, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Naukowo i pozanaukowo interesuje się tożsamościami Europy Środkowej i Bałkanów, pograniczem kulturowym i pisaniem o podróżach. Lubi włóczyć się po miastach i bezproduktywnie gapić się na google maps. Pracuje w Księgarni Młodej.