popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Między wyobrażonym a niemożliwym (Wielki Gatsby)
gatsby
RECENZJE | 20.05.2013

Między wyobrażonym a niemożliwym (Wielki Gatsby)

Kiedy czytamy Wielkiego Gatsby’ego, w tle błyszczą diamenty, bulgocą drogie szampany i szeleszczą puszyste boa na ramionach pięknych kobiet. Piękne kobiety przez moment patrzą nam głęboko w oczy, ale po chwili odbiegają lekkim krokiem, może rzucając jeszcze tylko jedno urywkowe i namiętne spojrzenie. To nieuchwytne cienie, mętne wyobrażenia, niepokojąco bliskie i niemożliwie niedostępne. Pęczniejąca tajemnica, która kotłuje się w głowie, rozbudza intelekt i nie daje o sobie zapomnieć.

Ale mało komu wystarcza sama tajemnica. I pewnie dlatego z tej literatury musiało powstać kino. To w nim przez ponad dwie godziny możemy bez wielkiego wysiłku, niemal bez wkładu wyobraźni, oddać się łudząco realnej paradzie barwnej iluminacji (realniejszej niż realność, bo w 3D). Wszystko naprawdę staje się, objawia się podgryzającemu popcorn tłumowi – w obrazie i w dźwięku, tu i teraz. I co lepsze – jeśli się sprawdzi, może zostać powtórzone w niezmienionej, równie idealnej formie.

Nie mam tu oczywiście na myśli kina artystycznego, które nierzadko dzieli kompetencje literatury – chodzi mi o światowej klasy kino rozrywkowe, przyciągające zarówno krytyczną, wysublimowaną widownię, jak i „zwykłych” zjadaczy popcornu, i w obu tych grupach siejące podobną iskrę podniecenia. Kino rozrywkowe jest dobre, jeśli widz nie może się powstrzymać: nie może opanować śmiechu, łez, lęku, dreszczy podniecenia – mimo podpowiedzi rozsądku śmieje się w głos lub ryczy jak bóbr na samym środku pełnej sali kinowej; jest dobre, jeśli którymś ze środków (to może być cokolwiek – gra aktorska, napięcie, muzyka, odpowiedni kadr), sprytnie omijając intelekt, sięga aż do samych źródeł najbanalniejszych emocji. Właśnie owe środki – aktorzy (najlepiej światowej sławy gwiazdy), świetnie dobrana muzyka i rozmach realizacyjny są składnikami niezapomnianych hitów box office’u. Jednak nawet filmy pewne trzeba odpowiednio wypromować i tu wyłania się ciekawe zagadnienie współczesnych środków reklamy.

Współcześnie reklama filmowa to nie tylko plakaty i zwiastuny, batalia toczy się przede wszystkim w internecie. Na dzień przed polską premierą facebookowy profil Wielkiego Gatsby’ego lubiło ponad 630 tysięcy osób (dzień po premierze już ponad 660 tysięcy). Skonstruowany został tak, jakby to sam Gatsby zapraszał lajkujących na wielką imprezę, i tak, aby wszyscy czuli się z tego powodu uprzywilejowani. Pójście do kina staje się więc niemal nieziemską przyjemnością uczestniczenia w wędrówce w czasie i przestrzeni, awansem społecznym, równającym nas z bohaterami – amerykańskimi milionerami (a może właściwie samymi gwiazdami kina?). Pod każdym z dodanych zdjęć, piosenek, filmików ciągną się długie dyskusje na rozmaite tematy (czy DiCaprio podoła roli? czy ktokolwiek może jej podołać? czy film będzie lepszy niż poprzednie wersje?), słowem: wokół filmu, którego jeszcze nikt nie widział, tworzy się dynamicznie rosnący mikroświat. Mikroświat, który trwał będzie jeszcze długo po światowych premierach – pojawią się nowe tematy do dyskusji, a biznes wciąż będzie się nakręcał postprojekcyjnym echem. I nawet jeżeli kogoś to oburza czy obrzydza, zapewne sam wybierze się do kina.

Zabawy marketingowe producentów Wielkiego Gatsby’ego osiągnęły apogeum. W pewnym sensie jednak trudno się z tym kłócić – czy nie jest całkiem urocza równoległość między bujną i bogatą treścią życia bohaterów a głośną i równie bogatą poetyką filmu? Książka, z pewnych względów idealna do ekranizowania, doczekała się kilku marnych realizacji, nic nie pomogło – nawet wielkie nazwiska. W realiach Wielkiego Gatsby’ego oczywiście ów przepych i zbytek są przesłonami dramatyzmu, cierpienia, poczucia gnębiącej pustki, niedosytu i ogólnego weltschmerzu. Śledząc więc rozbuchaną kampanię reklamową filmu i liczne wersje traileru, można się było obawiać, że nowa realizacja bestselleru będzie tylko błyszczącą wydmuszką.

Ale od budowania odpowiednich realiów się przecież często zaczyna – może te przeciągłe, intensywne spojrzenia DiCaprio i pełne sentymentu słowa, które słyszymy w zwiastunach, faktycznie rozwiną się w jakąś intrygującą i zgłębioną dramaturgię? Może te estetyczne fantazje wokół art déco to nie tylko tło, ale artystyczny symbol bolączki epoki dostatniej we wszystko, a pustej i skazanej na niezaspokojenie? Może zrobienie takiego filmu w naszych czasach tworzy dodatkowy kontekst i jest niejako do nich komentarzem: skoro mamy wszystko i wiemy, że możemy mieć jeszcze więcej, dlaczego jesteśmy tak nieszczęśliwi?

Kolejnym elementem, niemożliwym do pominięcia, a rozsławionym przedpremierowo, jest ścieżka dźwiękowa. Jay-Z, Jack White, Fergie, The xx, Beyoncé, Gotye, Florence + the Machine, Lana Del Rey… Lista sław jest bardzo długa (nie zapominajmy, że iTunes Store zaczął zarabiać na kawałkach sprzedawanych jako filmowy soundtrack, zanim film w ogóle pojawił się w Polsce). Uważam zresztą, że to jedna z ciekawszych szans współczesnego kina – możliwość stosowania w filmach historycznych muzyki wykraczającej poza epokę (brawurowo zastosowana na przykład w Django). Choć oczywiście temat budzi kontrowersje i często można w internetowych dyskusjach spotkać się z opiniami, że to nie szansa, ale wręcz profanacja.

W końcu udało mi się przedpremierowo wybrać do kina i nie ukrywam, że byłam bardzo podekscytowana: mimo sceptycyzmu marketingowa gorączka udzieliła się także mnie. Ale niestety, już po pierwszych minutach projekcji wiedziałam, że to raczej nie będzie ten Wielki Gatsby, na którego czekałam.

Z estetycznego punktu widzenia być może lepiej by było, gdyby ten film nie był filmem – to, co na fotografiach wydaje się barwne, bogate i stylowe, w ruchu staje się przestylizowane, tanie i kiczowate. Być może tak właśnie miało być – cały film zdaje się tak groteskowy, że po prostu musi być pastiszem. Gra aktorska jest przerysowana, nad wyraz teatralna, kolory są jakby zbyt mocne i tandetne. Nowy Jork jest jak tekturowa makieta, pomalowana tylko z jednej strony – wszystkie przestrzenie są nienaturalnie pstrokate i ciężkie od elementów, a wszystko wygląda, jakby za chwilę miało runąć. Postaci są lalkami, wprawianymi w ruch w momencie, gdy podpływa do nich kamera, a przeżycia odbijają się na ich upudrowanych twarzach tak wyraźnie i dramatycznie, że tracą wiarygodność. Słowem – z miejsca wiemy, że oglądamy film Baza Luhrmanna, co w pewnym sensie stawia sprawę na ostrzu noża: jego styl jest tak charakterystyczny, że zdążył zaskarbić sobie zarówno fanatycznych wielbicieli, jak i krytycznych sceptyków. Bez wątpienia reżyser ma konkretny pomysł realizacyjny na Wielkiego Gatsby’ego i konsekwentnie się z niego wywiązuje. Prowadzi to do powstania spójnej i świadomie prowadzonej narracji, którą prawdopodobnie część widowni pokocha bezwarunkowo, a część (zwłaszcza krytycy) przyjmie z dystansem i chłodem.

Jednak jakkolwiek w pierwszej części filmu konwencja barwnego teledysku wydaje się uzasadniona – jest dynamicznie, głośno, chwilami zabawnie, wszystko zostaje celowo przerysowane (słowem: jedna wielka impreza u Gatsby’ego) – to w drugiej robi się i kiczowato, i sentymentalnie, co momentami staje się wręcz nieznośne i czyni z powieści Fitzgeralda rozmemłany melodramat. Dodatkowo martwi fakt, że aktorzy właściwie nie mają szansy niczego zagrać, bo większość scen jest niestety banalna, mówi się zbyt dużo i zbyt ekspresywnie, a istotne kwestie nie mają szansy odpowiednio wybrzmieć.

Zdawać by się mogło, że twórcom chodzi głównie o spektakularnie zrealizowany kolaż estetyki lat 20. Tym bardziej ciekawe zdaje się, że gdzieś pod tą rozbuchaną otoczką formy tkwi faktyczna obserwacja treści tekstu Fitzgeralda i zostaje postawionych kilka ciekawych pytań. Fabuła jest powszechnie znana, a nawet jeśli nie, zostaje solidnie wyłożona podczas 144 minut projekcji. Na szczęście to nie wszystko – twórcy filmu dostrzegli pewien rys fabularny, który jest często pomijany – że tak naprawdę nie jest to opowieść ani o miłości, ani o bogactwie, ani nawet o specyfice lat 20. ubiegłego wieku; to wszystko tylko tło. Tak naprawdę to historia pewnego człowieka, człowieka, którego nie sposób rozgryźć, a który jak nikt inny przyciąga uwagę. Narrator, zdaje się, jedyny znający go człowiek, w końcu decyduje się na jedno określenie: Wielki (The Great). W kontekście tak ciekawej postaci pojawiają się różne intrygujące problemy. Pierwszym jest zagadnienie bezczasu – przeszłość, teraźniejszość, a nawet przyszłość zlewają się w jedno i stają wyobrażeniem, wizją tego, jak powinny wyglądać. Niezbywalne pragnienie i niezaspokojenie doprowadzają Gatsby’ego (Leonardo DiCaprio) do momentu, w którym wierzy, że może wszystko: że może zmieniać rzeczywistość i dowolnie projektować swoje życie. Konsekwencją jest oczywiście zderzenie się z wielką niemożliwością świata i jeszcze większe niż przedtem poczucie niedosytu. Tu wyłania się kolejny problem: Gatsby nie umie doceniać rzeczy samych w sobie i wcale nie dostrzega życia, które go otacza. Jedyne, czego potrafi pożądać, to to, co niemożliwe – zdaje się pociągać go czysta potencjalność rzeczy. Nie kocha samego przepychu, on nawet nie kocha samej Daisy – kocha desperacko wyidealizowaną wersję świata i wierzy, że za pomocą słów i czynów faktycznie może zaklinać rzeczywistość. Chce wszystkiego, a wszystkiego mieć nie można: gdzieś między słowami, między zdarzeniami wibruje zapowiedź wielkiej klęski.

Kolejnym ciekawie pokazanym w filmie problemem jest pojęcie niemożliwości, którą tak naprawdę rozumie tylko Daisy (Carey Mulligan). Gatsby jest zaślepiony swoją wiarą, swoim pragnieniem zdobycia tego, co sobie wyobraził. Nick (Tobey Maguire) to narrator, obserwator będący wewnątrz wydarzeń, ale tak naprawdę pozostający od początku do końca poza nimi (co również czyni z niego ciekawą postać). Inni bohaterowie są płascy i żyją wyłącznie realnością. Jedynie Daisy od początku szamocze się gdzieś na granicy marzenia i świadomości, że owo marzenie nie istnieje i nie może istnieć. Jej lęk i smutek nie wynikają z braku odwagi sięgnięcia po miłość, ale ze zrozumienia, że poza wyobrażeniem miłości ona sama nie istnieje.

Dlaczego ostatnio w filmie tak często sięga się do lat 20.? Jakie kulturowe znaczenie ma dla nas ten okres? Bez wątpienia jest w nim jakaś czystość – co prawda jest to czas tuż po wojnie, ale nie wydarzyła się jeszcze katastrofa II wojny światowej. To czasy estetycznie piękne i moralnie rewolucyjne. Ponadto trudno nie zauważyć pewnej analogii między 20-leciem międzywojennym a wiekiem XXI – mam na myśli podobne społeczeństwo dekadencji, dobrobytu i wiecznego poczucia pustki i niespełnienia. Z filmów na myśl przychodzi oczywiście O północy w Paryżu Woody’ego Allena (gdzie zresztą pojawia się postać Scotta Fitzgeralda), film, który choć podzielił widownię, o jednym mówił bezsprzecznie w sposób ciekawy – o marzeniu życia w innym czasie. Fantazja podróży w przeszłość, do czasów minionych i lepszych, sugeruje, że każdy wiek ma swoją belle époque, czas piękny i utęskniony, ale głównie dlatego, że inny niż obecny. Inną wariacją na temat lat 20. jest choćby Artysta Michela Hazanaviciusa. Estetyka filmu wskazuje na jawną tęsknotę za klimatem i aurą międzywojnia, charakterystyczny sentyment w opowiadaniu o minionym – więc lepszym – czasie.

Jak w tym nurcie rysuje się nowy Wielki Gatsby? Film, choć operuje elementami współczesnymi (głównie chodzi o muzykę), estetycznie jest raczej wiernym odtworzeniem realiów epoki. Oczywiście, przyjmuje formę kolażową, komiksową – poetyka okresu jest więc przestylizowana i podporządkowana dynamice naszych czasów. Niestety opisana przeze mnie w pierwszej części tekstu kampania reklamowa zawyża oczekiwania i w sposób nieunikniony prowadzi do rozczarowania. Nie ukrywam, że nawet kiedy zdystansowałam się do specyficznej formy, widowiskowość produkcji nie zrobiła na mnie odpowiedniego wrażenia. Miałam poczucie, że film to tylko film – trwa dwie i pół godziny, wielkie imprezy to tylko kilkusekundowe najazdy na tańczących statystów, opisywana miłość niestety nie może się spełnić, a tracki, nieważne jak genialne, nie zdążą nawet wybrzmieć. Być może, skoro to historia o niedosycie i rozczarowaniu, fakt, że film niesie ze sobą te emocje, powinien wpływać na jego korzyść. Po prostu w przypadku ekranizowania bestsellerów stosunek widza nierzadko przypomina postawę samego Gatsby’ego – oczekiwania są wysokie, pragniemy jedynej, najlepszej wersji, na temat której każdy posiada własne wyobrażenie.